dzień 9: meta w Hawanie

Wyspani? No to do Yami i Octawia na śniadanko. Jeszcze rzut oka za okno. Jako że jesteśmy w nadmorskiej dzielnicy to eleganckie kwiatki rosną w muszlach. A skoro jesteśmy w socjalizmie to muszle te są klozetowe.
 
kwatera

Jako że młodzież przyszłością narodu do szkoły ekspediowana jest taksówką. A skoro jesteśmy w socjalizmie to taksówka jest rowerowa. Dzieciaki zadbane, stroje szkolne czyściutkie, mama wyściskała je na pożegnanie - można ruszać.

do szkoły

Przed śniadaniem Krzych pilnuje mnie żebym odmówił modlitwę. To ściśle przestrzegany rytuał. Nasi gospodarze już znają ten zwyczaj. Stają w skupieniu i włączają się przy "Amen!". Śniadanie przeciąga się. Gospodarze wyraźnie chcieliby nas zatrzymać jak najdłużej. Niestety czas na nas. Musimy dziś zrobić rundę honorową po Hawanie, pstryknąć kilka fotek, bo nikt nam nie uwierzy, że byliśmy na Kubie, załatwić nocleg i odstawić motocykle do magazynu. Na popołudnie planujemy spacer po starej Hawanie. Napięty harmonogram. Trzeba się zbierać.

Octawio obdarowuje nas rumem i dwiema wielkimi paczkami kubańskiej kawy.

Poprosił mnie żebym przejechał się ich Junakiem i ocenił jak się spisuje. Się kopie, się siada i się jedzie. Niskie i średnie obroty całkiem klawo. Niestety przy wyższych dziura. Może to kwestia gaźnika, może zapłon jest bez przyspieszacza? No i prowadzenie. Ucieka trochę na boki. To pewnie kwestia wymęczonej i naprawianej ramy. A może luzy na główce? Ale ogólnie ok. 

Pakujemy graty i prezenty i jesteśmy gotowi do drogi. Teraz czas na uściski, łzy, zapewnienia, że zawsze będziemy pamiętać nasze spotkanie, podziękowania... jeszcze podziękowania i uściski dla wszystkich z forum SFM, a Zibiego mamy specjalnie ucałować od Yamili. To ostatnie zadanie należy do trudnych. Jak całować faceta? Ale obiecaliśmy, że to zrobimy. 

Octavio

Nasi kubańscy przyjaciele specjalnie na dzisiejszą okazję założyli koszulki z Junakami. Chcą nas odprowadzić do Hawany.  Się kopie, się siada i się jedzie :-) Trzy junaki naraz pomykające ulicami Hawany - bezcenne.



ostatnia naprawa

No i się porobiło. Na jednym z rond pękła mi linka sprzęgła. Nie chcąc stanąć na środku skrzyżowania, ani przeciskać się pomiędzy samochodami, które pojechały na wprost objechałem rondo w kółko i zjechałem w pustawą ulicę. Octawio nie spodziewał się takiego manewru i pomknął prosto. Krzych wykazał się refleksem i pojechał za mną. Ostatni serwis na Kubie. Linki mam schowane pod kanapą. Łatwo można się do nich dobrać. Po dziesięciu minutach jestem gotowy do drogi. Jedziemy wprost do magazynu.

Tu zostawimy torby, żeby w miasto wbijać się bez niepotrzebnego balastu i żeby nie wodzić na pokuszenie potencjalnych złodziejaszków.

Na lekko ruszamy do centrum. Pierwszy punkt to załatwienie noclegu. Bez specjalnych kłopotów odnajdujemy naszą pierwszą casę. Wbijam do Yoli na kwadrat. Ma dla nas wolny pokoik. Pyta się o nasze motocykle i o podróż. W kilku słowach streszczam ostatnich 8 dni i pokazuję przez okno motocykle. No to do zobaczenia po południu.

Teraz czas na rundę honorową. Którędy? Jak oczy poniosą. Tylko jeden punkt należy do kategorii obowiązkowy. Co za Poniatowski czy inny Sobieski siedzi na koniku na pomniku nie wiemy. My panie tacy bardziej techniczni, a nie historyczni. Ale pomnik ten widniał na fotkach Junaków z początku lat 60'tych. Teraz chcemy powtórzyć to ujęcie. Jest jeden problem. Pomnik stoi na środku sporego placu przeznaczonego tylko dla pieszych. Wjeżdżać? Krzychu poczekaj, tam stoi milicjant, pójdę zagadać.

Zagadać to słowo nieco na wyrost. Podchodzę z uśmiechem, kłaniam się grzecznie, ale z godnością i pokazuję na motocykle. Żeby nie wyjść na niemowę dorzucam "motor" i odstawiam małą pantomimę pokazując pchanie motocykla. Następnie przykładam dłonie do twarzy mówiąc głośno "foto, pstryk". Na twarzy stróża porządku, czy też precyzyjniej należałoby powiedzieć stróża pomnika pojawia się uśmiech i wyraźnie odmalowuje się na niej zrozumienie. I on pokazuje, że nie jest niemową - "si, si, si !!!" Chyba nie chodzi mu o danie do zrozumienia, że sikanie jest tu nie na miejscu, choć pewnie niejeden próbował. Raczej zaprasza serdecznie na sesję fotograficzną. Nie czekając dłużej lecę po Krzycha. Dumnie wpychamy dryndy pod sam pomnik. Ustawiamy się do zdjęcia. Pstryk!!! 

Hawana

W tym samym momencie zaskrzeczała krótkofalówka naszego stróża porządku. Początkowo lekko się spłoszył, ale po chwili wyszczerzył zęby w uśmiechu. Okazało się, że jego kolega widząc co się dzieje pod pomnikiem poprosił żebyśmy zaczekali, bo też chciałby mieć z nami fotkę.

Hawana

Jeszcze małe kółko po ścisłym centrum. Niejednego moglibyśmy nauczyć tutejszych kierowców. Szkoła przeżycia w warszawskich korkach i tu zdaje egzamin. Agresywnie przepychamy się do przodu. Nawet nie z chęci zaoszczędzenia czasu, ale dla ochrony płuc. Prawie każde auto potwornie dymi. Ale i my się musimy uczyć. Po pierwsze sygnalizatory świetlne stoją lub wiszą za skrzyżowaniem. Gdy nie wie się, że skrzyżowanie ma światła łatwo można nie zauważyć sygnalizatora. Z tego powodu dwa razy przejechaliśmy na czerwonym. Po drugie należy wyzbyć się jakichkolwiek ludzkich uczuć względem przechodniów. Tutejsi kierowcy traktują ich jak powietrze lub w najlepszym razie stada wróbli. Na szczęście piesi o tym wiedzą, a ci co nie wiedzieli w życiu ulicy już nie uczestniczą.

Śmigamy do magazynu. Żeby zwiększyć szanse na bezproblemową podróż postanawiamy wysłać wszystkie klamoty wraz z motocyklami zabierając tylko bagaż podręczny. Po pierwsze nic się wtedy nie powinno zgubić, po drugie z małym plecaczkiem łatwiej się biega, a jeszcze świeżo w pamięci mamy nasze sportowe osiągnięcia z lotnisk na trasie Warszawa-Hawana. Do plecaczka wpycham spodnie motocyklowe, które przeleżały cały czas w kontenerze. Wysłałem je na Kubę razem z motocyklem. Potem kupiłem strój na lato i okazały się niepotrzebne. Teraz wracają ze mną, bo liczę że się przydadzą w chłodne kwietniowe dni. Junaki dotrą do domu w połowie maja, ale może w między czasie uda się wsiąść na jakiś sprzęt zastępczy. Tak się rozpisałem o spodniach, bo nazajutrz będą odgrywały niepoślednią rolę na lotnisku. Poczekajmy jednak do jutra.

Tymczasem graty zostały przepakowane, lusterka i blachy kubańskie odkręcone. Wpychamy motocykle do kontenera i... na tym kończy się nasza wyprawa. Jeszcze kilkanaście godzin do odlotu, ale bez Junaków to już zwykła wycieczka, a nie wyprawa. Taki bardziej Orbis, a nie traperstwo.

Hawana

Nieopodal magazynu jest restauracja, w właściwie kilka połączonych restauracji "El Palenque". Za 15 CUC zjadamy obiad. Krzych rozsmakował się w soku z limonek podawanym z kruszonym lodem. Prosimy kelnerkę żeby zamówiła dla nas taksówkę. Pyta czy może to być mały dwudrzwiowy samochód. Niech będzie. Krzych od razu odgadł, że to Fiat 126p "polaquito". Faktycznie, po 20 minutach zajechała nasza taksa. Po drodze mieliśmy jeden postój na drobne poprawki w silniku. Ponadto wyprzedzały nas wszystkie auta, od amerykańskich krążowników szos po moskwicze, ładzianki i żiguli. Nie przeszkadzało to nam jednak i po niecałej pół godzinie byliśmy na miejscu.

U Yoli zostawiamy wszystkie manatki i ruszamy na miasto. Jesteśmy na granicy tutejszego starego miasta. Widać wysiłki zmierzające do odnowienia tej części miasta, ale w socjalizmie takie rzeczy się nie udają. I Kuba nie jest wyjątkiem. Większość kamienic swoje lata świetności ma za sobą. Zapyziałe klatki schodowe i podwórka, pozawalane dachy, liszaje na elewacji, okna pozabijane dechami... słowem standardy z warszawskiej Pragi i to w wydaniu dużo bardziej radykalnym.

Hawana

Co krok naszą uwagę przykuwa kolejny świadek historii - amerykański krążownik szos.

Hawana

A co to? Nie tylko amerykańskie krążowniki!!! I blok wschodni jest prezentuje się niczegowato. To skodzina.

Hawana

Hawana

Drobne przeglądy załatwia się pod domem.

Hawana

Hawana

Hawana

Hawana

Hawana

To na oko musiała być kiedyś luksusowa kamienica. Teraz dogorywa czekając na remont.

Hawana

I tu widoczne ślady dawnej świetności.

Hawana

To musiał być elegancki sklep, a może luksusowa restauracja?

Hawana

Uff, gorąco. Szukamy wody. Krzych wciąga mnie do lokalnego sklepu. Jaka to branża? Fetor mógłby wskazywać na mięso, może coś z nabiału. W każdym razie na ladzie leżały jakieś szczątki. Tu nie znają lad chłodniczych, a tymczasem 30 stopni w cieniu. Uciekamy. O, jakiś dom handlowy. Z wnętrza ciągnie przyjemnym chłodem. Już jedną nogą byliśmy w środku, ale wyprosiła nas ochrona. Sklep tylko dla Kubańczyków. Odwiedziliśmy też bazarek. Stoiska z owocami i warzywami. W jednym z kątów mięso. Według tutejszych zwyczajów towar wyłożony na ladzie. Muchy, smród. Komu by się chciało kupować w taki upał? 

Gdzieś w budce z alkoholami kupujemy po puszce fanty, a w punkcje xero połączonym z zakładem fotograficznym po flaszce wody. Dość tego. Wracamy na bazę.

Hawana

Po upalnym popołudniu pić się chce. Zostawiam Krzycha samego i śmigam po dodatkowe picie. Jest!!! Teraz do pokoju, krótki prysznic i będziemy się starali zasnąć przed jutrzejszymi emocjami.

Hawana


<< dzień 8  dzień +1 >>