dzień +1: home sweet home

Poranne zajęcia ograniczone do minimum. Śniadanie, dopakowanie podręcznych bagaży i można lecieć. Na razie lecimy do taksówki. Znajomy taksiarz w Żiguli sprawnie dowozi nas na lotnisko, na którym lądujemy na trzy godziny przed odlotem samolotu. Taka zapobiegliwość to po części efekt doświadczeń z poprzednich biegów z przeszkodami przez kolejne lotniska, a po części lekka trema przed granicą socjalizmu i (w miarę) wolnego świata.

do domu

Pierwszy krok to odprawa. Poszło!!!

Teraz pocztówki. W razie jakby co rodzina będzie miała pamiątkę. Poszło!!!

Ostatnia atrakcja - kontrola bezpieczeństwa. Luzik. Kieszenie opróżnione, zegarek i pasek do kuwety, plecak do kolejnej. Bramka ani pisnęła. Uśmiechnięty funkcjonariusz wypytuje mnie co mam w plecaku. Ciuchy, szczoteczka do zębów, pasta, nic co może was zainteresować. Broń, ostre przedmioty, nóż? Nic z tych rzeczy. A nóż? Już mówiłem. Rozpakuj plecak. Wyciągam spodnie motocyklowe i w tym momencie uświadamiam sobie, że w kieszeni tkwi scyzoryk. Musiałem mieć bardzo zdziwioną minę, bo funkcjonariusz zaczął się śmiać w głos, aż poleciały mu z oczu łzy. Niby zwykła rzecz zapomniany niedozwolony przedmiot. Zdarza się. Ale zestawienie reakcji "socjalistycznego" przedstawiciela służb ochrony z tym jak zachowują się jego odpowiednicy w "wolnym świecie" jest tak zabawne, że po chwili śmiejemy się obaj i nawet nie było mi żal ulubionego scyzoryka. Poszło!!!

do domu

Z Hawany do Toronto żabi skok, ale jednak przesuwamy się sporo w górę po globusie. Na tyle dużo, że na płycie lotniska widzimy odgarnięty śnieg. Szaro, wietrznie, chłodno. Naraz tę chłodną aurę przełamuje para roztaczająca wokół siebie ciepłą atmosferę. Adama znamy od lat z listy Dzikiego Junaka. Spotkaliśmy się też ostatnio w realu na Księżycu. Już po kilku zdaniach czujemy jakbyśmy się znali od lat z ładniejszą połówką tej pary :-) Niesamowicie otwarci i ciepli ludzie. Przez plątaninę autostrad otaczających lotnisko jedziemy do bistro na obiad.

Opowieści, opowieści... faux pas z umalowaną sąsiadką, kradzież kubła na śmieci... czas szybko leci. Trzeba się zbierać. Na szczęście w najbliższym czasie będzie okazja do powtórzenia spotkania w Polsce, a nawet do wspólnej przejażdżki motocyklami. 

do domu

Wracamy na lotnisko. Czy można bez biegania i nerwów znaleźć się na pokładzie samolotu? Można. Tym razem to samolot daje na siebie czekać. Coś tam jeszcze pakują, kogoś jeszcze nie ma i w efekcie wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Szkoda, bo mieliśmy nadzieję na szybką rundkę po Londynie, a tak z 6 godzin zostaje tylko 5. Na dodatek te 5 godzin to brutto. Po odliczeniu 1,5 godziny na odprawę do Warszawy i 2 razy po godzinie na podróż metrem do i z centrum na "zwiedzanie" zostanie nieco ponad godzina. Alternatywą jest siedzienie na lotnisku. Trudno, pożyjemy zobaczymy.  

do domu

No i zobaczyliśmy. Ciągnę Krzycha od Piccadilly Circus do Nelsona, jeszcze jakiś Westminster Abbey i szybciutko wracamy na Heathrow.

do domu

do domu

do domu

Nie uwierzycie, i tym razem się udało!!! Nie musieliśmy biec do samolotu. No dość wrażeń. Byle do domu.

do domu

Na Okęciu czeka na nas ekipa z Dzikiego Junaka, na Krzysztofa rodzinka, a na mnie żonka. Wyprawę na Kubę uznajemy za zakończoną. Spać.

dom

Co dalej? Czas pokaże. Co pozostało? Wspomnienia, obrazy, radość z jazdy... sam smak motocyklizmu :-)




<< dzień 9