otrzęsiny Pawłowego Junaka

Mam dwa psy, oba małe, oba białe, jeden żwawy, drugi najchętniej nie ruszałby się z posłania. Żwawego (Kuskus - znaleziony gdzieś na trasie S8 pod Babskiem) zabieram codziennie bladym świtem do lasu lub na łąki. Drugi, a właściwie druga (Mufka), lubi sobie pospać więc łapie się na krótszy spacer po osiedlowych trawnikach. Łazi powoli (jest juz dość leciwa), węszy, snuje się łapa za łapą. Swoją drogą wolałbym żeby wstawała wcześniej i szła do lasu, bo trawnikowe spacery to niezłe wyzwanie. Po pierwsze muszę pilnie śledzić gdzie to bydle przysiada, co przy moim słabym wzroku nie jest proste. Po drugie potem wędruję niczym po polu minowym (pozostałości po innych czworonogach) i na końcu muszę odszukać "moją" kupę. Pakuję ją do torebki. Najgorzej, gdy okazuje się zimna, bo oznacza, że to nie była "moja".

O czym to ja chciałem...?  A, o psach. Ten żwawy w lesie i na łąkach zazwyczaj upaprze się niemiłosiernie. Oczywiście i Mufka, o ile uda się ją dobudzić, też nie pozostaje biała. Kuskus wracając myszkuje to tu, to tam. Jeszcze jeden skwerek, jeszcze śmietnik, chodniczek, schodki, krzaki... Mufka człapie prosto w kierunku auta. W domu Kuskus wskakuje to na fotel, to na kanapę. Szur pod stół, myk do przedpokoju, na balkon... Mufka od razu zalega na swoim posłaniu. Gdy po chwili wstaje moja żoneczka patrzy krytycznym wzrokiem na Mufkę. "Wykąp ją, cała jest czarna!". Kuskus biały jak śnieg radośnie merda ogonkiem. W między czasie robiąc dziesiątki kilometrów otrząsnął się z całego brudu więc kąpiel mu nie grozi.

A jak to sie ma do motocykli? Mam teorię, że te które ganiają tu i tam, zostawiają wszystkie kupy gdzieś w świecie i w efekcie pod domem nie paskudzą. Otrząsają się w trasie ze wszystkich problemów i w efekcie długo pozostają sprawne i zdrowe. Te wyprowadzane tylko na trawnik pod domem wracają sapiąc upaprane olejem. Potem są kąpane, wycierane do sucha i drzemią leniwie w posłaniu. Zabrane od święta na dłuższy spacer dostają zadyszki i klekotania zaworów. Słowem trochę ruchu potrzebne jest nie tylko właścicielowi, ale również wpływa zbawiennie na motocykl.

Z Kuby wróciliśmy na początku kwietnia. Junaki miały wrócić w połowie maja. Coś jednak się pokomplikowało (celnicy znaleźli przy niektórych picie i palenie bez znaków akcyzy) i w efekcie nie dotrą szybciej niż na początku czerwca. Tymczasem jeździć się chce. Słyszeliście o powiedzeniu prawdziwych bickerów: "Żony, szczoteczki do zębów i motocykla nie pożycza się"? Sam się tego trzymam. Tymczasem PawełZ postąpił wbrew i złożył mi niecodzienną propozycję. "Chcesz jeździć, to bierz mojego Junaka. Bez limitu kilometrów." Znacie więcej takich motocyklistów?



Motocykl przygotowany perfect. Licznik wskazuje 8.159km. W przepastnych sakwach z 15 kilogramów części, narzędzi, materiałów i innych przydasi. Zacząłem zabierać go na wycieczki. Na Księżyc, do pracy, do Słupska, nad Zalew, do Nasielska, do Słupska, do Koszelówki... I tak w kilka tygodni licznik pokręcił wszystkimi bębenkami i wczoraj pokazał 11.880km.

A jak to się ma do psów? Junak Pawła latając to tu, to tam zaczął otrząsać się z różnych ukrytych przed okiem najdociekliwszego mechanika problemów. Początkowo sprawiał problemy z odpalaniem. Sprawdziłem poziom paliwa - książkowy. Ustawienie zapłonu - jak fabryka nakazała. Kabel wysokiego napięcia - siedzi pewnie w gnieździe i ani drgnie. A czasami trzeba było kopać kilkanaście razy. Przeczyściłem przerywacz, skrobnąłem platynki, ustawiłem przerwę po mojemu (wolę ciut za dużą niż za małą). Teraz pali bez problemów.

Wiosna tego roku nie mogła się zdecydować. Deszcz, zimno... w trasie do licznika wciekło sporo wody. Gdyby było ciepło miałaby szanse odparować. Ponieważ temperatury prawie nie było (raptem 4-6 stopni) kropelki osadziły się na wewnętrznej stronie szybki. Nie ma co czekać. Licznik nie tylko powinien liczyć lecz również dzielić się wiedzą o prędkości i dystansie z kierowcą. Rozbieram. Po starannym wytarciu i osuszeniu wnętrza montuję całość uszczelniając połączenia silikonem. Teraz można zamontować go bez problemu i na łodzi podwodnej :-)

Co tak stuka? Zawory? Odchylam lewe kolano. Nic niepokojącego. Prawe. Też nic. Chwytam za bak. Nic. Za osłonę stacyjki. Nic. Za ramkę reflektora. Bingo. Pękła w okolicach jednej z 3 śrub mocujących ją do żółwia. Po powrocie podlutowuję pasek blachy. Teraz będzie się trzymać.

Na spacerze lubię przysiąść i potarmosić psa. W trasie po tankowaniu lubię przyjrzeć się motocyklowi i potarmosić go za linki, cięgła, szprychy. Co tu się tak dynda? Sygnał. Przymocowany był na pojedynczej blaszce. Teraz wisi na kabelkach. Dobrze, że zajrzałem pod bak. Na Księżycu sygnał dostał nowy uchwyt z kilku sprężystych blaszek. Powinien trzymać się pewnie.

Rutynowe oglądanie maszyny. Co to za druciki? Linka nożnego poddała się. Na szczęście w Pawłowych sakwach jest wszystko. 5 minut i nowa linka znajduje się na swoim miejscu.

Powrót ze Słupska. Zmrok, deszcz, zimno, wieje... Zakutany w przeciwdeszczówkę, podwójne spodnie ortalionowe, kominiarkę i resztę codziennego stroju motocyklowego śmieję się z tych warunków. Bytów, Kościerzyna, Skórcz, już niedługo Warlubie. Zbliżam się do linii kolejowej. Opuszczone szlabany. Wyłączam silnik. Gwizd lokomotywy, rząd jasnych okien przesuwa się przed oczami, szlabany w górę. Naciskam starter i nagle trach. Pękł!!! Taki gruby mel, a pękł. Nie wytrzymało miejsce gdzie osadzona jest poprzeczka. Musiał mieć jakąś wadę. Z bloku sterczy kikut pozbawiony poprzeczki. Szybkie sięgnięcie do lewej sakwy. Tam czeka zapasowy element. Już jest na miejscu. Kopię. Silnik nie odpala. Wilgoć to wróg iskry. Za 200 metrów widzę światło w drzwiach warsztatu samochodowego. Dobra nasza. Pcham. Mechanik pognał mnie jak psa. Już późno i zaraz zamyka. Na szczęście w chałupinie po drugiej stronie drogi na moje pukanie otwierają się drzwi. Ląduję w szopie. Dekielek iskrownika precz, demontuję płytkę z przerywaczem, wycieram szmatką, montuję. Na wszelki wypadek sprawdzam ustawienie zapłonu. Montuję wszystko, kopię... pali. Do domu 260 kilometrów. Godzinna 22, deszcz pada. Poddaję się (może za łatwo) i odwijam do Grudziądza. Hotel, ciepła herbata, prysznic, oczy same sie zamykają. Rano już po suchym docieram bez problemów do domu.

Kolejna trasa do Słupska. Wieczór. 250km od domu. Do celu kolejnych 200km. Tankowanie, czekolada Milka, hot-dog. Można jechać. Naciskam starter. Jak zamurowany mimo użycia odprężnika. Ki czort? Naciskam nieco silniej. Sprzęgło się poślizgnęło, kopniak opada, wał stoi. Trzeba rzucić okiem pod prawą kapę. 



Wykręciła się nakrętka-tarcza oporowa (19). W misce dociskającej (14) zniszczony gwint. Niby nic dziwnego. Miska to element ze słabieńkiej blachy, nakrętka z czegoś zacniejszego. W konfrontacji poddać musiał się słabszy. Ale jak do tego doszło? Pierwszy raz się z tym spotkałem. Wykręcała mi się już nakrętka, ale wykręcając pozostawiała gwint nietknięty. Ta jakoś musiała się wykręcić częściowo (sprzęgło działało) i współpracując kilkoma zwitkami gwintu z miską naruszyła jej gwint.

sprzegło

Teraz nie można jej dokręcić. Przekręca się ręką bez znacznego oporu w koło bez użycia narzędzia. Gwinty odtłuszczam benzyną i traktuję sowicie poxipolem. Dodatkowe 45 minut postoju by klej stężał. Z drżeniem serca naciskam sprzęgło i ruszam. Kolejne zmiany biegów bez dotykania lewej klamki. Noc, puste drogi, lecimy. Zbliżam się do skrzyżowania z krajówką. Z daleka widzę czerwone. Wrzucam na luz i toczę się. Niestety nie zmieniło się na zielone. Trzeba będzie użyć sprzęgła po raz drugi. W Kościerzynie trzeci raz obciążam świeżo naprawione połączenie. Zatrzymuje mnie wahadełko. I tak szczęśliwie dotarłem do celu. 200km i trzy naciśnięcia sprzęgła - niezły wynik.

W Słupsku wpadam do Mańka. Pożycza mi miskę. Siedzimy, gadamy. Naraz słychać charakterystyczny gulgot. To kolejny Junakowiec Tomek. Do rozbiórki sprzęgła potrzebny jest klucz 24. Maniek takowego nie posiada. Jedziemy do Tomka. Po zdjęciu prawej kapy próbuję odkręcić nakrętkę przytwierdzoną poxipolem. Nie poddaje się. Ok, powinna wytrzymać do domu. Kapa wraca na miejsce. Do skawy trafia klucz 24 i komplet miska/nakrętka. Oddam je na Dzikowisku.

Tym razem pogoda jak marzenie. Wracając w okolicach Kazunia (stąd widać już łunę nad Warszawą) strzał w tłumik i silnik gaśnie. Stać w tym miejscu nie mogę. To trasa szybkiego ruchu. Do wiaduktu 500-600 metrów. Wtaczam motocykl na łączkę za wiaduktem. Przyświecam latarką. Iskrownik wydaje się ok. Oglądam świecę. Piękna. Kopię obserwując iskrę. Satysfakcjonująca. Montuję, kopię i za drugim razem silnik zaskakuje.

Nazajutrz wpadam do Krzycha. Mamy jechać do Koszelówki by objechać trasę przejazdu planowaną na XX Dzikowisko. Pod łoboorką wymieniam kielich i nakrętkę. Przy okazji zaglądam do zaworów. Ostatnio czasami gubiła się kompresja. Często jest to wynikiem zmniejszonego luzu. I tu niespodzianka. Pękła ośka odprężnika. Jej fragment współpracujący z zaworem lata w środku luźno. To on był odpowiedzialny za chwilowe zaniki kompresji i prawdopodobnie za wczorajsze zgaśnięcie silnika koło Kazunia. Skacząc pod deklem musiał podpierać zawór. Tego elementu nawet w Pawłowych sakwach nie było. Na szczęście Krzych wyciąga z półki pudełko pełne dźwigienek!!!

250 kilometrów do Koszelówki i z powrotem, z czego większość bocznymi drogami, wynagradza wszelkie trudy.



Pawłowy Junak otrząsa się ze wszystkich osłabionych elementów. Oby nie zapeszyć, teraz powinien latać i latać bez problemów. No może jakieś jeszcze wystąpią, ale po to ma się skarb w postaci Kamratów i sakwy pełne skarbów by sobie radzić.