dzień 1: po Polsce

Start z księżycowej łoboorki Krzycha po pracy o 16. Jakoś tak się składa, że gdzie by się nie jechało, czy razem czy samotnie stąd najlepiej się startuje i tu się z przyjemnością powraca. Ci co byli wiedzą jak tu jest, ci co nie byli niech żałują i jak najszybciej odwiedzą tę Mekkę junakowców, pilotów, żeglarzy i innej maści pomyleńców :-)

Pogoda nie rozpieszczała. Letnie upały wyraźnie zelżały, a deszcz dodawał swoistego smaczku.

harz

Krzych jak zawsze pod krawatem...

harz

... na ten strój kombinezon...

harz

... i jesteśmy gotowi do startu. Miny jak widać bojowe!!!

harz

W trasie do Błonia korek, wleczemy się lub stoimy i mokniemy. Woda dostała się do gaźników. Szybciej jej przybywało niż Junaki zdołały spalić :-(  Gdyby tempo było większe to drobne kropelki przelatywałyby przez dyszę wraz z paliwem. Gdy się stoi to... nie przelatują tylko się zbierają. Cóż było robić. Konieczna była pierwsza "regulacja" - czyszczenie gaźników. Jak się okazało tych "regulacji" czekało nas jeszcze kilka. Deszcz padał do Kutna, potem tylko mżyło a ostatnie 50km jechaliśmy po suchym.

Tu druga "regulacja" - wymiana linki gazu. Nawet nie ma co opowiadać bo to rzecz banalna i na dodatek w luksusowym miejscu bo pod dachem na stacji.

harz

harz

Nocleg w agroturystyce całkiem udany. Na dodatek koniec deszczu co nastrajało optymistycznie. Niestety kryzys światowy czy też wrodzona oszczędność gospodarzy dość, że kaloryfery jeszcze ciepłe w momencie przyjazdu po chwili były zimne. Jak tu suszyć kompletnie mokre buty? Ale "Dzik twardy jest nie miętki" więc każdy z nas znalazł na to jakiś sposób. Krzych dość ekstensywny czyli założył, że w mokrych też się da, a w trakcie jazdy same wyschną. Ja zdemontowałem z nocnej lampki klosik, lampkę zapaliłem i nadziałem na nią but. 40 watowa żarówka emituje wszak tylko 4 waty światła (ono się zmarnowało) i aż 36 watów ciepła i ono się nie zmarnowało. Jeszcze tylko budzik na 2 w nocy żeby zamienić buty i na rano miałem suche, a jeden to nawet ciepły :-)

harz

I tak pierwsze 280 km za nami.

>> dzień 2