miś do pracy

Czwartek po długim weekendzie sierpniowym. W pracy młyn. W połowie dnia zaczynam tęsknie spozierać przez okno na parking gdzie w ciepłych promieniach słonka wygrzewa się Junak. Wygrzewa się i korci. Niechętnie odwracam wzrok od okna. Rzut oka na monitor. Kilka nowych wiadomości. Tu coś pilnego do załatwienia. Może poczekać. Tu prośba o natychmiastową odpowiedź. Niech czeka. Tu kolejna niecierpiąca zwłoki sprawa.  Do kolejki...

O, mail od Bohdana. To kolega z daaaawnych lat. Od roku zapalony motocyklista. W tym sezonie poleciał samotnie na Nordkapp. Deszcz o kroplach wielkości wróbla, chłód, samotne biwaki, mgła... wrócił zachwycony. Ani się obejrzał, a pierwszy tuzin tysięcy kilometrów nawinęty na koła. Teraz planuje przyszłoroczną eskapadę. Jedną z opcji jest połączenie sił i wspólny wypad do Kirgistanu połączony z odwiedzeniem Tadżykistanu, Uzbekistanu, Iranu, Turcji, Bułgarii, Rumunii, Węgier, Słowacji i Wodza w Zakopanem. Chciałbym żeby poznał Krzycha, spróbował jazdy w towarzystwie Junaków, zaprezentował swój sprzęt i styl jazdy. Trzeba też obgadać to i owo i zacząć konkretyzować plany. Czy może być na to lepszy sposób i okazja niż wspólny wypad motocyklowy?

Dwa maile i mamy ustalony plan. Start w piątek po robocie. Punkt zbiórki stacja Lotos na wylocie w kierunku Łomianek. Godzina zbiórki - siedemnasta. Biwak nad jeziorem Mokrym. Według meteo.pl piątkowe popołudnie i sobotni poranek mają być pogodne, potem deszcz, wieczór i noc z soboty na niedzielę bez opadów i dalsze wodne atrakcje około południa w niedzielę. Bajka :-)

Coś pilnego załatwione i wypada z kolejki. Prośba o natychmiastową odpowiedź spełniona. Kolejna niecierpiąca zwłoki sprawa załatwiona.

W piątek rano Krzych wrzuca na listę Mazowsza informację o wyjeździe. Mamy jeszcze jednego chętnego. PawełZ będzie nas gonił, bo nie da rady urwać się wcześniej z pracy. Mazury zna jak własną kieszeń, miejsce kojarzy i znajdzie nas bez problemu. Bajka :-)

Przed czwartą startuję w kierunku Księżyca. Krzych już spakowany. Mam pół godziny na drobny serwis. Trzeba uszczelnić lewą kapę. Odkręcam, czyszczę, smaruję silikonem, wlewam dwie setki oleju składam, dokręcam... gotowe.

Punkt siedemnasta jesteśmy na cepeenie. Po chwili dociera Boguś. Uściski rąk i rzucamy się w wiry rzeki samochodów. Prowadzę. Trochę środkiem, trochę poboczem i wyrywamy się z chaosu na spokojną drogę w kierunku Nasielska. Wybieram boczne drogi. Ruch znikomy, widoki piękne. Za Ciechanowem krótki postój. Poziom cukru spadł niepokojąco. Wszak oprócz wczesnego śniadania nic nie jedliśmy. Pod sklepem komitet powitalny. Trzech sympatycznych lokalesów z zainteresowaniem ogląda Junaki. Przypominają się im młode lata kiedy to Junakami orało się pole. W przywoływaniu wizji z lat młodości pomaga zdecydowanie spożyty alkohol.

Bułka, śmietana i z głodnym mogę porozmawiać. Nie ma co się objadać, zresztą komu by się chciało jeść w taki upał? Pojedli, popili to dać psu mordy oblizać i w drogę.

Teraz prowadzi Boguś. Świadom odpowiedzialności trzyma prędkość z granicach 80-85 km/h, tak żeby Junaki dały radę nadążyć.

Powoli zapada zmrok. Las, kręta droga, podwójna ciągła, za chwilę prawy zakręt... Tuż przed jego szczytem dopada nas rączy vanik. Łyka jednym haustem całą naszą kawalkadę i udaje mu się nawet uniknąć, naprawdę w ostatniej chwili, czołowego zderzenia z nadjeżdżającym z przeciwka autem. Jego kierowca pokazuje jak bardzo cieszy się z cudem ocalonego życia mrygając potężnymi światłami drogowymi. Czuję jak skacze mi ciśnienie, a serce wchodzi na wysokie obroty na widok vana dosłownie ocierającego się o Bogusia. Zwykły zakręt, a ile emocji. Nazajutrz nieopodal tego miejsca widzieliśmy jak strażacy kończyli akcję wycinania z rozbitego auta mniej fartownych ofiar spotkania osobówki z ciężarówką.

Drogowskaz "Ławny Lasek 1" i po kilkuset metrach szutrówki jesteśmy na miejscu. Po chwili telefon od Pawła, który lecąc krajówkami dotarł na miejsce przed nami. Czeka gdzieś w okolicy. Po chwili słychać bulgot junaczego silnika i jesteśmy w komplecie. Nie minęło 10 minut i 3 namioty i moja norka są gotowe, a woda na herbatę bulgocze w menażce. Krzych wyciąga jajka na twardo, Boguś bułki i chałwę, Paweł podręczny zestaw prowiantowy, który zawsze ma pod ręką i kolację mamy zaliczoną. Ząbki, paciorek i spać. Zasuwam suwak moskitiery, przekręcam się na bok i odpływam. To samo dzieje się w pozostałych namiotach naszego obozowiska.

Wstałem raniutko i poleciałem do Spychowa po świeże bułki i inne produkty na śniadanie. Jajecznica na boczku, pomidory z cebulką, oliwki, korniszonki, sardynki, twaróg, szyneczka, serek, dżemik i majonez do smaku. Do tego gorąca herbata (moja z mlekiem) i można uznać dzień za zaczęty.

Mazury

Jeszcze kąpiel w jeziorze, słońce przygrzewa, motocykle gotowe do jazdy. Nie ma lepiej :-)

pole "u Krzysztofa"

Paweł i Boguś wybierają trasę. Wąsko, kręto, pola, lasy, jeziora, pagórki, piekne widoki, stary klasztor starowierców, uwaga niebezpieczne konie, las, koniec drogi, port, prom, stop. Ucinamy pogawędkę z turystami oglądającymi Junaki. Paweł idzie odwiedzić wspólników pływających na ich wspólnej łódce, a my idziemy na lody i kawę.

Naraz podchodzi do mnie żeglarz i pyta czy ja to ja. W pierwszej chwili nie poznałem. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nie gapię się na obcych mężczyzn (inaczej z kobietami). No pewnie, ja to ja, a Pan, to znaczy ty, to Ty! Kolega z pracy z daaawnych lat. Dosiadam się do jego kompanii. Wyskoczyli na weekend z żoną i synem na żagle. Przypomnieli mi starą historię. Przyniosłem kiedyś do pracy misia. Zdziwionym kolegom wyjaśniłem, że dała mi go córka (miała wtedy ze cztery lata) mówiąc, żebym go zabrał to nie będę się nudził w pracy. Jeżeli kogoś praca nudzi może wypróbować ten sposób :-)
 
Lecimy dalej. Na promie mimo braku miejsc znajduje się skrawek powierzchni dla Junaków. Kapitan z sentymentu dla Junaków nagina nieco rygorystyczne przepisy.
Objechaliśmy Śniardwy obserwując zbliżające się ciemne chmury. W drodze powrotnej w Piszu zapowiadany deszcz dopadł nas na stacji paliwowej. Przeczekaliśmy pierwszą fazę gwałtownej ulewy pod dachem, wciągnęliśmy przeciwdeszczówki (Krzych nie, bo on nie lubi) i pożegnawszy się z Pawłem, który musiał wracać do domu, pomknęliśmy do Rucianego na rybkę. Niby tylko wycieczka weekendowa, a wszelkie atrakcje urlopowe mamy zapewnione.
 
Po obiedzie okazało się, że Krzycha motocykl rzucił palenie. I tak, i siak, mimo stosowania wszelkich sztuczek nie ma ochoty. Wymiana iskrownika, komory pływakowej (zdjęta z mojego), kabla wysokiego napięcia, świecy... W końcu udało się. Po uruchomieniu działał normalnie. W między czasie podchodziło sporo osób. Ten kiedyś jeździł Junakiem, ten ma przejściówkę z koszem, o tu jest fotka, a jego brat ma M10, ten jest za młody żeby pamiętać, ale ma WSK'ę, a Junaki zawsze mu się podobały. Podchodzi ojciec z dwoma synami. "Czy to podróżnicy?" Rozpoznał nas ze zdjęć między innymi z mojej strony. Bartka, znanego nam z forum Dzikiego Junaka, teraz poznajemy w realu. Jaki ten świat jest niewielki. Miła rozmowa, kilka wspólnych fotek i zbieramy się.
 
Szczęśliwie przestało padać. Do bazy docieramy już o zmierzchu. Ostatnich kilkaset metrów szutru i gliny jest sporym wyzwaniem, ale daliśmy radę.

Nazajutrz śniadanie, pakowanie i w drogę. Żeby było bajkowo odwiedziliśmy Jednorożca.

Mazury

Deszcz dopadł nas w okolicach Pułtuska. Odpuszczamy przeciwdeszczówki, będziemy się suszyć w domu.

Za tydzień planujemy z Krzychem wycieczkę w okolice Piły gdzie Brzoza organizuje Punkowy Zlot Motocyklowy. Co prawda nasze owłosienie nie pozwala na postawienie irokeza, słuchamy raczej Foga i Santor, ale liczymy, że jakoś nas tam zaakceptują.
 
A, zapomniałbym. Po zmianie ciuchów na suche zakładam na ramię nową oponę i lecę na Księżyc żeby ją zmienić. Krzych czekał na mnie. Żegnamy się, on pędzi do domu suszyć ciuchy i moczyć się pod prysznicem, a ja biorę się za ściąganie opony. Tak kończy się kolejna mikrowyprawa. Niecałe dwa dni, a wrażeń moc.