XII Wildszwajnisko

Jak co roku w drugi weekend września organizowane jest w Herreden (D) Wildszwajnisko Grupy Motocyklowej Wild Junak. W tym roku będzie to już dwunasta edycja. Organizowane? Samo się nie organizuje jako grzmi samo i samo się błyska. Motorem i dobrym duchem imprezy jest Fabian. W początkach było to spotkanie wąskiej grupki przyjaciół mieszkających na zachód od Odry, których łączyła miłość do Junaka. W upływem czasu grono uczestników powiększało się, a od kilku lat dołączają entuzjaści Junaka z prawego brzegu Odry.

Kalkulowałem na chłodno i wyszło mi, że w tym roku nie dam rady się wybrać. W tygodniach poprzedzającym i kolejnym muszę być służbowo w Słupsku. Tu północ, tam zachód, trudno połączyć punkty będące wierzchołkami ogromniastego trójkąta.

Harz 2017
 
Przypomniałem sobie jedno z twierdzeń z lekcji geometrii, a mianowicie: "Każde 3 punkty w przestrzeni można połączyć jedną linią prostą, byleby była odpowiednio gruba." Nie pamiętam tylko czy twierdził tak nauczyciel, czy któryś z uczniów. Na dodatek zadzwonił Krzych i zaczął dopytywać się czy jedziemy. W pierwszym zdaniu odpowiedziałem, że ja nie mogę. W drugim wyjaśniłem rzeczowo dlaczego jest to niemożliwe, a w trzecim ustaliliśmy, że spotkamy się we czwartek wieczorem w Gubinie i polecimy dalej razem we cztery junaki. Cztery? Do naszego skromnego peletonu akces zgłosili Franek i Kamyk. No to mamy plan, teraz trzeba go wprowadzić w życie.

Żona do męża: "Może chciałbyś spędzić miło weekend? Jakiś wypad? Kolacja przy szklaneczce wina?" Na to mąż: "Świetnie, no to do poniedziałku!" Stary ten dowcip? Z długą brodą? Ale jaki bliski życiu ;-) Krótkie negocjacje z żonką i mam zgodę. We wtorek po pracy do Słupska, środa i czwartek spotkania służbowe, po południu we czwartek do Gubina, tam spotkam się z resztą ekipy. W piątek dotrzemy na miejsce. Powrót w niedzielę jednym skokiem. Taki jest ten nasz plan.

Urywam się z pracy po pierwszej. Najpierw do grawera. Wbijam w samo centrum Warszawy. Teraz na Księżyc. Gdzie podziałem telefon? Wracam do grawera. Na ulicy pogawędka z jegomościem, który kilkanaście lat temu nabył drogą kupna kilka kartonów części. Miały one przemienić się w junaka. Po dłuższym czasie powędrowały do fachowca. Fachowiec kombinował, kombinował i poległ. Panie, a z tą prądnicą to jak jest? Musi się zalewać? Czas płynie nieubłaganie. 16:30 - czas ruszać.

Przemykam się bokami przez Brodnicę, Grudziądz. Tu pierwszy postój i tankowanie. Pogawędka z kierowcą ciężarówki. Miał kiedyś junaka nówkę sztukę. Panie, a prądnicę to da radę uszczelnić? Dalej drogami powiatowymi. Zaszło słońce, wyszedł księżyc, pojawiły się mgły. Droga wąziutka i kręta. Las. Czasami jakaś litościwa dusza maznęła farbą linię w osi jezdni. Czasami litościwej duszy nie było. Czasami linia była taka blada jak moja córka z rana po całonocnej imprezie. Ech życie studenta. Pal licho, nie boję się ciemności i gnam 90km/h. Drugiego postoju nie było. 440 km przejechałem w 6,5 godziny z czego dobre pół godziny zajęła pogawędka. Poczciwe junaczysko dowiozło mnie do celu.

Jakby ktoś chciał dołączyć (ogłoszenie aktualne z oczywistych względów do 7 września 2017 roku) to informuję, że punktem zbiórki jest Krosno Odrzańskie, a konkretnie lokal "U Władka" na Obrońców Stalingradu 30A. Ogłoszenie jest aktualne tylko do początku września również z tego powodu, że obrońcy owi pachną komunizmem (sic!) i właśnie zmienili ich na ulicę Słubicką. Dobrze, że do tematu zmian lokalne władze nie podeszły jak władze Słupska. Tu była sobie ulica Franciszka Fiedlera. Któż to taki zapytacie.  Otóż właściwie to Efroim Truskier – polski historyk ruchu robotniczego pochodzenia żydowskiego, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, członek PAN, poseł na Sejm PRL I kadencji, członek Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. No i nie bacząc na zasługi tegoż Efroima wywalili go z patronowania, ale żeby ludność mogła łatwo trafić do domu zmienili tylko imię na Arkady. Gdyby w Krośnie poszli tym tropem mogliby Stalingrad zamienić na Monte Cassino i też było by klawo :-)

Pożyjemy zobaczymy. Piszę to wylegując się w hotelu w Słupsku. Za oknem siąpi deszczyk, w nocy zapowiadają ulewę, jutro ma być 12 stopni. Słowem warunki w sam raz na wyprawę. Ostateczny skład nie jest do końca pewny. Kamykowi skomplikowało się to i owo i musiał z żalem odpuścić. Za to zgłosił się Mineralny, a przed chwilą Arek. Pięć junaków to potężna siła ognia. Możemy ruszać na podbój Europy.

Od rana leje jak z cebra. Do pracy jadę taksówką licząc, że w końcu to co się nagromadziło na górze musi spaść na dół i deszcz się skończy. Skończyłem pracę i deszcz się skończył :-) Dobra nasza. Wracam do hotelu, pakuję manatki i w drogę. Do Krosna mam 360 km. Odpalam po 16, powinienem dotrzeć na miejsce przed 22. Wbijam cel do GPS'a. Jaki rodzaj trasy na dziś? Najszybsza? Najkrótsza? Unikaj autostrad? Ekologiczna, cokolwiek miałoby to nie znaczyć? Najszybsza to nuda, ekologiczna to jakaś ściema, unikaj autostrad nie na wiele się przyda, bo na moim kierunku ich nie ma. Najkrótsza zazwyczaj oferuje najwięcej atrakcji wiodąc wąskimi dróżkami. TomTom dopytuje się ciekawie: Pomijać drogi gruntowe? To byłoby już zbyt wiele atrakcji. Pomijaj.

No i się porobiło. Gdzie ja jestem? TomTom wyłączył się. Najkrótszej drogi i jej wertepów nie wytrzymała ładowarka. Mapy nie mam. Deszcz siąpi. Ludność miejscowa pochowała się w chałupach do których dostępu bronią psy. Atrakcja w postaci warczącego junaka jest silniejsza niż chęć schowania się w budzie. Gdzie ja jestem? Majdruję przy ładowarce. Gdy silnik jest wyłączony podaje trochę prądu i mój przewodnik zaczyna działać. Uczę się na pamięć trasy na najbliższe 30-50 km. Palimy i w drogę. W Czaplinku tankuję i kupuję ładowarkę. Życie staje się prostsze. Od Gorzowa nawet przestało padać. Luks!

Około 22 docieram do celu. Krzych, Franek, Mineralny, Arek i Kamyk wyskakują na drogę i wskazują bramę. Kamyk nie dał rady przygotować motocykla i przyleciał katamaranem. Będziemy mieli wsparcie.

Nocne Polaków rozmowy. Kombinujemy nad junakiem Arka. W trasie dał się słyszeć trzask i pękło szkło reflektora. Jutro trzeba poszukać jakiegoś szrotu lub sklepu handlującego sprzętem rolniczym. Może uda się coś dobrać.

Rano skaczemy z Krzychem do sklepu po bułki. Na przeciwko lokalu "U Władka" mamy Biedronkę. Podchodzimy do drzwi równo w momencie otwarcia. Czeka jeden pijaczek, jeden garniturowiec, dwie gospodynie domowe i dwóch obdartusów motocyklistów. Słowem przekrój społeczeństwa.

Po śniadaniu pakowanie i w drogę. Co za luksus. Graty wrzucamy do bagażnika Kamykowego auta. W pierwszym wskazanym przez internet warsztacie kierują nas do składnicy rolniczej.

Harz 2017

Czego tu nie ma? Tego nie sprawdzaliśmy. Skoncentrowaliśmy się na tym co tu było, i po chwili bingo - dwie lampy do wyboru. Mnie bardziej podobała się czerwona, Arek wybrał dostojniejszą czarną.

Harz 2017

W fabryczce wanien i brodzików Krzych pożycza wiertarkę i po półgodzinie Arkowy junak znowu ma sprawny reflektor. Można ruszać.

Harz 2017

Na jazdę mamy cały dzień. Nic nas nie goni. Wybieram zatem drogę przez wioski i miasteczka. Z autostrady skorzystamy na ostatnim odcinku już za Lipskiem. Jedzie się dobrze. Pochmurno, ale nie pada. Przeszkodą jest coraz silniejszy wiatr
wiejący raz prosto w nos, to znowu nieco z boku.

Jadę pierwszy, za mną Franek i Janek Mineralny, za nimi Arek, Krzych i Kamyk. Seria ostrych zakrętów. Peleton rozciąga się. W lustrze widzę Franka i Mineralnego. Reszta wycieczki gdzieś się zapodziała. Wracamy. Po kilku zakrętach na poboczu widzimy zguby. Powodem postoju jest zgubiony przez Arka tłumik. Pękło ucho mocujące. Krzych rusza na poszukiwanie drutu, my kombinujemy jak wykorzystać resztki pękniętego uchwytu.

harz 2017

Krzych wraca z pękiem drutów w garści. Do wyboru aluminium i stal. Dawcy (okoliczne płoty) przeżyli. Arek wzmacnia konstrukcję tłumika, a ja rzucam okiem na tylne koło mojego junaka. Od czasu wyprawy na Kubę mam kłopoty z pękającymi szprychami. Tym razem dostrzegam brak 3 i to kolejnych. Myślę, że ktoś na górze czuwa i przerywając podróż chciał dać znać - Uwaga niebezpieczeństwo! Gdyby nie przygoda z tłumikiem, która dała okazję do sprawdzenia stanu koła, pewnie poszłyby kolejne szprychy co mogłoby się skończyć kompletną destrukcją koła.

Coś dzieje się z junakami Arka i Krzycha. Nie chcą palić. Jedynym sposobem jest rozruch na pych. Skoro jednak dają się uruchamiać postanawiamy badanie przyczyn i ich usuwanie przeprowadzić "na bazie".

Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów śmigamy autostradą. Ta przyjemność z jednej strony pozwala na w miarę szybkie pokonanie dystansu (alternatywą jest jazda koło za kołem przez wioseczki leżące wzdłuż ciągnącej się równolegle do autostrady drogi), ale kosztuje nieco nerwów, bo awaria motocykla mogłaby się wiązać z koniecznością skorzystania z autoholowania, które żeruje na klientach nie mających innego wyjścia. W miarę szybkie pokonywanie dystansu pod warunkiem, że ruch odbywa się płynnie. Tymczasem ruch gęstnieje i po chwili stajemy w korku. My możemy śmignąć pomiędzy samochodami, Kamyk nie ma wyjścia. Daję znać towarzyszom podróży żeby minęli mnie i wbijali się w aleję między autami (zdyscyplinowani kierowcy pozostawiają szeroki przejazd pomiędzy rzędami aut), a z Kamykiem uzgadniam punkt zbiórki na wlocie do Nordhausen. Po chwili doganiam wycieczkę. Korek miał tylko ze trzy kilometry więc po jakimś czasie dogania nas Kamyk. Dobrze się stało, bo umówiony zjazd z autostrady jest wyłączony z ruchu. Spadamy już za Nordhausen i po kilkunastu minutach mijamy bramę farmy Diany. Serdeczne powitania, uściski...

...Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa
W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa
Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,
Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.
Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał...

Jaki Wojski? To oczywiście z Pana Tadeusza. Tak mi się skojarzyło, bo od jakiegoś czasu próbuję nauczyć się pierwszej księgi. Jadąc czasami odtwarzam to, co już zmieściło się w szarych komórkach - 710 z 985 wersów, co przekłada się na 40 minut "odtwarzania". 

Po rozpakowaniu gratów i zainstalowaniu się na poddaszu na słomie (świetnie się tam spało) zamieniamy sie w mechaników. Tu jest raj dla miłośników kręcenia śrubkami. Na każdym kroku jest coś do zrobienia. Na pierwszy ogień junak Arka. Przerwa na przerywaczu niby jest, ale nie przekonywująca. Zwiększamy do takiej jaką lubimy z Krzychem, a mamy identyczne upodobania w tym względzie. Serwisowka mówi o kilku dychach (0,4mm?), nam się podoba ze dwa razy większa. Zmiana przerwy to zmiana kąta wyprzedzenia zapłonu. Ustawiam go i próba odpalenia. Sukces :-)

Krzych ściąga iskrownik. Płytka przyspieszacza ma znaczny luz więc o kącie wyprzedzenia decyduje przypadek. Mineralny grzebie chwilę w klamotach i po chwili przynosi płytkę. No, ta siedzi jak przyspawana. Ustawiamy zapłon i po chwili również Krzycha motocykl odpala.

Co by tu dalej? O jest :-) Roman (na zdjęciu trzeci od lewej) z zafrasowaną miną próbuje uruchomić motocykl. Co jakiś czas odnosi sukces, ale tylko chwilowy. Po kilku obrotach silnik gaśnie. Iskra jest, przed chwilą ustawiali zapłon więc kolejny podejrzany to gaźnik. Po zatkaniu ręką wlotu gaźnika silnik startuje. Bez tej sztuczki nie. Świeca mokra. Idę do moich zapasów po świecę. Bingo. Teraz da się uruchomić. 

harz 2017

Karkóweczka, cola (niektórzy piwko i coś mocniejszego), rozmowy do późnej nocy... Czas spać, jutro śniadanie o ósmej i wyjazd na wspólną przejażdżkę. Fabian zapowiada dobrą pogodę, malowniczą trasę i atrakcję w postaci wiszącego mostu, który jest z jakiś wzgledów naj. Najdłuższy? Najwyższy? Najwęższy? Pożyjemy zobaczymy. Słoma pachnie, rześki wiatr powiewa przez szpary, cisza... odpływam.

Z rana powracamy do motocykla Romana. Niby zapala, ale nie pracuje zbyt dobrze. Mam w piórniku przyrząd do ustawiania poziomu paliwa, teraz przyszedł czas na skorzystanie z jego usług. Przy okazji wymieniam uszczelkę pod komorą pływakową. Poziom wzorcowy, próba odpalenia. Gra maszyna.

Kamyk kibicuje.

harz 2017

Jeszcze ustawienie wolnych obrotów i trzeba szybko wskakiwać w motocyklowe ciuchy. Wyjazd za 10 minut!!!

Jak sie później okazało to nie był koniec problemów. Ale o tym za chwilę.

harz 2017

Do celu wycieczki docieramy bez przygód. Pogoda była łaskawa. Deszcz wisiał w powietrzu, ale nie padało. Malownicze kręte drogi wśród zalesionych gór są Mekką motocyklistów. Na parkingu ścisk. Maszyny wszelkiej maści. Wśród nich samotny Münch. Nieczęsto można spotkać tę legendę.

Most to miejscowa atrakcja. Oddany do użytku wiosną tego roku ściąga tłumy. Kilkaset metrów kołyszącej się konstrukcji zawieszonej kilkadziesiąt metrów nad powierzchnią wody. Do tego możliwość zjazdu na linie. Taką atrakcję trzeba rezerwować ze sporym wyprzedzeniem lub liczyć, że w ostatniej chwili ktoś wymięknie. Most atakują wszyscy uczestnicy wycieczki. Na linę nikt się nie odważył. "Przerażająca" jest nie tylko wysokość i prędkość, ale i cena.

Czy to wczorajszy alkohol? Przez most wszyscy idą wężykiem :-) Największy junakowiec na świecie Artur umiejętnie balansując wprawia konstrukcję w ruch wahadłowy. Błędnik wyczynia dzikie harce.

Bogi się nie boi i pewnie stoi na nogach. Jeremi skupia wzrok i planuje kolejny krok. Byle do przodu.



harz 2017

harz 2017

Nie ma co się bujać - koniec zwiedzania. Zwartym peletonem ruszamy za Fabianem. Chcąc nakręcić przejazd całej grupy ruszam jako ostatni. W pierwszej z mijanych miejscowości, tuż koło przejazdu kolejowego, motocykl Romana gaśnie. Zawracam. Kilka nieudanych prób rozruchu. W końcu odpalił. W tym czasie peleton pomknął w siną dal. Nastawiam GPS na Herreden i ruszamy. Po drodze silnik gasł jeszcze dwa, czy trzy razy, ale zawsze po kilku próbach odpalał. Ki czort? Nic to, skoro daje się uruchomić będziemy główkować na bazie. Gdy działa rwie ładnie. Tam gdzie droga wije się fantazyjnymi zakrętasami zwalniam, ale widząc na ekranie, że zakręty nie są groźnie podkręcam tempo. Roman dotrzymuje kroku. Fragmentami poganiamy dziewięćdziesiątką. Pustawa droga wśród lasów i łąk, dobry asfalt, zakręty, górki, czasami mżawka, ale również słonko... to coś co tygrysy lubią najbardziej.

Do celu docieramy przed wszystkimi. Fabian pociągnął inną drogą i na dodatek gdzieś zrobili postój.

Franek zarządza mały serwis przed jutrzejszym powrotem.

harz 2017

Znalazła się listowa zguba. Zadzior prezentuje motocykl wyprawowy. Zwróćcie uwagę na przedni hamownik i tylne amorki. W tyłu kryje się jeszcze jedna niespodzianka - Sebowa tarcza szczękotrzymacza.

harz 2017

Walimy na bigos. Diana przygotowała tę egzotyczną potrawę dziąki instrukcjom Fabiana. Bigos palce lizać.

Syci wrażeń i pokrzepieni bigosem postanawiamy z Romanem znaleźć przyczynę gaśnięcia junaka. Zakładam, że to sprawka zapłonu. Demontuję iskrownik wraz z sebową przystawką. Wrnik stoi, a koła napędzające kręcą się ze 30 stopni. Skąd taki luz? Po rozpięciu iskrownika i przystawki znalazłem przyczynę. Sprzęgiełko przekręcało się o znaczny kąt mimo dokręconej nakrętki. Podczas montażu wysunął się klin. Jeszcze poprawka zbyt słabo wciśniętego uszczelniacza i składam całość do kupy. Teraz ustawienie zapłonu i odpał od pierwszego kopa. I to wszytko na oczach gromadki Kamratów popijających piwko (i nie tylko) i przyglądających się moim działaniom. To zawsze jest deprymujące. Jednak tym razem dzięki miłej i rodzinnej atmosferze i ciekawym pogawędkom zapomniałem o tremie i wszystko poszło jak trzeba. Trzeba było widzieć minę Romana gdy wrócił z rundy testowej. Teraz junaczysko działa jak należy. Ustawiony gaźnik, zapłon, zbyt napięta linka gazu odzyskała właściwy luz. Można śmigać. 

harz 2017

Stary WSK'arz podejmuje próbę lotu na miotle. Ale jako, że to człek o anielskiej łagodności, promiennym uśmiechu, szlachetności wrodzonej i wielu innych podobnych cechach więc sprzęt czarownic nijak nie chce się Go słuchać.

harz 2017

Młode pokolenie. Ten twardy motocyklista przed chwilą dawał koncert grając na pianinie. Czy można się dziwić, że płeć piękna lgnie do niego?

harz 2017

Wieczorek pożegnalny. Fabian prosił żebyśmy z Krzychem opowiedzieli coś o Kubie. To trudne zadanie, bo po pierwsze starcza demencja, po drugie przynajmniej część publiki zna już te opowieści, a po trzecie część publiki jest niemieckojęzyczna. Trudnej roli tłumacza podejmuje się Stary WSK'arz. Co on tam opowiadał nie wiem, ale słuchali go z zainteresowaniem. Potem tradycyjnie wręczenie nagród przygotowanych przez Fabiana, loteria fantowa i tak zrobiła się prawie pierwsza w nocy. Czas spać, bo jutro, a właściwie dziś, budzimy się o piątej i o szóstej ruszamy.

Plan udało się wcielić w życie. Pakowanie po ciemku i start jeszcze przed świtem.

harz 2017

harz 2017

Do celu 880 kilometrów. Żeby zwiększyć prawdopodobieństwo przejechania trasy w jeden dzień postanawiamy lecieć autostradami. Ja mam resztki paliwa. Po kilkudziesięciu kilometrach stajemy na CPN'ie. Franek pije kawę, wszyscy tankujemy i w drogę. Kolejna setka i stajemy na śniadanie. Mamy kanapki, Franek odpala kuchenkę. Po półgodzinie lecimy dalej. Tym razem 200 kilometrów i tankowanie. Kolejny postój już w kraju. Home, sweet home. Franek dobiera paliwo zaraz za granicą, pozostali postanawiają poczekać na mniej drastyczne ceny.

Za chwilę odjazd ku S3. Czas rozstania z Arkiem. To twardziel. Junaka przejętego od ojca w latach osiemdziesiątych odkopał po wielu latach, sprawdził jadąc pod Piłę na zlot, a teraz odpalił, wsiadł i pokonując drobne problemy śmignął 2 kkm. Na dodatek jako, że to początek jego nowożytnej przygody z 2 kółkami nie miał dobrego stroju i marzł w dżinsach. Stojąc na ostatnim wspólnym popasie trząsł się, ale nie pękał. Do domu dotarł tego samego dnia po 300 km samotnej końcówki.

Stajemy na Orlenie. Spotkaliśmy ekipę wracającą ze Złombolu. Serdecznie zapraszają na przyszłoroczną imprezę. Są tak wiarygodni w jej propagowaniu, że zaczynamy snuć plany. Krótkie pożegnanie z Arkiem i walimy w kierunku Wrocka. Tak żeśmy się zapamiętali, że ciągle śmigamy autostradą i dalej S8.

Spotkanie ze Złombolowcami :-)


harz 2017

Jeszcze pożegnanie z Kamykiem - leci na Łódź i dalej autostradą do domu. Prawdziwy entuzjasta junaczenia. Gdy nie mógł pojechać swoim chciał choć popatrzyć i nacieszyć się widokiem innych. Odbijamy w DK 74, obiad, jeszcze pożegnanie z Frankiem i Mineralnym. Wspaniali towarzysze podróży. Franek szybki w działaniu i na drodze, Janek cichy, skuteczny, znający junaka na wylot. Z takimi można latać w dłuuuugie trasy. Jeszcze bałagan pomiędzy Mszczonowem, a Jankami, pożegnanie z Krzychem i meta. 16 godzin i 880 km.

Niby tylko trzy dni. Licząc z drogą do Słupska niby tylko nieco ponad 2000 km, a wrażeń jak z prawdziwej wyprawy. Tej nocy ciężko będzie zasnąć. Leżąc z zamkniętymi oczami widzi się przesuwającą się drogę, słyszy pomruk silnika i gwizd wiatru na szybie kasku, przechyla się mimowolnie w zakrętach... Gdzie następnym razem? Za dwa tygodnie Murzyn zaprasza nad Jeziorak :-) Dobranoc.