przygotowania do borowania

Przyszłoroczne XXI Dzikowisko zorganizują wspólnie czapter Uć (*) wraz z Mazowszem. Żeby było sprawiedliwie postanowiliśmy, że odbędzie się na neutralnym gruncie. Wybór padł na Bory Tucholskie. Padre, luminarz junakowy z "miasta meneli" (*) ma tam letnią siedzibę i zna te tereny jak własną kieszeń. Grupa organizująca przyszłoroczny zlot została zaproszona do jego posiadłości w miejscowości Krąg nad jeziorem Długim. Nad tym samym jeziorem walczy z czasem, losem, piętnem schyłkowego socjalizmu i podupadającą infrastrukturą właściciel ośrodka Sam-Ba. To nie jest SPA dla dziewczynek, ale twardziele junakowcy, wraz z ich zaprawionymi w bojach rodzinami powinni czuć się tu dobrze.

Grupa rozpoznawcza miała składać się z Padre, Killera, Krzycha i piszącego te słowa. Co z tego wyszło, o tym za chwilę.

(*) Uć = Łódź = miasto meneli - to oczywiście miano nadane temu zacnemu miastu przez Bogusława Lindę. Raz mu się wyrwało takie określenie, a przylgnęło do Łodzi jak, nie przymierzając, olej do Krzychowej głowicy i niczym już zmyć się nie da. Oleju zresztą też :-)

Biorąc pod uwagę szybko zapadający zmrok umówiliśmy się z Krzychem na Księżycu w piątkowe wczesne popołudnie. Plan trasy: dystans 320km, start o 14, przewidywany czas lądowania ok. 19, trzy planowane międzylądowania po drodze - Rypin, tankowanie i obiad.

Wylot z Warszawy na Płońsk. Atrakcje w tradycyjnym korku w Łomiankach. Kawałek na Płock. Odbicie w Sierpcu na Rypin. Króciutki postój na wlocie do Rypina w sklepiku, który zawsze odwiedzam. Miło mieć na trasie takie zaprzyjaźnione miejsca. Właściciel i dwóch synów śmigają na motocyklach. Zazwyczaj z którymś z nich gaworzymy chwilę. Właścicielka zawsze wita mnie szerokim uśmiechem i podaje kawę. Czegóż chcieć więcej?

Na fotce parking przed "moim" sklepikiem. Mimo przebijającego się przez chmury słońca temperatura była właściwa dla tej pory roku, a w połączeniu z omalże huraganowym wiatrem, wiejącym prosto w nos, dawało to temperaturę odczuwalną w okolicy zera. Wyciągam przeciwdeszczówkę.

Krąg 2017

Tankowanie. Mijamy Brodnicę. Malownicza trasa na Grudziądz. Most na Wiśle. Kawałeczek puściutką krajową 91, która po zbudowaniu autostrady do Gdańska stała się lokalną drogą. Warlubie. Odbijamy na Osie i Tleń. Bory Tucholskie - tu czuję się jak u siebie. W tych okolicach spędzałem z rodzinką wiele czasu podczas wakacji. Krzych zdał się na mnie zarówno przy wyborze trasy jak i miejsca na obiad. Wybór padł na klimatyczną restaurację "Przystanek Tleń". Z jednej strony był to strzał w dziesiątkę, bo po 300km trasy nabraliśmy już apetytu, a smażony świeżutki pstrąg był pyszny. Jednak z drugiej naraziliśmy się Padremu, który przygotował kolację na ciepło, a my pojawiliśmy się u niego wstawszy prosto od stołu i na fasolkę nie mieliśmy już miejsca.

Przed "Przystankiem Tleń".

Krąg 2017

Wstajemy od stołu, odpalamy i po ciemku pokonujemy ostatnie kilometry. Droga na Czersk. Znam tu każdy zakręt. Bajka. Skręcamy na Krąg. Po 3 kilometrach światła latarek wskazują zjazd. Wita nas silna grupa. Oprócz Padre i Killera pojawili się Arek ze Szczecina, Mateusz z Wałcza (dokładnie rzecz biorąc w Wałczu ma garaż, mieszka w Szczecinie, a nawiguje po morzu Śródziemnym) i Gnum z Czarnkowa.

Padre nerwowo liczy w pamięci, potem na głos i upewnia się rachując na palcach. Za każdym razem wychodzi mu 7 lokatorów. Tymczasem hacjenda to kontener mieszkalny, w którym po rozłożeniu wersalki i materaca dla Killera jest jeszcze nieco miejsca na nogi koło drzwi, ale to wszystko.

Kontener? Nigdy byśmy się nie domyślili. Piękne drewniane ściany, spadzisty dach, duży zadaszony taras. W tym miejscu nie wolno niczego budować, ale kontener na kołach może stać. Padre pokazuje jakieś koło od snopowiązałki, czy temu podobnej maszyny, oparte o sosnę. Kupił kiedyś kontener, a w pobliskiej wiosce cztery koła od czegoś tam. Koła postawił koło kontenera i nawet początkowo miał myśl żeby je przybić gwoździami, ale z czasem, minęło już trzydzieści lat, myśl ta słabła, bladła, nikła, aż mu całkiem przeszła. Z kompletu czterech kół pozostało jedno, a kontener ukrył się w gustownej obudowie z drewna.

Siadamy na tarasie. Herbata, coś na zimno. A może fasolka? Jesteście po obiedzie? A może jednak fasolka? W kociołku na ogniu dochodzi zapiekanka (ziemniaki, boczek, buraki, marchew, kiełbasa). Siedzimy, gadamy, gadamy... A może fasolka? Pijemy (ja herbatkę), gadamy, z kolumny leci Dżem... Jeszcze herbatki? Ale klimat. Gapimy się w rozgwieżdżone niebo... czas spać.

Padre ma dla mnie i Krzycha zarezerwowane miejsce na wersalce. Wyciągamy jednak śpiwory i maty moszcząc się na tarasie. To samo robi Arek. Zafrasowany gospodarz zaprasza do środka, lecz widząc nasz upór odpuszcza. Z miny widać, że robi to z bólem serca. A może chcecie materac? Dzięki, wszystko mamy. Mam taki gruby, nie chcecie? Mam lampkę. Może wam zostawię? Nie trzeba. Będziecie mieli tu ciemno. Tak lubimy. A może te małe lampiony zostawić włączone? W końcu daje za wygraną.

Krąg 2017

Zazwyczaj budzę się ok. piątej, a tu pierwsz rzut oka na zegarek i od razu siódma!!! Czas wstawać. Parde już na nogach. Rozpala ognisko i grzeje zapiekankę. Wstawia herbatę. Ja mam na dzisiejszy poranek zadanie techniczne.

Od kilku tygodni w moim Junaku pomiędzy głowicą, a cylindrem wydostaje się olej. Najpierw dałem tam nieco silikonu. Wydmuchało. Potem oczysciłem to miejsce dokładnie benzyną i znowu posłużyłem się silikonem. Na chwilę pomogło, lecz po 500 kilometrach znowu ciekło. Dotarłem głowicę i złożyłem już bez silionu. Dobrze było przez 100 kilometrów. Znowu skucha. Ostatnio kupiłem cienką uszczelkę miedzianą. Wiem, że konstruktorzy takiej części nie przewidzieli, ale może pomoże?

Krąg 2017

Bak precz, potem rura z tłumikiem, dekielek wydechu, odkręcić magistralę, wyjąć przepustnicę z gaźnika, odkręcić "rzymski" płaskownik i cybant z przewodu do filtra powietrza, teraz cztery śruby, jedno szarpnięcie i mam głowicę w rękach. Pochylają się nad nią Arek, Gnum i Mateusz. O, tu patrz, palec Arka wskazuje błyszczące ślady, tu głowica siadła na cylindrze i nie mogła się uszczelnić. To efekt dotarcia i nieznacznego pogłębiania otworu w głowicy. Miedziana uszczelka powinna pomóc unosząc nieco głowicę i przy okazji poprawiając szczelność na styku z tuleją cylindra.

Długo jeszcze? Zapiekanka gotowa! Padre, już kończę. Potrzebuję dziesięć minut na założenie głowicy i posprzątanie narzędzi! Dokręcam śruby. Jeszcze ustawienie luzów zaworowych i gotowe. Można odpalać. Zagadał za drugim razem. Czas na śniadanie. PYCHA!!! 

Krąg 2017

Po śniadaniu śmigamy do ośrodka. Wizja lokalna wypadła pomyślnie, negocjacje cenowe takoż. W pokojach, stołówce i sali telewizyjnej szału nie ma, ale elementarne potrzeby będą zaspokojone. Do tego duży zalesiony teren tylko dla nas, placyk zabaw dla dzieci, mnóstwo miejsca na namioty i kampery, pomost, rowery wodne, miejsce na ognisko... będzie dobrze.

Krąg 2017

Tu Padre z siostrą właściciela ustalają menu.

Krąg 2017

Wracamy na bazę. Pakowanie i ruszamy na zwiad terenowy. Padre prowadzi leśnymi drogami. Niektóre szerokości na jeden samochód pokryte asfaltem, niektóre z nawierzchnią szutrową, czasami gruntówki. Wspaniałości!!!

Krąg 2017

Pojechaliśmy kawałek wzdłuż kanału Brdy, odwiedziliśmy akwedukt, jechaliśmy głównie przez las,  czasami przez śródleśne łąki i pola, mijaliśmy maleńkie wioski... Wspaniałości!!!

Zobaczyliśmy też las położony latem przez huragany. Tu powiało grozą :-(

Krąg 2017

Obiad w lokalu poleconym przez Padre. Pstrąg smażony - palce lizać.

Czas rozstania. Padre, Killer, Gnum i Arek lecą na bazę. Zostaną jeszcze jedną noc. Mateusz kieruje się na Wałcz, a ja z Krzychem do Warszawy. Prowadzę. Patrzę w lustro. Nikogo nie widać. Zawracam. Na ostrym zakręcie maszyny leśne naniosły ziemię i żwir. Krzych poszedł środkiem. Tylne koło zaczęło tańczyć. Lekko rozluźnił zakręt. Prawie się udało, zabrakło centymetrów. Poślizg, iskry spod podnóżka. Przekoszone kolumny kierownicy. Uff, na szczęście obyło się bez kontuzji. Kierownica wyprostowana. Jedziemy dalej.

Jedno tankowanie i bez innych postojów lądujemy na Księżycu. Pożegnanie i po dwudziestu minutach ląduję w domu.

Doba z hakiem, a wrażeń jak z kilkudniowego wypadu. Sam smak motocyklizmu :-)