ciepło zimno

Począk grudnia. Czwartkowy poranek. Jutro mam pracować w Szczecinku. Kilka dni temu poleciałem tam junakiem. Planowałem wtedy odwiedzenie starego wyjadacza motocyklowego (nazwijmy go panem R), który zapragnął sprawić sobie junaka. Mam pomóc w tym projekcie. Odwiedziny nie doszły do skutku, bo pod Piłą mała kraksa wymagała działań przy motocyklu i wizytę trzeba było odłożyć do następnego razu. Kiedy to będzie?

Dziś na porannym spacerze z psami naciągając na głowę kaptur i wbijając ręce w kieszenie podjąłem trudną decyzję - w delegację ruszę pociągiem. 3 stopnie, na jutro zapowiadane jest ochłodzenie i opady. W zależności od tego jak bardzo się ochłodzi może to być deszcz lub śnieg. Słowem rozsądek podpowiada, że motocykl powinien zostać w garażu. Skąd u mnie tyle rozsądku? Może z powodu wczorajszego spotkania rodzinnego, na którym córka zapowiedziała, że trochę się pozmienia w naszej rodzinie. Ona zostanie matką, druga córka ciocią, syn wujkiem, moja żoneczka babcią, no a ja dziadkiem!!! Klawo jak cholera :-)

Jako przyszły dziadek i rozsądny człowiek spakowałem w mały plecaczek zmianę bielizny, szczoteczkę i pastę do zębów, zjechałem grzecznie windą na parter i szybkim krokiem powędrowałem ku stacji metra. Pierwszych 100 metrów pokonałem w minutę. Nagle na chodniku pojawiła się plama, no powiedzmy plamka, słońca. Szedłem dalej, ale tempo wyraźnie spadło. Kolejnych 50 metrów zajęło minutę. Już widziałem wejście do metra. Zostało raptem 20 metrów. Napięcie rosło, tempo malało, aż w końcu 10 metrów przed schodami spadło do zera. Rzut oka w niebo. Widać skrawek niebieskiego.

Czy ja muszę być rozsądnym dziadkiem? Nikt, może oprócz przyszłej babci, raczej tego ode mnie oczekiwać nie oczekuje. W takim razie czy sam muszę stawiać przed sobą takie trudne zadanie? Zawracam. Teraz tempo jest jeszcze lepsze. 170 metrów w niecałą minutę i wpadam do piwnicy. Łapię wszystko co da się naciągnąć na grzbiet. Resztki rozsądku? Stop!!! Wczoraj widziałem, że pękła jedna szprycha, no i do oleju trzeba zajrzeć. Rozsądek? Gotowe. Ubieram się, otwieram kranik, przymykam ssanie, przelewam gaźnik... zagadał od pierwszego kopa :-)

O drugiej urywam się z fabryki. Jeszcze kurs na... a gdzieżby, na Księżyc. Tu zaprzyjaźniony mechanik ożywił auto tej córki, która ma zostać ciocią. Trzeba się rozliczyć, bo w drodze różnie może być, a długów nie lubię zostawiać. Tatuś patrzy na mnie z surową miną. Ech Piotruś, Piotruś, a może podaruję ci maluszka i będziesz śmigał na czterech kołach, skoro musisz "hardkorowo" podróżować? Dobry jest ten nasz Tatuś, ale i on należy do kategorii tych, którzy rozsądku ode mnie nie oczekują. Za to go lubię (i za wiele innych rzeczy też).

Szczecinek

Start dobrze po trzeciej. Do celu 380 kilometrów. Sucho. Termometr przy moście w Modlinie pokazuje 3,2 stopnia. Bak prawie pełny. W pracy zjadłem kanapkę. Można lecieć. Sierpc, Golub Dobrzyń, Chełmno, Świecie. Przed Tucholą silnik gaśnie. Ile razy tak się dzieje, mimo że spodziewam się tego, zawsze pojawia się maleńki element niepewności i gruczoły dokrewne pochodzące z grzebienia nerwowego zaczynają wydzielać hormon zwany 3xF (z ang. fright, fight and flight), czyli hormon strachu, walki i ucieczki, słowem adrenalinę.

Sięgam prawą ręką do kranika. Przerzucenie pokrętła w tył i po 3 sekundach silnik znowu miarowo dudni. Można się zrelaksować. Podziwiam księżyc w lisiej czapie i gwiazdy. Droga sucha. Luks.

Staję na Orlenie na wylocie z Tucholi w kierunku Chojnic. Paliwo, zapiekanka, czekolada na gorąco (paskudztwo, ale dobrze robi). Telefon do R. Czy zaproszenie na herbatę jest aktualne? Panie Piotrusiu zapraszam. No to do jutra. SMS do Tatusia: Tuchola :-)

Tym razem nie zważając na godność osobistą startując z Warszawy na buty wciągnąłem ochraniacze od deszczu, więc stopy, które najtrudniej zagrzać mam w miarę ciepłe. 10 minut wystarcza, żeby się ogrzać. Został żabi skok - poniżej 90 kilometrów. Godzina z hakiem i jestem na miejscu.

Właściciel hotelu, motocyklista, wita mnie serdecznie. Już robi się cieplej. Motocykl ustawiamy pod wiatą. Teraz prysznic. Nie ma lepiej.

Do drugiej z hakiem praca. W między czasie przechodzą krótkie deszcze. Lecz gdy startuję otwiera się okno pogodowe. Lecę na Piłę. Po 40 km przerwa na ciepły posiłek. Do baru wpada kierowca ciężarówki. Panie to pana fura? Pyta wskazując na junaka stojącego za oknem. Uchumm :-) Odpowiadam z ustami wypełnionymi naleśnikiem z serem. Panie, w Płytnicy śnieżyca. Szybko przełykam. Teraz mogę artykułować ludzkie dźwięki. Leży na drodze czy topnieje? Topi się. No to jakoś się przebiję. A daleko pan jedziesz? Na Poznań, w okolice Ujścia i Czarnkowa, a potem na Warszawę. To uważaj pan bo może być ślisko. Szerokości! Szerokości!

Na szczęście tylko postraszyło. Do pana R docieram po piątej. Chwilę gadamy, oglądamy fotki i filmy z wypraw. Na stół wjeżdżają pączki i ciasta (pan R jest właścicielem piekarni). Która to godzina? Ósma? Do domu 380 kilometrów.

Trafiłem na niezłego giganta. Gruzja, Mongolia, Syberia, Bajkał, Maroko, Tajlandia, Krym, Kambodża, Morze Białe, rzeki pełne łososi, niedźwiedzie... filmy, fotki... Czasem na 2, czasem na 4, a bywa, że i na 6 kołach. Zobaczcie sami.

URAL

Kilka lat temu przygotował takiego kampera i śmignął nad Bajkał. W zbiornikach 700 litrów ropy, 400 wody, 150 benzyny do agregatu, potężna wyciągarka, wygodne spanie, prysznice... Jednym z towarzyszy był ukraiński lekarz, który kiedyś na Krymie za pomocą ręcznej wiertarki z kilku śrub, płaskownika i drutu zmajstrował konstrukcję dzięki której noga pana R, początkowo luźno wisząca na fragmentach ścięgien i skóry dala się dowieźć z jednym kawałku do Polski. To temat na osobną opowieść.

R

Mam skurcze przepony kiedy R (już jesteśmy po imieniu) opowiadał jak to wstępnie zrośnięta kończyna pękła podczas jakiejś szalonej imprezy w klubie motocyklowym. Dobrze się z tego śmiać po latach. Wtedy nie było im do śmiechu. Pękła nie tylko kość, ale też metalowa konstrukcja. Siedzący przy stole pracownik (wygląda, że nie tylko pracownik, ale też towarzysz podróży i kumpel) dostarczył go do firmy, gdzie razem z człowiekiem od wszelkich bieżących napraw podjęli się naprawy. Nie mieli wyjścia, bo R wyrzucił w między czasie za drzwi załogę karetki. R sugerował (lekko oszołomiony powtórną kontuzją oraz spożytymi napojami) użycie spawarki. Na szczęście do tego nie doszło. Kawałek kątownika z kwasówki, wiertarka, silne pociągnięcie za oba końce kości i R został tymczasowo nareperowany. Nazajutrz w poznańskiej klinice chirurg usiłował dojść kto nogę poskładał. Chyba mu nie powiedzieli.

Idziemy zobaczyć nowo zakupionego junaka. Wygląda jak obiekt marzeń wielu pasjonatów rdzawego hobby. Na pierwszy i drugi rzut oka jest kompletny. Brak śladów rozłupywania silnika, linki z epoki (pancerz linki licznika kremowy), trąbka Belma, pokrycie kanapy aż kruche, tak samo inne gumy, czerwony lakier mocno sfatygowany, ale chyba nie poprawiany od 55 lat.

Dziewiąta, za oknem sypie śnieg. Piotruś nocujesz. Bez gadania. Jutro dostaniesz jajecznicę (w każdy sobotni poranek R przygotowuje ją dla pracownic biura) i pojedziesz. Z własnej i nie przymuszonej woli zostaję. Siedzimy do drugiej w nocy. Teraz tematy marynistyczne - nowe szaleństwo gospodarza. Czas kończyć. Idę ostrożnie stawiając nogi. Nie, ja nie piłem, to lód na chodniku.

Rano melduję się o ósmej na śniadanie. Jajecznica, herbata, świeży chleb z masłem. Piotruś poczekaj, lód jeszcze nie odpuścił. Trudno. Czas ruszać. Najpierw wolno, potem jezdnia robi się wilgotna. Od wysokości Poznania już jest sucho. Jeden postój na tankowanie i 380 kilometrów nawinięte. Na liczniku 01460 km.