żeby kózka nie skakała

Jadę w korku. Skręt z Puławskiej w prawo w Dolną zablokowany. Przebijałem się dzielnie prawym pasem, aż do momentu gdy natknąłem się na autobus. Przed nim jedno auto i kolejne wbijające się ze środkowego pasa. KLOPS!!! Stoję i czekam na jakąś zmianę sytuacji. Tuż za mną stoi dostawczak. Nagle rusza i przejeżdża mi po lewej stopie gniotąc jednocześnie łydkę. Przez otwartą szybę wylewa się stek wyzwisk. Wyraźnie usiłował rozplaskać mnie o ścianę autobusu. Bez prędkości, stojąc można dostać po kościach.

Nic się chyba nie złamało. Boli stopa, łydka i kolano. Traf chciał, że dziś nie włożyłem motocyklowych butów tylko traperki do kostek. Gdybym miał porządne buty pewnie lepiej bym wyszedł z tej przygody.

Wieczorem żoneczka zaproponowała "Może pójdziemy na spacer?" No i się wydało, bo z chodzeniem to dziś dość słabo. Może jutro? Myślałem, że mnie zabije, ale jeszcze raz się udało. Nawet zrobiła mi herbatę :-) 

noga