XXI Dzikowisko

Kilkadziesiąt Junaków w jednym miejscu? Ponad setka zakochanych w tych motocyklach i zakochanych w zakochanych? Takie rzeczy tylko na Dzikowisku. To doroczne spotkanie organizowane przez członków forum Dziki Junak dla wszystkich miłośników Junaków. Przybywają solo, grupkami, z ukochanymi, rodzinami, dziećmi, znajomymi. Są tu oczywiście członkowie DJ, forum SFM, grupa z Kardana, niezrzeszeni i Bóg wie kto jeszcze. Śląsk od Górnego po Dolny, Wielkopolska, Małopolska od Ziemi Krakowskiej po Lubelszczyznę, Mazowsze, Kujawy, Pomorze Zachodnie i Gdańskie z silną reprezentacją Kaszub, Ziemia Sieradzka i Łęczycka, Mazury i Warmia. Zabrakło chyba tylko Podlasia i Polesia, ale mogłem nie zauważyć (jeżeli tak to przepraszam) w blisko 150 osobowym wirze barwnych postaci. Do tego Austria, Dania i Niemcy i macie kompletny obraz tej imprezy :-)

Kompletny obraz? Chwila, a motocykle? Przede wszystkim Junaki. Panie ten Junak to z tych nowych czy starych? Takie pytanie często pada na stacji paliw, pod sklepem czy na ulicy. Mnie ono raczej nie dotyczy, bo mój Junak już na pierwszy rzut oka do nowych zaliczyć się nie pozwala. Ale Kamraci mają tak piękne maszyny, że laicy mogą mieć wątpliwości. Miłośnicy jednak wiedzą, że chodzi o te stare. M7, przejściówki, M10, czopery, scramblery, solo i w wozem, czarne, czerwone we wszelakich odcieniach, białe, niebieskie... nic tylko podziwiać stan, sprawność, wygląd, wysiłek posiadaczy i osób uczestniczących w remontach. I tym razem dopisała frekwencja. Skrupulatny Krzych doliczył się 77 egzemplarzy. Do tego WSKi, Panonia, przedstawiciele radzieckiej sztuki motocyklowej, Osa i kilka mniej lub bardziej współczesnych motocykli. Bum-bumczą, pufają, ryczą, mruczą, pyrkoczą. Siwy i czarny dym z wydechów, egzemplarze bezdymne, woń oleju, egzemplarze bezwonne... słowem raj dla oka, ucha i nosa.

motocykle
fotka Kamrata o nicku Christophoros (pozostałe do obejrzenia tu)

motocykle
fot. Christophoros 

motocykle
fot. Christophoros 

motocykle
fot. Christophoros 

mot
fot. Christophoros 

Kompletny obraz? Chwilka, a rozmowy? O silnikach, wałach, iskrownikach, lakierze i chromie, wózkach, wycieczkach i podróżach, biwakach, naprawach w trasie i w zaciszu garażu. Ten kupił, tamten sprzedał lub zamienił, ten chce kupić, a tamten nie chce sprzedać, temu urodziło się dziecko, ci się zeszli, a ci rozeszli, ten wyjechał, a tamta przyjechała... trzeba się nagadać, bo to zupełnie co innego niż kontakt via Internet. Czujemy się jak wielka rodzina, dzieci poznają nowe ciocie i wujków, a ciocie i wujkowie młode pokolenie. Pojawiają się nowi i wnet stają się członkami rodziny. A ten siwy, długowłosy pan? Pracował w SFM, toczył, montował, trenował, wspomagał zawodników, woził silniki z Łodzi do Szczecina. Opowiada, słucha i oczy mu się dziwnie świecą. Wzruszenie. Wielka rodzina :-)

dyskusje
fot. Christophoros

dyskusje
fot. Christophoros

rozmowy
fot. Christophoros

dyskusje
fot. Christophoros

Kompletny obraz? Chwileczka, a coś dla ciała? Piwo przednich marek przywiezione przez Powabną i Mirasia, Specjal, Tyskie i Żywiec kupowane u pani Czesi i w pobliskich sklepikach, zgrzewki wyciągnięte z auta Wikinga, Whisky (z gaelickiego: uisge beatha – woda życia; w pisowni irlandzkiej i amerykańskiej whiskey), jej odpowiednik ze swojskich ziemniaków i zboża, napój Panoramixa produkowany ze składników i wg przepisu znanego tylko autorowi, paliwo do silników rakietowych przystosowane do użytku wewnętrznego...

Kompletny obraz? Chwilunia, a miejsce nocnego spoczynku i dziennego wypoczynku? Ośrodek Sam-Ba swoje początki bierze w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Późny Gierek z lekkim liftingiem, a miejscami i bez liftingu. Budynek hotelowy, domki, stołówka, sanitariaty dla publiki korzystającej z kamperów i namiotów, a to wszystko otoczone wspaniałym lasem sosnowym. Co ja mówię otoczone, las rośnie wszędzie. Do tego zejście nad jezioro, żurawie i ich charakterystyczny klangor, jakieś śpiewające ptaszyny w koronach drzew, szum wiatru w gałęziach... środek Borów Tucholskich, cisza, spokój... To wszystko tylko dla nas. Są warunki do relaksu? Są :-)

Niektórzy przyjechali już we środę, część w czwartek, zasadnicza grupa w piątek, a najbardziej zapracowani w sobotę z rana. Rekordziści przebyli na kołach 530 km z okolic Lublina, Bogi i Jeremi ponad 1000 na 4 kołach z Niemiec, Otylia z Wikingiem przybyli z Danii z międzylądowaniem w Warszawie, a Osa i Asceta porzucili na te kilka dni Wiedeń.

Jeremi i Bogi
fot. Christophoros od lewej Jeremi, Bogi i Franek
 
W drodze na Dzikowisko Krzych, Levis i Kamyk zrobili krótki postój w Tleniu. Naraz podbiegł do nich siwowłosy pan i z wyraźnym wzruszeniem opowiedział, że pracował w SFM. Aż nie mógł złapać tchu ze wzruszenia na widok Junaków. Koledzy zaprosili go na spotkanie. Krygował się, że nie ma przecież Junaka, ale w końcu dał się namówić. I dotrzymał słowa.
 
gosc
fot. K54
 
Przyjazd we czwartek okazał się strzałem w dziesiątkę. Założyliśmy obóz i zasiedliśmy całą ekipą przy ognisku. Czapter Krzyżacki (koleżkowie z Iławy) w dwóch wiadrach uwarzył zupę. Jedno wiadro grochówki, drugie to żurek. Ktoś wyciągnął chleb, inny dorzucił kiełbaski, które już po chwili piekły się nad ogniem. Znalazły się ogórki małosolne, musztarda, pomidory. Z rąk do rąk krążyła butla. Psykały odkapslowywane flaszki z piwem. Na niebie pojawiły się gwiazdy, pluskała przybrzeżna falka, od jeziora zawiewał wiaterek... Damian nie wytrzymał i, mimo braku kąpielówek, pognał do wody. Potem zagrzewając się od zewnątrz i od wewnątrz siedział przy ogniu z błogą miną. Czyż nie jest to godny początek spotkania? Jest :-)

Rano słońce. Leniwie przeciągam się w śpiworze. Pierwsi aktywiści wracają z kąpieli. Zaraz, zaraz, jaki to dziś dzień? Sobota? Nie, to piątek!!! Wspaniałe uczucie. Tyle czasu do dyspozycji. Krzych zaproponował żeby co roku przyjeżdżać o dzień wcześniej. W przyszłym we środę, potem wtorek... i po latach dojdziemy do tego, że kończąc jedno Dzikowisko będziemy ruszali na drugie :-)
Czekając na przybycie pozostałych Kamratek i Kamratów opalamy się na słońcu, kryjemy przed przelotnymi deszczykami pod parasolem, dokonujemy drobnych przeglądów maszyn, pichcimy "co nieco" do jedzenia. Słowem laba i relaks.
 
namioty
fot. K54
 
Ropsonn przy pracy.
 
sewisik
fot. K54
 
W piątkowe popołudnie zaczął się piątkowy wieczór, który płynnie przeszedł w piątkową noc i sobotni poranek. Przez cały ten czas trwała impreza przy grillu i ognisku Ostatni imprezowicze kładli się spać koło trzeciej. Jeszcze Brzoza wystąpił w roli koguta oznajmiającego pieniem (ryk silnika DeeRy) kolejny dzień i po chwili zapadła cisza. Słychać było tylko rechot żab i klangor żurawi na pobliskich podmokłych łąkach. Spać.
 
ognisko
fot. K54
  
Sobotni poranek. Słonko robiło co mogło, by podgrzać nieco powietrze, którego temperatura spadła w nocy do 5 stopni. Ponieważ nic mu nie przeszkadzało około ósmej wysiłki zakończyły się pełnym sukcesem. Czas na śniadanie. Jak za starych dobrych czasów wczasów FWP dzielimy się na dwie tury. Killer daje mam dodatkowe pół godziny przesuwając start wycieczki na 10:30. Odprawa, omówienie 2 wariantów trasy (skansen we Wdzydzach i atrakcje w Szymbarku), wskazanie jeźdźców odpowiedzialnych za kierowanie kolumną i w drogę. W tym roku wycieczka (oba warianty) była rekordowo długa. Około 150 km przez piękne lasy i pola, a w połowie trasy zaplanowane atrakcje. Wyjątkowo też nikomu nie zabrakło paliwa i wszyscy wrócili na kołach do bazy.
 
Odwiedziny honorowego gościa.
 
gość
fot. K54
 
Sekator zadumany.
 
Sekator
fot. K54

Sobotni wieczór dla większości uczestników był spokojniejszy niż piątkowy. Jutro powrót.

Rano śniadanie, pakowanie, dłuuugie pożegnania i kolejne ekipy ruszają w drogę powrotną. My z Krzychem, Ropsonnem, Leviskiem i Kamykiem bierzemy kurs na Grudziądz. Krzych chce odwiedzić lotnisko w Lisich Kątach gdzie pół wieku temu spędzał wakacje na kursie szybowcowym. Piękne miejsce. Oprowadza nas po nim zaprzyjaźniony mechanik samolotowy i kierownik tego bałaganu w jednej osobie wraz z żoną. To cały tutejszy etatowy personel. Drewniane hangary pamiętające lata międzywojenne prezentują się pięknie do dziś.
 
Lisie Kąty
fot. Kamyk
 
Zaraz za lotniskiem lecąc szutrówką mijamy samotne zabudowania. Potem dwa kilometry kostki z epoki gdy budowano lotnisko i asfalt. A gdzie Levis i Krzych? Kamyk z Ropsonem czekają, ja wracam na zwiady. Zguby znajduję koło samotnego domu. A co to? Stoją trzy osoby i trzy Junaki. Gdy mijaliśmy gospodarstwo rzucił się ku drodze młody człowiek. Zdążył zatrzymać Leviska i Krzycha. Rok temu kupił Junaka i wyrychtował go tak, że mucha nie siada. Robił to z miłości do motocykla i do przyszłej żony, którą zawiezie paradnie Junakiem w przyszłym roku 3'go sierpnia do kościoła. Poczułem się jak "celebryta" motocyklowy gdy nowo poznany junakowiec stwierdził, że zna mnie z filmików na youtubie :-) Wprosiliśmy się na ślub, a nasza propozycja stworzenia asysty na Junakach została przyjęta z entuzjazmem.
 
Potem obiadek z pstrągami w roli głównej. Odwiedziliśmy po drodze siostrę Kamyka. Kawka, herbatka, ciasto. Pokazał nam swoje rodzinne strony. Drogami szerokości długości Junaka pomknęliśmy do domu. Jeszcze kawałek wojewódzkiej i na zakończenie 10'tka z tradycyjnym korkiem przed Łomiankami. Tradycyjnie wpadliśmy na Księżyc. Pani sprawująca pieczę nad szlabanem i psem dziwiła się, że nie możemy się rozstać. Jeszcze długo staliśmy przed łoboorką dzieląc się wrażeniami. Sam smak motocyklizmu.