Junak ze stodoły

Słyszeliście kiedyś legendę o Junaku znalezionym w stodole? Któż nie słyszał, ale mało kto widział. Mnie dane było zobaczyć :-) Na dodatek stodoła ta zlokalizowana jest w najprawdziwszym mateczniku najprawdziwszych rolników, czyli w Cebisie, i to w takim miejscu, że mój gps stracił rozeznanie w terenie. Piękne miejsce, wspaniała okolica i jeszcze wspanialsi ludzie.

Było to tak. Na początku maja odezwal się do mnie posiadacz Junaka, nazwijny go Pan Damian, planujący przywrócenie go do życia po wielu latach spędzonych w kartonach. Umówiliśmy się, że gdy kiedyś będę w jego okolicach wpadnę i razem popatrzymy co tam też w stodole piszczy.

Szczęśliwie złożyło się, że sprawy zawodowe zawiodły mnie do Sandomierza. Stąd do Przemyśla już tylko 150km. Pan Damian mieszka kilkanaście kilometrów stamtąd. Słowem wszystko dobrze się układa. Szybki telefon, pełny wersal, proszę Pana, dzień doby Panu, Pański Junak... i umówiwiśmy się, że gdy skończę spotkanie w Sandomierzu podskoczę.

Pobudka rano o 5, start 5:30, kierunek Sandomierz. Dystans 200km. Słonko, mały ruch, zapach kwitnących łąk i pól. Niecałe 3 godziny i do Sandomierza mam już tylko 15km. Spotkanie mam umówione na 10 więc mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu. Odbijam w polną drogę i po chwili wyleguję się na słońcu słuchając śpiewu ptaków. To jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Potem chwila prozy życia i praca do 14. Na szczęście motocykliści są wszędzie. Dyrektor uczestniczący w spotkaniu też śmiga na motocyklu (z tego co wiem to jakieś współczesne wypasione bydlę, oczywiście motocykl nie dyrektor) i rozumie, że piękną wiosenną pogodę trzeba wykorzystywać na jazdę, a nie na siedzenie za stołem. Kończymy i mogę lecieć.

Stalowa Wola, Nisko, Leżajsk... krótki postój w mijanej wiosce. Bułka, śmietana, kefir i obiad mam załatwiony. Ocierając wąsy ze śmietany gaworzę z miłym panem na temat Junaków. To też jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Jarosław, Przemyśl... teraz gps składa meldunek, że do celu nie da rady dotrzeć inaczej niż drogami gruntowymi. Dobra, niech prowadzi. Wąski asfalt zmienia się w szutrówkę, szutrówka w drogę gruntową. Dookoła pola, pagórki, wszystko zielone, maj jest piękny. Za 200 m skręt w lewo. Tu już nawet nie ma drogi tylko wąska ścieżka przez łąkę. Niech i tak będzie. Rzeka, wiszący mostek. Tu musiałem się poddać, bo wejście na mostek wiedzie piaszczystą ścieżką ostro pod górę, z lewej urwisty brzeg, na koniec trzeba wspiąć się po dwóch stopniach i na dodatek nie ma tam miejsca żeby złamać się motocyklem. Zarządzam odwrót.

Gps utrzymuje, że innej drogi nie ma. Po dłuższej chwili dochodzę do wniosku, że łże. Wygląda na to, że kilka kilometrów w dół rzeki jest jakiś prawdziwy most. Lecimy. Gps gardłuje "jeżeli możesz zawróć" ale równie dobrze mógłby mówić "pull up, pull up" i tak go nie słucham. Słusznie przypuszczałem. Znalazłem most i asfalt dowiódł mnie pod sam dom pana Damiana.

Dzień dobry Panu, dzień dobry Panu, herbata, ciasto, truskawki. Po chwili proponuję porzucenie formy grzecznościowej Pan. Muszę wyglądać staro, bo w pierwszej chwili Pan Damian wzbrania się, ale już po chwili przy stole siedzą Damian i Piotr. Gaworzymy o motocyklowych historiach z młodości, urokach życia na wsi, a na wsi Cebisowskiej w szczególności... To też jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Teraz następuje moment kulminacyjny. Idziemy zobaczyć Junaka. Stoi w stodole od 15 lat. Damian kupił go jako młody chłopak, pojeździł trochę i w obliczu szeregu usterek, braku wolnych funduszy i dostatecznych umiejętności po rozebraniu w drobny mak zdeponował maszynę w oczekiwaniu lepszych czasów. Potem się ożenił (swoją drogą jak taka piękna dziewczyna mogła wyjść za takiego zakapiora?), ciężko pracował, rozwinął gospodarstwo i dorósł do realizacji marzeń z młodości.

Tu kartery, tu cylinder (porządnie zakonserwowany towotem), tu wał, prądnica, wałki i tryby skrzyni... Każdą część bierzemy w ręce, oglądamy i oceniamy. W kącie, oprócz elementów z tego Junaka (wygląda, że w tej kompletacji opuścił fabrykę), dwa dodatkowe silniki, głowice, puszki, blachy żółwia, i sporo innych elementów. To fanty kupione za flaszkę od dwóch braci mieszkających w okolicy. To też jak w legendzie :-) A jednak w każdej baśni jest pierwiastek prawdy, co mogłem stwierdzić na własne oczy. Graty są i czekają na swoją chwilę. 

Junak ze stodoły

Stan licznika może być bliski prawdzie sądząc po stanie części i tym, że motocykl stał przez wiele lat.

Junak ze stodoły

Stare degumy

Junak ze stodoły

Kolacja podana. Gospodarz robi smutną minę gdy komunikuję, że nie zostaję na noc. Tu taka postawa traktowana jest omal jak afront, ale daje się przekonać argumentem, że jutro trochę muszę podziałać w firmie. Zrobiła się dziewiąta wieczorem. Do domu 360km, a po drodze chciałem jeszcze odwiedzić PiotraSt w Wysokiem. Stąd to około 150km. Mimo, że dni teraz długie to i tak zbyt krótkie na tyle atrakcji. Telefon do Piotrka. Mogę być u Ciebie koło jedenastej. Nie będziesz jeszcze w łóżku? Co? Zaczynasz pracę na trzecią zmianę? Mogę wpaść o dowolnej porze? No to lecę.

Pożegnanie z gościnnymi gospodarzami, się kopie, się pali, się siada i się jedzie.

Na trasie tylko moja wrodzona ostrożność sprawia, że nie pozwalam motocyklowi lecieć stówką, tak jakby chciał. Droga na Biłgoraj i dalej do Piotra wiedzie w znacznej części przez las. W nocy można natknąć się tu na leśne zwierzęta. Pół biedy gdy będzie to jeż czy mysz, gorzej spotkać sie z sarną czy dzikiem. O zagrożeniu informują znaki A-18B z tabliczkami 6km, 8km... Trzeba uważać. Kilka minut po jedenastej bezszelestnie otwiera się brama Piotrowego królestwa. Usłyszał mnie z daleka i już biegnie na powitanie. Mówił, że pracuje na 3 zmiany i teraz właśnie zaczyna trzecią. tyle, że u niego praca na trzy zmiany oznacza, że zaczął o 7 rano i pracował bez przerwy do tej pory.

Chwila odpoczynku przy herbacie i idziemy oglądać ostanie dzieła. Jest na czym oko zawiesić. Tu jeden, tu drugi wóz, a tu pocięte blachy na kolejny. Do północy gaworzymy, ale wyraźnie widzę, że Piotr spieszy sie do pracy. Już wcześniej umawialiśmy się, że w razie późnej wizyty mogę przenocować. Ja wędruję w kierunku łazienki i pokoju, a Piotr do warsztatu.

Wtałem o 5:30. Z kuchni dał sie słyszeć jakiś szmer. To Piotr smaży jajecznicę. Pomidory, chleb i wędliny już pokrojone, drożdżowa buła posmarowana, woda bulgocze w czajniku. O której wstałeś? Wstałem? Ja się wcale nie kładłem. Po śniadaniu zobaczyłem zespawany znaczny fragment kolejnej gondoli - to te blachy, które wieczorem leżały na podłodze. Niesamowite. Twardy zawodnik. Serdeczne pożegnanie. Ja mam do pracy 200 km, Piotr 20 m. Ja lecę do swojej, i on wędruje do swojej. Piotrze serdeczne dzięki za przemiłe spotkanie i rozmowy. To też jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

Piękny dzień (dokładnie doba z hakiem) z życia Junakowca. Sam smak :-)