IX SMJ

Rafał ze Stowarzyszenia Miłośników i Posiadaczy Motocykla Junak SFM podtrzymuje tradycję i od jakiegoś czasu co roku organizuje spotkanie miłośników Junaka. Aby w spotkaniu wziąć udział nie trzeba być członkiem stowarzyszenia, wystarczy wypełnić kartę zgłoszeniową ze strony www.junak.org i przyjechać Junakiem.

SMJ

SMJ


SMJ

10 lat temu, w początkach mojego junaczenia, brałem udział w takim spotkaniu. Samotna trasa do Szczecina, motocykl pełen zagadek, prądnica po regeneracji u Styby (wtedy to była dla mnie mityczna postać) odebrana z rana z poczty i wsadzona w studnię, boczne dróżki, objazdy brukiem i polnymi drogami, zgubione prądy, deszcz, poszukiwania prądu, po raz pierwszy 500 km Junakiem... Na miejscu wiele atrakcji i ciepłe przyjęcie nowicjusza przez starych wyjadaczy. Do dziś mam pamiątkowy dyplom za najdłuższą trasę. Emocje nie do opisania :-) 

Umówiliśmy się z Krzychem i Kamykiem na Księżycu. Lecimy znaną trasą przez Sochaczew, Łowicz, Łęczycę, Uniejów, Turek, Śrem. Starzy wyjadacze, sprawdzone motocykle, raptem 3,5 stówy, bułka z masłem. Już na wylocie z Łowicza muszę zarządzić postój. Z czterech biegów zostały mi tylko trzy. Czwórka znikła. Szybkie zrzucenie kapy. Niczego tu nie widać. Może to wina koszmarnych luzów wałka zmieniacza w tulei? Ruszając ręką wałek przesuwek odblokowuję skrzynię. Składam i w drogę. Krzych w tym czasie walczy z elektryką. Zgubiło się świecenie. Wymiana bezpiecznika pomaga. Czemu bezpiecznik padł? Tego nie wie nikt, i nikt, a zwłaszcza Krzych, nie chce teraz tego dochodzić.

SMJ

W Uniejowie popas w "tradycyjnym" barze (tuż za termami). Dwie godziny temu spotkali się tu Grzegorz z Lemisem również zdążający do Grodziska na spotkanie. Ostatnio kamraci popasali tu w drodze do Rydzyny. Może powinniśmy mieć jakiś rabat dla stałych klientów?

SMJ

W Turku prowadzący Krzych "tradycyjnie" gubi drogę. Przejmuję kierowanie mini peletonem. W lustrach widzę dwa światła. Kamyk świeci na bogato (później okazało się, że ostatnio poprawiając coś w instalacji przełożył kabelki i zamiast na mijania jechał na długich), za to Krzych skromniutko. Czasami jego reflektor gaśnie, by po chwili rozżarzyć się na ciemnoczerwono niczym dogasający węgielek w ognisku.

Szybko kalkuluję szansę dotarcia do celu przed zmrokiem. Może to się udać, ale nie możemy sobie pozwolić na żadne przerwy. Alternatywa to próba poszukiwania prądu i ryzyko, że w razie niepowodzenia Krzych będzie jechał po ciemaku. Wiem, że to go nie powstrzyma, ale właśnie dlatego wolę gnać. Pod motel XXI Wieku docieramy w ostatnich promieniach słońca. Jeszcze raz się udało :-)

Serdeczne powitania ze znajomymi, poznawanie pozostałych uczestników i szybkie opowieści co u kogo słychać (na szczegółowe relacje przyjdzie czas podczas i po zupie). Meldujemy się u Rafała i wędrujemy zameldować się w recepcji.

SMJ

SMJ

Wystrój wnętrza motelu współgra z jego fikuśną nazwą Motel XXI Wieku Leobus. Sztukaterie, wzorzyste posadzki (jak się budowniczym skończył jeden wzorek na długaśnym korytarzu to nienerwowo ciągnęli dalej innym), róże i błękity na ścianach, artystyczne wizje sielskich górskich krajobrazów na licznych obrazkach, przytłumione sine ledowe światło gasnące i zapalające się wzdłuż korytarza... słowem szyk i elegancja.

My przywykliśmy do innych klimatów. Ostatnio wszystkie Dzikowiska organizowane były w klimacie "późny Gierek", "Kania" (tu trudno wyróżnić jakiś okres, bo Stanisław Kania sekretarzował tylko rok) i "wczesny Jaruzelski". Tu w porównaniu z przaśnością naszych zlotów poziom jest wysoki. Wysoki, a nawet za wysoki, bo na pytanie o możliwość rozbicia namiotów dostaliśmy grzeczną, choć zdecydowaną odpowiedź odmowną. Z tego powodu część Kamratów musiała zrezygnować. Np. Muzyk stwierdził, że jest zbyt dziki, żeby na imprezie motocyklowej spać w hotelu. 

Rzucamy się w wir rozmów przy zupie, piwku, coca-coli i co tam kto jeszcze woli. Wspominamy stare dzieje i opowiadamy o najnowszych planach. Krzych i Roland wspominają jak to Krzych w drodze do Danii miał zawitać do Szczecina. Gonił wtedy zasadniczy peleton, który całą trasę rozplanował na tydzień. Tak, wówczas wydawało się (nie bez racji), że wiekowe Junaki do takich eskapad średnio się nadają. Teraz weekendowy wypad do Niemiec czy Danii nie jest traktowany jako wyprawa, tylko krótka wycieczka :-) Żona Rolanda pytała kto ma ich odwiedzić, na co dostała odpowiedź, że mężuś nie bardzo wie, bo gościa zna tylko z Internetu (sprawdzanie pisowni w edytorze chciało zamienić to na "internatu" i też by pasowało). Tego niewiasta nie wytrzymała i na wszelki wypadek wraz z potomstwem wyniosła się do rodziców.   

Impreza trwała w najlepsze gdy około północy wycofujemy się do pokoju.

Rano śniadanie, odprawa i przejazd na rynek gdzie przed ratuszem powitał nas burmistrz w asyście wiceburmistrza. Uhonorowali nas albumami wydanymi z okazji siedemset pięćdziesięciolecia miasta oraz ciastem i kawą. Staropolska gościnność! Kamyk uhonorował Pana Burmistrza rundką dookoła ratusza.

SMJ

Spod ratusza ruszaliśmy parami na trasę rajdu. 50 km po pięknej okolicy, do tego atrakcje w postaci sprintu drezyną i strzelania z kbks'u. Wystartowaliśmy z Krzychem jako 3 ekipa. Już po kilku kilometrach jechaliśmy pierwsi. Ja pierwszy prowadziłem nawigację na podstawie intinerera zliczając kilometry z licznika. Gdyby chodziło tylko o kilometry byłoby łatwo, jednak intinerer miał odcinki wyrażone w kilometrach i metrach. Jak przeczytać metry z licznika junakowego? Jakoś się jednak udało. Nie zgubiliśmy żadnych punktów kontrolnych, to znaczy ja bym zgubił, ale Krzych czuwał.

SMJ

Na strzelnicy twarda motocyklowa kurtka (ta sama w której śmigał mój Ojciec) stabilizowała postawę. Dzięki temu, i pewnie trochę dzięki przypadkowi, udało mi się wcelować z 50 metrów do tarczy.

SMJ


SMJ

Po strzelaniu szybka naprawa wyciskacza sprzęgła. Kierowca tego Junaka dokonał wielkiego wyczynu. Całą trasę rajdu pokonał bez sprzęgła. Jego partner z zespołu w krytycznych punktach trasy blokował ruch tak, by uszkodzony motocykl nie musiał stawać. Mistrzostwo indywidualne i w grze zespołowej!!!

SMJ

Jeszcze mgiełka silikonu w miejscu gdzie pękła uszczelka i można składać.

SMJ

Po rajdzie wizyta w miejscu gdzie uwieczniony został na fotce Michał Drzymała ze swoim camperem, który zakupił w Grodzisku Wielkopolskim.

SMJ

SMJ

Wczoraj wieczorem skontaktował się ze mną Roman (remontuję jego Junaka) z wiadomością, że przez kilka dni będzie urzędował w Kamieniu Pomorskim i zaprasza na swoją łajbę. Chwilę biłem się z myślami. Gdyby tak skoczyć do Kamienia w sobotę po rajdzie (250km), przenocować na jachcie, nazajutrz chwilę popływać i wystartować przed obiadem to na wieczór w niedzielę byłbym w domu (530km). W jeden dzień trudno byłoby tego dokonać. Trudno, rezygnuję z wieczornych atrakcji oraz obiadu i zbieram się. Krzych wróci z mazowiecką ekipą.

I wrócił, a po drodze mieli sporo atrakcji. Deszcz, wiatr, kilka awarii, w tym składanie sprzęgła w Junaku Zadziora. Na fotce jeszcze nie pada, ale za chwilę nadejdzie ulewa. Koledzy osłaniali pole operacyjne za pomocą motocyklowego pokrowca, a Zadzior dzielnie kręcił śrubkami. Sprzęgło od GS'a miało być remedium na problemy z ciągnącym i rozkręcającym się sprzęgiełkiem junaczym. Jak widać i japońska technika potrafi się rozkręcić od junakowych wibracji.

SMJ

I ja miałem swoją porcję atrakcji. Pierwszych 200km leciałem jak na skrzydłach. Czysta frajda. Trochę ekspresówką, trochę krajówkami, trochę wojewódzkimi i gminnymi, a nawet fragment gruntową drogą przez las. I na tej drodze skrzynia odmówiła posłuszeństwa. Została mi tylko jedynka i to bez możliwości wrzucenia luzu. Znowu lewa kapa precz i udało się wrzucić luz kręcąc wałkiem przesuwek za pomocą kombinerek. Obracał się z wielkim oporem. Rzut oka na mapę w GPS'ie. Za kilka kilometrów będzie asfalt i zaraz potem CPN. Trzeba się tam przenieść z grubszą naprawą. Zawsze to jakieś wsparcie. Będzie gdzie umyć ręce, czy też kupić olej, gdyby zgubił się podczas rozbierania skrzyni. Spodziewałem się już wówczas, że do tego musi dojść. 

Otarłem ręce o trawę, odpaliłem maszynę i w towarzystwie dramatycznych zgrzytów udało się wbić jedynkę, na której dowlokłem się do Orlenu. Lewa kapa po raz trzeci podczas tej wycieczki precz. Teraz rozbrojenie zmieniacza i sprężyny kopnika, siedem nakrętek i dekiel skrzyni podważony śrubokrętem odsłonił wnętrze skrzyni. Na pierwszy rzut oka nic nie widać, bo skrzynia pełna oleju (motocykl oczywiście leży na prawym boku). Koła jedynki precz, teraz trzeba zdjąć pierścień druciany z wałka i można wyciągnąć wałek zmieniacza wraz z przesuwkami, trybami i wałkiem pośrednim. Przesuwka współpracująca z kołem na wałku głównym ledwo się obraca. W jej kołku brakuje zawleczki. Teraz chwila niepewności czy kołek uda się wyjąć. Z czuciem pukam wałkiem i z ulgą widzę, że kołek milimetr po milimetrze wysuwa się. Jest. Zdejmuję przesuwkę. Domyślam się, że kołek musiał wysuwać się podczas pracy skrzyni. Gdy był częściowo wysuniety darł krawędź kanalika wyfrezowanego w wałku i w efekcie wykruszył nieco materiału, a miejscami spęczył go tak, że przesuwka musiała prasować te wybrzuszenia, co blokowało całość skutecznie.

Czymś trzeba spiłować wałek. Mam dwa iglaczki, ale czasy świetności mają za sobą. Przesuwają się po tłustym wałku jak pośliniony palec po kaloszu. Idę prosić o pomoc tirowców. Jednak nowoczesne ciężarówki, podobnie jak auta osobowe nie są wyposażone w jakiekolwiek narzędzia. Przyjdzie stosować metody z epoki kamiennej i to dosłownie. Zamiast narzędzia kawał betonu, po którym trę z zapamiętaniem. Są efekty. Pierwsza przymiarka. Jeszcze nie. Dalej do dzieła. Po kilku minutach zeszlifowałem wybrzuszenia. Wałek porządnie wytarty z okruchów betonu i opiłków stali. Teraz nieco oleju i przesuwka gładziutko obraca się.

Tryby na wałki, wałki do skrzyni, trochę celowania na ślepo z dłońmi utopionymi w ciepłym oleju (to dobra terapia na moje bolące stawy) i wszystko jest na miejscu. Dekiel, zmieniacz, sprężyna i blacha kopnika, kapa, dźwignie, podnóżek, nie zapomnieć o lince sprzęgła. Wytarcie rąk i próba. Skrzynia działa płynnie w pełnym zakresie. Jeszcze telefon.
"Cześć!"
"Piotruś, co tam?"
"Romuś, właśnie skończyłem składać skrzynię. Mam do Ciebie 50km. Będę za 45 minut. Nie będziesz jeszcze spał?"
"Czekam."

O dziesiątej trzydzieści przeciskam się przez furtkę mariny w Kamieniu Pomorskim. Tej właściwej. Jest tu też nowa i niezwykle elegancka. Ta jest stara, ale za to z jakim zestawem ludzkich typów. Same oryginały i dziwolągi, ale za to nudzić się tu nie można. O tym miałem przekonać się jeszcze tego wieczora i następnego ranka.

Na razie z przyczepy ustawionej koło bramy wysuwa się ogorzały osobnik, z kilkudniowym zarostem przyodziany w wymiętoszony dres. Gaszę motocykl i z należnym stróżowi porządku szacunkiem opowiadam kogo szukam. Gdy już usiedliśmy do stołu okazało się, że to nie żaden stróż tylko właściciel fabryki mebli spędzający weekend wśród przyjaciół. Żeby nie ryzykować utonięcia podczas powrotu na łódź z nieustającej biesiady przewidująco sprowadził tu przyczepę, w której bezpiecznie mieszka. Na łódkę wchodzi tylko po osiągnięciu jako takiego stanu trzeźwości. Widać rozsądek i przemyślność biznesmena. Za mojego pobytu w marinie ani razu na łódkę nie wsiadł :-)

Z niewielkiej łupiny ustawionej na kozłach wysuwa się jakiś cień (zrobiło się już ciemno). Pyta Romana o możliwość podwiezienia do sklepu. Dziś już wszystko zamknięte. Roman proponuje pomoc jutro z rana. Pyta się czy czegoś nie trzeba na teraz. Cień odpowiada, że nie, właściwie wszystko ma, tylko chciał popatrzeć na sklepowe wnętrze. Nazajutrz okazało się, że to Szymon Kuczyński, żeglarz, instruktor, szkutnik, kurier rowerowy, miłośnik pokonywania długich dystansów. Wrócił właśnie dwa tygodnie temu z samotnego rejsu dookoła świata bez zawijania do portów i to na niespełna 7 metrowej łódce mazurskiej. Poniżej na fotce ta łupina, która służy Szymonowi za cały dom również na lądzie.

SMJ

Następnego dnia poznałem świeżo upieczonego (nomen omen) emeryta strażackiego. W ramach dobrej zmiany wywalili go z roboty. Ponoć z 36 komendantów straży na Śląsku ostało się tylko dwóch. Już się pozbierał. Syn pływający po Pacyfiku naraił mu w Tajlandii łódź z połowy XX wieku, którą strażak przyprowadził do Kamienia mimo, że jej stan i wygląd wskazywały, że pływać nią powinien raczej Latający Holender. Teraz od roku prowadzi remont, który potrwa jeszcze rok lub dwa i potem świat stanie otworem. W łodzi wszystko w drewnie i mosiądzu. Teraz wygląda to niepozornie, ale wkładane serce i praca muszą przynieść efekty.

A ten pan to kto? Kapitan prowadzący zawodowo jachty po całym świecie. Teraz wiezie ludzi na Islandię, stamtąd ma klientów do Grenlandii, dalej do Kanady, a potem się zobaczy.

A ten odstający od zarośniętych wilków morskich elegant w białym garniturze i brązowych lakierkach wokół którego roztacza się intensywny zapach wody kolońskiej? On zna, lub znał, wszystkich z mafii pruszkowskiej. Zna żywych, a znał tych co już nie cieszą się urokami tego świata. Tu przyszedł na ryby. A może patrzy gdzie można spuścić do wody niewygodnego klienta w betonowych bucikach? Z szacunkiem do gościa.

Mam przygotowaną kajutę. Tu światło, tu ogrzewanie, tu lodówka, tu wyłącza się telewizor, a tu włącza system nagłaśniający... dość tego, czas spać.

SMJ

Raniutko powędrowałem do sklepu. Jak się okazało Junaki są wszędzie :-)

Chwila relaksu na "tarasie" Romanowej łodzi. Przygotowuję sałatkę z pomidorów, ogórka, oliwek i fety. Jeszcze klika kropel oliwy, nieco pieprzu i gotowa. Teraz wędlina, parówki, pieczywo, masło... W między czasie obudził się gospodarz. Siadamy do stołu.

SMJ

A po śniadaniu hit kolejki. Wypływamy. Ploter mówi, że jedziemy 29 knotów. Łeb wysunięty przez otwarty dach kabiny, banan na twarzy, wiatr we włosach. Ten nie zna życia, kto nie służył w marynarce, te nocne harce na pogłębiarce. Czy ktoś zna dalsze słowa tej piosenki?

Piotruś siadaj za sterem. Wrzuć sobie autopilota. Wolę ręcznie. Piękne. A teraz gazu. Romuś to mocno ryzykowne. Nie gadaj, dawaj. Kapitan sam przesuwa dźwignie sterowania silnikiem. Łódź bez trudu wchodzi w ślizg. Ale jazda. Uważaj na te bojki czerwone i zielone. Dawaj środkiem. Roman, one są tuż koło siebie!!!! Przechyły jak na motocyklu, kilka kilometrów w kilka chwil. Ale jazda!!!!

To łódka Romana. 

SMJ

Już czas się żegnać. Jednak Roman nie pozwoli żebym wracał głodny. Ciągnie mnie i kilku kumpli do pobliskiej knajpki. Oni tylko na kawę, a ja dodatkowo na kiszonego łososia. Do kawy dla wszystkich zamówił świeżutkiego wędzonego węgorza. Drugą "rurkę" kazał zapakować dla mnie na wynos.

Szybkie pakowanie. Sie kopie (silnik zagadał za pierwszym razem nie przynosząc mi wstydu przed licznym audytorium), sie siada i sie jedzie.

530km pokonałem w niecałe 8 godzin i zdążyłem jeszcze na mszę ostatniej szansy u Dominikanów na Freta o 21:30.

Ale klawy weekend :-)