praca i przygoda

Jutro i pojutrze kolejna delegacja. Zachęcony poprzednim wyjazdem również tym razem planuję połączenie obowiązków służbowych z wakacyjnymi przyjemnościami. Co prawda pogoda przypomina bardziej jesień (deszcz, wiatr i dość niska temperatura), ale prognoza na kolejne dni wygląda optymistycznie. Nutka optymizmu jest też potrzebna, bo nie znam terenu, więc trzeba liczyć na łut szczęścia przy wyborze miejsca na biwak. Taki dreszczyk emocji dodaje smaku.

Wieczorkiem siadam po raz kolejny do skrzyni. Wymieniłem wałek przesuwek naruszony nieco pod Kamieniem Pomorskim. Przy okazji wymiana tulejki wałka zmieniacza w kapie i samego wałka. Ki czort? Poprzedni wałek (mocno wygryziony) ciasno siedział w zmieniaczu tak, że do jego wyciągnięcia musiałem posłużyć się ściągaczem. Ten (kupiony u Skutera) dał się wcisnąć palcami. Ale w efekcie wszystko pięknie się udało. Kółka na wałkach, wałki w bloku, skrzynia wydystansowana (luzy na wałkach tylko "nieco" większe niż książkowe). Pięknie!!! Jak pięknie okaże się nazajutrz i kolejnego dnia. Nie uprzedzajmy faktów.

Tradycyjnie do wora trafia norka, śpiwór, mata, kartusz i kuchenka gazowa, kubek, garść herbaty, przybory toaletowe i zmiana bielizny. Prowiant na kolację i śniadanie oraz wodę kupię po drodze. Od rana z nieba lekko kropi. To raczej opadająca gęsta mgła niż rzetelny deszcz. Po krótkim namyśle do wora dokładam przeciwdeszczówkę. Przez poranne korki przebijam się na Księżyc. Licha pogoda przegoniła motocyklistów, na drodze snują się tylko katamarany. Ruch nieco osłabiony wakacyjnymi wyjazdami. Szybki slalom i po dwudziestu paru minutach melduję się u Krzycha. Co było do zostawienia zostawiam, co do zabrania biorę, uściski z gospodarzem i skok do pracy. Sądząc po aurze skończył się październik, a zaczął listopad. Wiatr się wzmógł, mgła zmieniła się w drobny deszcz. Wkładać przeciwdeszczówkę? To tylko 15 kilometrów, jakoś przelecę.

No i przeleciałem, ale po drodze drobny deszcz zmienił się w rzęsistą ulewę. W pracy poszedł w ruch elektryczny grzejnik i termowentylator. Przeprosiwszy sekretarkę paradowałem po firmie w samych gatkach i podkoszulce. Reszta ciuchów grzała się i suszyła. Jesień Panie, jesień!!! Ciekawe co dzieje się na południowym wschodzie? Satelitarny obraz chmur mówi, że wir z centrum nad Litwą na południe sięga już tylko samym skrajem. Im bliżej celu tym pogoda powinna być lepsza.

Chciałem ruszyć o drugiej, ale jak zawsze coś jeszcze wypadło i w efekcie odpaliłem o trzeciej. Deszcz prawie ustał. Wieje i ciągnie chłodem. Przeprosiłem się z przeciwdeszczówką. Jesień Panie, jesień!!!

Czas na coś dla ciała. W Nowej Dębie znam i lubię knajpę Jorgula. Miska pierogów i ciepła herbata z mlekiem to coś co tygrysy lubią najbardziej :-) W między czasie skończył się deszcz. Do Żołyni docieram przed ósmą. Wpadam do sklepu na szybkie zakupy. Woda, twaróg, chrupkie pieczywo i dżem. Nie mogę o tym powiedzieć żonce, bo mnie zabije jako mistrzyni w produkcji dżemów. Mogłem zabrać słoiczek z domu (mamy akurat środek sezonu na przypalanie garnków i robienie dżemów), ale zapomniałem. Trudno. Głód najlepszym kucharzem.

praca i przygoda

Na GPS'ie wypatrzyłem spory las. Na jego skraju skręcam w polną drogę. Junak pyrka powoli, ja rozkoszuję się sielskimi widokami i możliwością nieskrępowanego wyboru miejsca. Tu jest ładnie. A może tu? A jakby skręcić w tę dróżkę? I tak ujechałem ze 2 kilometry. Polanka od strony dróżki osłonięta krzakami tarniny. Skręcam i skrajem lasu wbijam się kilkadziesiąt metrów. Tu będzie moja baza :-)

Rozłożenie norki to dwie minuty. Teraz kuchenka, i po chwili mam w rękach kubek z gorącą herbatą. Obiad już jadłem więc nie ma co męczyć się przygotowaniem posiłku. Zrestą komu by się chciało jeść w taki chłód? Kromka z dżemem w zupełności wystarczy. Powoli zapada zmierzch. Kąpać się nie muszę (i nie mam jak), wystarczy mycie w kubku wody i ląduję w śpiworze. Suche lato (dzisiejszy deszczowy dzień to jak na razie wyjątek) nie sprzyja komarom. Nie trzeba nawet zapinać moskitiery.

Godzina lektury przy świetle czołówki. Jeszcze gdzieś za niknącymi w mroku pagórkami słychać dzwon kościelny. Po paru minutach trzykrotnie zawyła syrena i dały się słyszeć dźwięki sygnałów wozów strażackich. Ochotnicy z OSP ruszyli do akcji. Po chwili wszystko ucichło. Chwila kontemplacji ciszy i uroków nocnego lasu... nawet nie zauważyłem kiedy dzień się skończył.

praca i przygoda

Pobudka o szóstej. Najpierw herbata i coś na ząb. Potem chwila dla motocykla. Co z tymi biegami? Może to wina nowego wałka zmieniacza? Czyżby coś się tam poprzestawiało. Dzień bez zdjęcia kapy to dzień stracony. Niczego szczególnego tam nie znalazłem. Jeszcze trzeba podciągnąć łańcuch. Która to godzina? Dopiero siódma? No to jeszcze czas żeby dociągnąć szprychy. Koło zaplotłem 2 tygodnie temu. Nakręciło w tym czasie półtora tysiąca. Czas na kontrolę.

Po pracach serwisowych golenie, domycie rąk, pakowanie i w drogę do roboty.

Po robocie czas na powrót. W między czasie słońce wyszło z za chmur i przyszło znowu lato. Lecę bokami do Niska i Stalowej Woli. Stamtąd zawsze leciałem na Sandomierz i dalej 79'tką do domu. Pytam GPS o jakiś inny wariant wybierając opcję "najkrótszą drogą". W efekcie poleciałem prawą stroną Wisły. Ale tu pięknie!!!

Cały czas nie daje mi spokoju skrzynia. Może to wina starych sprężyn zmieniacza? Na dodatek zgubił się gdzieś prąd. Światła coraz bledsze i GPS alarmuje, że kończy się mu bateria. Do Warszawy dotrę już po zmroku. Światła powinny być. Skręt w polną drogę, 300 metrów od szosy staję w cieniu zagajnika. Pierwsza czynność to zdjęcie motocyklowych ciuchów. Potem woda na herbatę i mały posiłek. Po raz drugi dziś, a czwarty w tym tygodniu ściągam kapę. W komorze zmieniacza olej. Jakim sposobem? Już wiem. Dźwignia zmiany biegów wchodzi na wałek bardzo ciasno. Sama nie wchodzi. Zawsze pomagam jej w tym młoteczkiem (spokojnie, to młotek gumowy). Tak też zrobiłem ostatnio. Wałek przesunął się przez zmieniacz i wyrwał denko w nieprzelotowej tulejce w deklu skrzyni. No i tulejka zmieniła się w przelotową. Przelatuje przez nią olej ze skrzyni. Nic na to teraz nie poradzę. Wkładam nowe sprężyny i trzeba składać tak jak jest.

Teraz poszukiwanie prądu. W jednej z cel akumulatora połowa stanu. Zaglądałem do niego 2 tygodnie temu i wtedy wszystko było ok. Na dodatek akumulator jest wyraźnie ciepły. Myślę, że to zwarcie w jednej z cel. Na to nic nie poradzę. Poprawiłem mocowanie przewodów. To trochę pomogło i z jakim takim oświetleniem dojechałem na Księżyc.

Telefon do Krzycha. "Kamrateńku czy mógłbyś wyskoczyć i kupić dla mnie akumulator? Wpadłbym dziś w nocy i odbierając kwity do rosyjskiej wizy przy okazji podmieniłbym akumulator na nowy. W moim zwarcie." Niezawodny Krzych: "Nie ma sprawy, już lecę na Wolumen. Zostawię Ci zalany akumulator na warsztacie. Kwity do wizy leżą na biurku." Świetnie mieć takiego niezawodnego kumpla. Dzięki Krzychu.

Dość zabawy. Lecę. Dobrze się jechało, oj dobrze, aż się nie chciało stawać. Jakieś 40 km przed Kozienicami skończyło się paliwo. Przerzucam na rezerwę. Po 10 km mijam stację. Chciałbym napić się kawy. Na wlocie do Kozienic jest Orlen. Postanawiam dociągnąć. No i zabrakło 2 kilometrów. Przynajmniej dowiedziałem się na ile starcza rezerwa. Otóż starczyła na 37 km. Dotaczam się do zatoczki. Kładę motocykl na prawym boku. Dobra nasza, coś tam chlupocze. To resztka paliwa z lewej części baku przepływa na prawo. Starczyło go na dojechanie do Orlenu. 15,78 tyle paliwa można wybrać z baku. Ostatnio starczyło to na 398 km.

praca i przygoda

Ostatnie promienie słońca. Na twarzy skupienie. Czy starczy prądu do Księżyca? Starczyło.

praca i przygoda

praca i przygoda

Na Księżycu mimo późnej pory (zbliża się jedenasta) ruch. W dziupli uwijają się zaprzyjaźnieni mechanicy, na rampie Quba z bratem szykują skuter. No to i ja pokręcę śrubkami. Po chwili nowa bateria siedzi na miejscu. Jeszcze nocny przejazd z Qubą i Mirkiem przez Warszawę i chwilę po północy syty wrażeń wtaczam się do garażu. Półtora dnia pełne przygód. Takie połączenie pracy i motocyklizmu to sam smak :-)