dzień 1: Songkol

4 sierpnia (sobota) 365 km

Lecieliśmy i dolecieliśmy. 3:40 Biszkek. Odprawa to czysta formalność. Tu nie musimy mieć wiz. Kontrola paszportów i po kilku minutach jesteśmy w Kirgistanie. Reklama taksówek w cenie 9 $. Zaczepiamy gościa pilnującego tego plakatu i wędrujemy za nim na parking. Mijamy auta oznaczone jako taxi czekające pod halą, by po kilkuset metrach dojść do cywilnego vana z kierownicą po prawej stronie (prawie połowa taboru tak ma). Przewodnik gada chwilę z kierowcą i przekazuje nas w jego ręce. Podajemy cel - hotel Salut.

Pędzimy pustą o tej porze drogą łączącą lotnisko z miastem. Szofer lubi szybką jazdę. Jak się okazało lubi też wyścigi. Już w mieście stara się wyprzedzić wszystko co napotka na drodze. Dla zwiększenia efektu startuje spod świateł zanim zapali się zielone. Auta z poprzecznych ulic (na szczęście niezbyt liczne w nocy) nie pozostają dłużne. One z kolei jadą mimo zgaśnięcia zielonego. W jednym kawałku udaje się dotrzeć do celu. Na końcu uliczki widać neon Salut.

Biszkek

Na podjeździe rząd zaparkowanych motocykli. Uff, są i nasze Junaki :-) Czwarta rano (w PL północ). Trzeba doczekać do rana. Rozbudzona przez nocnego stróża recepcjonistka oznajmia, że Sambor jest na miejscu i interesantów przyjmuje od ósmej. W holu bagaże. Krzych znajduje swoje. Moje gdzieś się skryły. Trzeba czekać do rana. Z rana skontaktuję się też z moją córą, która ma odebrać rowery i rozpocząć rowerową część wyprawy po Kirgistanie.

Biszkek

Biszkek

Zanim ułożymy się do snu wcinamy tradycyjne jajeczka. Teraz wycieczkę można uznać za rozpoczętą. Układamy się do drzemki - Krzych na ławce, ja na znalezionej macie.

Biszkek

Biszkek

Rano wszystko idzie jak z płatka. Właściciel hotelu zarządza dla nas kawę. Znajdujemy nasze graty. Zjawia się Ania z Marcinem. Ściskam córcię, która od miesiąca z grupą przyjaciół wędrowała po górach. Teraz przez miesiąc będą z Marcinem pedałować. Jest i Sambor. Pyta nas o planowaną trasę. Okazuje się, że przejście którym chcieliśmy przejechać do Tadżykistanu dostępne jest tylko dla lokalesów, natomiast trasę zaplanowaną na drugi dzień on robi silnym motocyklem w 2 dni.

W ostatniej chwili z właścicielem hotelu i lokalnym pomagierem w jednej osobie uzgodnili, że dokumenty celne (odprawa motocykli), o których zapomnieli przygotują i prześlą do hotelu w Osz. Bez nich nie możemy wyjechać z Kirgistanu. Możemy je tam odebrać najwcześniej w poniedziałek wieczorem, a jak coś się obsunie to we wtorek. Chcieliśmy jeszcze wypytać o to i owo, ale zawinął się, wskoczył na motocykl i tyle go widzieliśmy.

Na dziś cel to jezioro Songkol. Na rozgrzewkę około 350 km. Dalszą trasą będziemy się martwili później. Zawsze mówiłem, że nie warto planować, bo wtedy istnieje ryzyko, że plan się nie powiedzie.

Przed startem wyprawa w poszukiwaniu bankomatu uwieńczona sukcesem. 10.000 som'ów to równowartość 500 złociszy. Problem, powiedzmy problemik, w tym że bankomat wypluł dwa banknoty. Gdzieś trzeba je będzie rozmienić.

Żegnamy się z Anią, Marcinem i motocyklistami. Palimy wrotki. Dobrze byłoby odpalić z fasonem za pierwszym kopem. Wszyscy wszak przyglądali się ze zdumieniem i niedowierzaniem naszym Junakom i teraz czujemy lekką presję gdy ekipa motonitów śledzi nasz start. Udało się.

Kwestia rozmiany gotówki rozwiązała się sama. Kilkadziesiąt kilometrów za Biszkekem roboty drogowe poparte znakiem ograniczenia prędkości do 40 km/h. Jechałem z taką prędkością jak inne auta. Po chwili z rzędu stojących przy poboczu aut wysunął się mundurowy i zamachał na mnie. Krzych przemknął obok i zatrzymał się po 100 metrach.

Staję i wędruję do radiowozu. Na kamerze liczba 56. Czyżby za dużo? Za dużo. Pytanie o paszport i kartę kredytową. Niedoczekanie. Jak złapią fanty w garść to obedrą mnie ze skóry. Tłumaczę, że paszport i karta głęboko w torbie. Pytam grzecznie czy nie mogliby puścić. Nie chcą. Muszą coś uhandlować, bo kamera ma rejestrator. Pokazuję dowód rejestracyjny, a w nim fotkę z wczesnej młodości przedstawiającą mnie z Mamą na Junaku. To robi wrażenie. Naradzają się i rezygnują z paszportu i karty, ale 1000 som muszę dorzucić do budżetu. Nie wiem tylko czy to budżet kraju czy policmajstrów. No i mamy rozmienioną gotówkę.

Po kilku dniach od pary polskich motocyklistów (będzie o nich we właściwym czasie) zaznajomionych z tutejszymi realiami dowiedzieliśmy się, że 1000 to taryfa ulgowa dla lokalnej klienteli. Białasów kroją na minimum 7000, a kwota 10000 też nie powinna dziwić. Słowem udało mi się całkiem nieźle. Teraz już wiem czego wypatrywać na drodze. To był pierwszy i zarazem ostatni mandat podczas całej wycieczki.

Początek trasy łatwy. Dobry asfalt, mało miejscowości, można pomykać, byle uważać na dość liczne patrole.

Pierwsze górki i pierwsze podjazdy. Wspinamy się na pierwszą przełęcz. Na szczycie Krzych żalił się, że musiał pomykać na jedynce lub dwójce. Pocieszyłem go, że ja też ograniczałem się do tych biegów, podobnie zresztą jak większość aut. 10% to całkiem solidna stromizna. Pieriewał Dolon pisany w skrócie jak na poniższym obrazku okazuje się zabawną grą słów :-) Na motocyklach wysokość 3030 m nie robi wrażenia.  

w drodze do Songkol

Sambor podpowiedział nam drogę, którą warto atakować Songkol. Mówił, że będzie spektakularnie i było. Niestety zrobiliśmy tylko kilka fotek. Droga to szutrówka, a pod koniec kamienista droga gruntowa. Widoki przepiękne. Dość łagodne zjazdy i podjazdy. Jednak pod koniec trzeba było wspiąć się na 3000 m wąską kamienistą dróżką idąca serpentynami w górę. To bariera trudna do pokonania. Rozpędzenie motocykla na króciutkiej prostej i ostry zakręt, na którym trzeba nieco odpuścić, ale nie za dużo, bo inaczej silnik zgaśnie i motocykl nie będzie miał siły wystarować. Jego moc tkwi w dość wysokich obrotach.

Na jednym z zakrętów w kształcie agrawki obroty spadły i silnik zgasł. Stanąłem na stromym fragmencie kamienistej ścieżki. Do przodu ani rusz. Trzeba się stoczyć niżej. Czy to większy kamień, czy dziura wymyta przez wodę dość, że leżę. Strat praktycznie nie ma. Urwane lustro i podgięta stopka to wszystko. Po chwili podjeżdża Krzych. Pokonuje stromiznę, zostawia motocykl i leci na pomoc. Razem stawiamy Junaka na kołach. Lecimy dalej.

W końcu wspinamy się na plaskowyż.

w drodze do Songkol

Widok zapierający dech w piersiach. A może to wpływ wysokości? Jedziemy do jeziora. Wydaje się, że oddalone jest od drogi o kilkaset metrów. Tymczasem przejechaliśmy 2-3 km i brzeg ciągle nam ucieka. Pełne złudzenie optyczne. Ile mamy do wody? Na pierwszy rzut oka ze 200 metrów. Ale co to za małe kropki nad brzegiem? To konie. Muszą być od nas dobry kilometr. Zostajemy tu. Herbatka, rozstawienie namiotu i norki, odgrzana puszka, ząbki i można iść spać.

Songkol

Zdążyliśmy rozbić biwak w momencie gdy słońce chowało się za horyzontem.

Songkol

Songkol

<<dzień 0  dzień 2>>