dzień 2: Kazarman

5 sierpnia (niedziela) 280 km

Noc minęła w miarę spokojnie. Spokój gwarantował twardy sen po wysiłkach związanych z podróżą i stracie jednej nocy. Niepokój budziły wędrujące tuż przy namiotach konie. Zastanawiałem się na ile mają dobry wzrok, by zauważyć moje maskujące schronienie i dobrą wolę żeby je omijać. Po upałach nocny spadek temperatury poniżej zera był miłą odmianą. Na szczęście wieczorem wciągnąłem na grzbiet w roli pidżamy bieliznę termiczną.
Songkol

Rano norka, namiot Krzycha i pokrowce na motocyklach były pokryte szronem. Wysokość 3000 m robi swoje. Po opuszczeniu śpiworów było nieco rześko, ale wschodzące słońce dość szybko uporało się z mrozem. Dodatkową rozgrzewką były szybkie ruchy przy pakowaniu i przygotowywaniu śniadania. Kubek gorącej herbaty ostatecznie wygasił drżenie mięśni.

Songkol
szron na norce

Songkol
kaptur i chusta chronią przed porannym chłodem

Songkol

Zwijamy graty do worów, wory na bagażnik i jesteśmy gotowi do drogi. Jedziemy na przełaj w kierunku szutrówki biegnącej dookoła jeziora. Sambor opisywał w swojej książce "Zjadłem Marco Polo" tereny wokół jeziora Songkol jako oazę spokoju z jurtami rodzin zajmujących się wypasem owiec i koni. W przeciągu kilkunastu lat od jej napisania cywilizacja nieśmiało zaczęła tu docierać. Co jakiś czas mijamy jurta hotel, jurta camping lub jurta market. Na szczęcie giną w tej ogromnej przestrzeni, ale faktem jest, że turystów jest tu coraz więcej. Co parę minut spotykamy busika z napisem Inturist. Jezioro staje się coraz bardziej znaną atrakcją turystyczną. 

Songkol

W pewnym momencie odbijamy od drogi wiodącej dookoła jeziora i kierujemy się w stronę przełęczy Moldo Aszuu (3346 m). Cóż za widoki. Nie można się nie zatrzymać.

Songkol

Z naszymi starymi motocyklami stanowimy "atrakcję turystyczną". Grupa lokalesów podchodzi, zagaduje i prosi o wspólną fotkę. Tłumaczymy skąd jesteśmy i co nas tu przygnało.

Songkol

Songkol

Songkol

Po chwili na przełęczy zjawia się rowerzysta. Po twardym akcencie poznajemy Niemca. Kolejne opowieści. Wraz z dziewczyną (wciągnęła się na przełęcz po kilku minutach) są w drodze od 9 miesięcy. Emiraty, Iran, Turkmenistan, teraz tu, a co dalej? Jeszcze nie wiedzą. W planach mają jeszcze 3 miesiące podróży. Chyba na pewien niepokój wpływa fakt, że kilka dni temu w Tadżykistanie jacyś bandyci zamordowali czwórkę rowerzystów. Kirgistan wydaje się bezpieczny, ale czy na pewno?

Obserwując tę parę zastanawiam się kto jest motorem i inicjatorem, a kto jedzie dla tego drugiego. Dziewczyna wygląda na nieźle wykończoną. Kombinuję myśląc o mojej córce, która teraz gdzieś wspina się na rowerze na podobne góry. Muszę ją podpytać po powrocie. 

Songkol

Wczoraj tankowaliśmy ok. 100 km przed odbiciem w drogę na Songkol. Po tankowaniu wspinaliśmy się na przełęcze, potem 60 km szutrem i kamieniami nad jezioro, teraz kolejnych 30 km, a przed nami zjazd w dolinę. Ile tego będzie? Może 50 km. Gdzie znajdziemy paliwo? Żałujemy trochę, że nie napełniliśmy kanistrów. Cóż, będzie co ma być. Na wszelki wypadek puszczam się w dół z wyłączonym silnikiem. Dzięki grawitacji przejechałem 15 km. Początkowy fragment drogi widoczny jest na poniższej fotce.

Czy taka jazda była bezpieczna? W dawnych latach Ojciec szkolił mnie mówiąc: "Piotrusiu, z góry trzeba jechać na tym biegu na którym się pod nią wjeżdżało. Zawsze na biegu. Jedyny wyjątek to dwusuw. Tu hamowanie silnikiem nie jest bezpieczne ze względu na brak smarowania." Od tego czasu minęło blisko 50 lat, a ja ciągle słyszę te porady udzielane przez junakowca przyszłemu junakowcowi :-) 

Songkol

U ponóża przełęczy miła odmiana krajobrazu i roślinności. Czujemy się tu niczym w Pieninach. Skałki, strumyk, świerki... miło. Zarządzamy krótką przerwę na kanapki i czaj.

Songkol

Po zregenerowaniu sił ruszamy dalej. Za 20 km na mapie widać wioskę. Może tam będzie paliwo? Po drodze pogoniły nas pasterskie psy, podrawiali dorośli, a dzieciaki próbowały przybić z nami piątkę. Parę razy to się udalo. 

Kazarman

Jest stacja. Koniec niepokoju o paliwo. O dziwo po przejechaniu 240 km do baku wchodzi tylko 10,5 l co daje średnie zużycie 4,35 l/100 km. Ten wynik już się w najbliższym czasie nie powtórzy. Wkraczamy w strefę kiepskiego paliwa, czego apogeum będzie w Uzbekistanie. Ale o tym po tym. Na razie cieszymy się z asfaltu i pomykamy do miejscowości Kazarman. Stamtąd jutro chcemy dojechać do Osz. Chcieć a móc to dwie różne sprawy. Ale o tym też po tym :-) 

Kazarman

Mijamy wioskę Ugut. Stąd wg google maps do celu tylko 80 km. W wiosce siedzący przy drodze lokalesi witają na nas gwałtownie pokazując, że dalej przejazdu nie ma i żebyśmy zawrócili i kierowali się w prawo na objazd. Tak też czynimy zwiedzeni asfattową nawierzchnią drogi w kierunku Bataw. W Bataw nawierzchnia zmieniła się w szuter z bardzo agresywną tarką. Pytany o długość objazdu google zachowywał się dość dziwnie. Niby drogę widział, ale wytyczyć trasy nie chciał. Ki czort?

Kazarman

Cóż było robić. Pojechaliśmy. W efekcie objazd kosztował dodatkowe 120 km po szutrze z tarką i miejscami wielkimi dziurami. O pyle i kurzu nie ma co wspominać. Dodatkowo czekała nas dość wysoka przełęcz i na końcowym odcinku duży ruch ciężarówek wiozących kruszywo na budowę nowej drogi. Tumany kurzu, które wzbijały były wręcz niewyobrażalne. Drogę tę nazajutrz mieliśmy zwiedzić, choć wcale tego nie chcieliśmy.



Jak się okazało wierzyć googlowi nie można, a jak ktoś to robi to jego strata. Ale nie mieliśmy wyboru z braku dokładnej mapy. W Polsce nie udało się takiej kupić, a na miejscu nie mieliśmy na to czasu. Podobnego psikusa google zrobił planując trasę przez niedostępne dla nas przejście z Kirgistanu do Tadżykistanu. W przypadku dzisiejszej drogi na mapie Oksany i Marka zobaczyliśmy, że z Ugutu do Kazarmanu wiodą dwie drogi. I ta druga była przejezdna. Gdybyśmy o tym wiedzieli być może udałoby się dotrzeć do Osz jednego dnia.

Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Często dostrzegaliśmy, że nasi Aniołowie Stróże działając wspólnie i w porozumieniu tak umiejętnie ingerowali w nasze działania, że w efekcie spotykało nas to co w naszych planach się nie mieściło, a za co byliśmy im w efekcie wdzięczni. Tym razem planowali dla nas spotkanie z Oksaną i Markiem i tę skomplikowaną operację logistyczną przeprowadzili po mistrzowsku. Pierwszym krokiem było nieplanowe opóźnienie spowodowane objazdem. 

Kazarman

Kazarman

Po wieczór docieramy do Kazarmanu. Czas znaleźć miejsce na biwaczek. To moje zadanie. Jedziemy zdłuż rzeki. W jej kierunku od szosy odbija polna dróżka. Skręcamy. Jakieś krzaki, spora kałuża i widać, że jesteśmy blisko wody. Idę na rozpoznanie terenu. Z za zarośli dochodzą dzięcięce śmiechy i nawoływania. To w martwym zakolu rzeki kąpie się kilkanaście osób. Przechodzę obok grupki kilku tubylców. Są pod wyraźnym wpływem czegoś mocniejszego. Witają się ze mną uściskiem "na niedźwiedzia" i dopytują czy piję wódkę. Odmowa spotyka się z dość nieprzyjemnym odbiorem.

Wycofuję się do motocykla. Miejsce na biwak dobre tylko trzeba poczekać, aż plażowicze zwiną się do domów. W między czasie jedziemy do miasteczka po wodę. Pod sklepem jak zawsze otacza nas gromadka dzieciaków. Każdy chce się przywitać i pogapić na dziwne zjawy.

Kazarman

Kazarman

Słońce dotykało już szczytów gór gdy wjechaliśmy w wypatrzoną uprzednio ścieżkę. Impreza nad wodą jeszcze się nie skończyła. Odbiłem więc nieco w bok i osłonięci od drogi krzakami założyliśmy biwak. Krzych rozstawił namiot, a ja licząc nie bez racji na ładną pogodę poprzestałem na śpiworze. Jeszcze kolacja, herbatka i można spać. Co my dziś jedliśmy? Małe śniadanko i teraz niewielką kolacyjkę. A komu by się chciało jeść w taki upał? 

Kazarman


<<dzień 1  dzień 3>>