dzień 4: Osz

7 sierpnia (wtorek) 240 km

Pobudka miała być bladym świtem, ale po nocnych rozmowach lekko zaspaliśmy. Na dodatek śpimy w kotlinie pomiędzy górami i słońce pojawia się tu późno. Dopiero około ósmej jesteśmy po śniadaniu, a graty mamy przytroczone do motocykli. Czas się żegnać. Do zobaczenia gdzieś w trasie lub, co bardziej prawdopodobne w Polsce.

Osz

Oksana i Marek jadą w kierunku Kazarmanu i dalej nad jezioro Songkol. My do Dżalalabadu i Osz. Palimy wrotki.

Najpierw musimy się wspiąć na przełęcz. Niby niezbyt wysoko, bo około 3200 m ale podjazdy (a potem zjazdy) będą dość ostre. Krzych, który zazwyczaj pełni rolę fotografa trzyma się mocno kierownicy i leci bez zatrzymywania stąd fotek z przejazdu brak. Na szczęście Oksana podesłała relację z ich podróży. Pozwoliłem sobie wykorzystać kilka zdjęć.

Osz



Osz
fot: Oksana

Z jednej strony góra, a z drugiej dziura. Trzeba uważać. Na szczęście droga jest dość szeroka i zazwyczaj można trzymać bezpieczny dystans od urwiska.

Osz
fot. Oksana


Jeżeli na chwilę uda się oderwać wzrok od drogi można napawać się takimi widokami. Jednak to tylko krótkie chwile. Zazwyczaj kończy się to wpadnięciem w dziurę. Na taką okoliczność mam zawołanie, którym przywołuję się do porządku: "Patrzeć się, nie gapić!!!"

Osz
fot. Oksana

Już po drugiej stronie. Sto kilometrów asfaltem to pestka. Ta sama setka po szutrze i górach to nie to samo. Ale widoki rekompensują niedogodności. Wyobrażam sobie, że jazda na silnym i dobrze resorowanym motocyklu enduro może dostarczać wielkiej frajdy. Oksana i Marek wynajęli motocykle na miejscu. Może trzeba o tym pomyśleć? Taki mały skok w bok i zdrada Junaka :-)

Stajemy pod sklepem. Łyk zimnej wody i chwila wytchnienia w cieniu - bezcenne. Co chwila zagadują nas klienci. Jeden wychodząc postawił koło nas 2 butelki wody. Inny paczkę ciastek. Miło :-) 

Osz

Posługując się planem zrobionym przez Oksanę i nawigacją googlową znajdujemy hostel Stanisława. Mają też kilka motocykli do wypożyczenia.

Osz

Na miejscu spotykamy ekipę z Rosji (3 facetów i kobitka) i samotnego jeźdźca z Petersburga. Wzbudziliśmy niemałe zdziwienie gdy wepchnęliśmy na podwórko nasze pojazdy. Stanisław pochodzi chyba z Ukrainy. Mieszka tu razem z żoną córeczką i synem. Można się z nim porozumieć po angielsku i rosyjsku. W hostelu można skorzystać z kuchni i pralki.

Kombinujemy nad dalszą trasą. Co prawda chcieliśmy podjechać pod kullai Abuali ibni Sino czyli pod Pik Lenina, ale dalsza trasa w kierunku Duszanbe jest niedostępna ze względu na ograniczenie ruchu na przejściu KG-TJ tylko dla lokalesów. Jak nie tamtędy to Tadżykistan trzeba odpuścić. Na Pamir Highway niestety nie starczy nam czasu. Pozostaje przejazd bezpośrednio do Uzbekistanu. Szkoda. Kalkulujemy czas i dystans. Jeżeli nic się nie sknoci w motocyklach powinniśmy zdążyć przez końcem wizy rosyjskiej i 20 sierpnia być w domu.

Osz

Osz

Osz

Szybko wskakujemy pod prysznic i lecimy odszukać hotel wskazany przez Sambora gdzie mają czekać na nas deklaracje celne. I tu zaczęły się schody. W hotelu nic nie wiedzą o naszych papierach. Dzwonimy do bazy Sambora czyli hotelu Salut w Biszkeku. Recepcjonistka nie ma o niczym pojęcia. Naciskam żeby zadzwoniła do szefa. Po chwili udziela odpowiedzi, że kwity pojechały z jakimś Włochem do Tadżykistanu, a on sam ma kłopoty z celnikami i dzień cały już spędził na granicy. Radzi żebyśmy kontaktowali się z Samborem. Nie tak to miało być :-(  Sambor długo nie odbiera, w końcu udaje się go złapać. Papiery czekają na nas na granicy z Tadżykistanem na początku Pamir Highway i nie ma siły żebyśmy dostali je w Osz.

Mocno skołowani wracamy do Stanisława. Co dalej? Może jechać na Pamir? Ale wtedy nie da rady wrócić do kraju przez końcem rosyjskiej wizy. Wracać samolotem? Krzych uruchamia córkę, która sprawdza dostępne opcje powrotu. Nie wygląda to za dobrze. Właściwie w jednym nie mamy wyjścia. Trzeba odprawić motocykle na tym przejściu gdzie dotarły (o ile dotarły) dokumenty. Pojedziemy kawałek Pamir Highway, zanocujemy i wrócimy tym samym przejściem Do Kirgistanu, a potem przez Osz do Uzbekistanu. To dodatkowe dwa dni w stosunku do planu, który dopiero co ułożyliśmy. Nie mielibyśmy jakiejkolwiek rezerwy na nieprzewidziane okoliczności.

Puk, puk. To Rosjanie zapraszają na dynię czyli po naszemu melona. Cóż tu za melony rosną. Bajka. Na dodatek do popicia mają wódeczkę, a do płuc takie śmieszne cienkie papieroski o mdłym zapachu. Wzrok mają też nieco mglisty :-) Krzych idzie reprezentować naszą ekipę, a ja ściągam przez Wi-Fi mapy googlowe off-line pokrywające naszą nową trasę. Ściąganie idzie opornie, ale w końcu mam komplet map. Łapię się jeszcze na kawałek dyni. Z lekkim niepokojem, nie wiadomo czy te papiery są na granicy, wskakuję do wyrka. 

<<dzień 3  dzień 5>>