dzień 5: Pamir

8 sierpnia (środa) 265 km

Noc nie należała do najspokojniejszych. W tyle głowy pytanie czy papiery są na granicy, przed oczami różne warianty trasy, niepokój jak to będzie powyżej 4000 metrów... Jakoś jednak udało się zasnąć. Pierwsza pobudka około północy. To Krzych zachrapał szczególnie głośno. Od kilku dni uskarża się na katar. Kolejna o 4:30. Z pobliskiego meczetu dochodzą wzmocnione megafonem nawoływania do modlitwy. Zamówiliśmy śniadanie na 7. Po śniadaniu wiązanie worów i jesteśmy gotowi.

Przebijamy się przez miasto. Jeszcze tankowanie i możemy lecieć. Krótka przerwa techniczna. Proszę o czas. Pękła linka gazu. Wymiana to tylko chwilka i jedziemy dalej. Droga wije się doliną pomiędzy górami. Co chwila przecina strumień. Krajobraz surowy, ale ładny.

Pamir

Na podjeździe wyprzedzamy grupkę rowerzystów. Obok nich biegnie pies ucieszony, że z łatwością może wyprzedzić swoich towarzyszy. Za jednym z rowerów pusta przyczepka wyraźnie przeznaczona dla psa. Wielkie sakwy wyglądają jak kamień, który Syzyf wtaczał pod górę. Droga "pod górkę" bez jednego kawałka po płaskim ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Do tego upał i wiatr wiejący od strony przełęczy. Ci to mają samozaparcie.

Wspinamy się i my. Trójka staje się luksusem. O czwórce można zapomnieć. Zaangażowana jest dwójka czasami wspierana jedynką. Silnik wyje. Pokonujemy kolejne serpentyny. Wyprzedza nas para motocyklistów. Pozdrawiamy się. Ciekawe czy na nasz widok pomyśleli sobie: Wielkie sakwy wyglądają jak kamień, który Syzyf wtaczał pod górę. Droga "pod górkę" bez jednego kawałka po płaskim ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Do tego upał i wiatr wiejący od strony przełęczy. Ci to mają samozaparcie :-)

Pamir

Uff, nareszcie przełęcz. Zostawiam motocykl na poboczu i wędruję nacieszyć się widokami i wypatrywać Krzycha. Kamień, który ma do wtaczania pod górę jest jeszcze cięższy niż mój. Podejrzewam, że w sakwach ma niejedną niespodziankę. Dał się przekonać do znacznej redukcji ciuchów i gratów biwakowych, ale bagaż techniczny pakował sam. Muszę pamiętać żeby przed kolejną wycieczką zrobić przegląd czarnych kufrów.

Razem z japońską turystką zagadujemy dziewczynki sprzedające mleko próbując dowiedzieć się ile kosztuje. Nie znają liczebników po rosyjsku. Ciekawe czy uczą tu jeszcze w szkołach rosyjskiego? Radzą sobie jednak znakomicie pisząc kwotę kamieniem na asfalcie.

Pamir

Pamir

Jest Krzych. Chwilę wspólnie podziwiamy otaczające nas góry i napis na tablicy podający wysokość 3615 m. Pewnie niewiele Junaków było na takiej wysokości :-)

Pamir

Teraz z górki na pazurki. Powinno to Krzychowi odpowiadać (gra słów zrozumiała dla znających nazwisko Tatusia), ale Krzych do trasy z górki zawsze podchodzi zachowawczo. Może to po części przez ten wielki kamień? Zobaczcie sami co jego biedny Junak musi wozić.

Sary-Tasz to ostatnia miejscowość przed granicą. To właściwie wioseczka, ale jest stacja (zaprawka), kilka sklepów i miejsc dla turystów, którzy przybywają tu pieszo, rowerami, motocyklami i samochodami w drodze do i z Pamir Highway. Że też tak się ludziom chce męczyć.

Pamir

Zostawiamy nasze logo sławiąc imię Dzikiego Junaka.

Pamir

Stacja stoi w samym środku wioski na skrzyżowaniu dwóch (jedynych) dróg i stanowi centrum rozrywki i spotkań. Rozmawiamy z kilkoma Czechami. Jutro atakują Tadżykistan.

Pamir

Mijaliśmy po drodze wiele aut uczestniczących w rajdzie Mongolia. To impreza podobna do Złombola. Trasa z Europy (tegoroczna edycja startowała z Pragi) do Mongolii i dalej do Ułan-Ude w Rosji. Koniec w Rosji ze względu na ominięcie płacenia cła importowego za auta w Mongolii. Auta pozostają na mecie i w większości tam są złomowane. Trzy podstawowe zasady to: maksymalna pojemność 1200 cc, wpłata minimum 1000 £ na cele charytatywne i brak zewnętrznego wsparcia. 

Mamy możliwość porozmawiania z kilkoma załogami. To baaaardzo wesołe towarzystwo. Ci mieli bagażnik przyspawany bezpośrednio do dachu, bo oryginalne uchwyty nie wytrzymały trudów podróży, a na nim stertę przedpotopowych walizek. Mieli też w bagażniku pourywane inne części auta licząc na jakąś spawarkę po drodze. Inni mieli przykręconą śrubami na wylot przez dach paletę i na niej ułożony bagaż. Proste i skuteczne - to się nie mogło urwać.

Pamir

Za nimi już 10.000 km. Ile paliwa spalili? Możecie policzyć kreseczki.

Pamir

Wspinamy się coraz wyżej. Pierwsza atrakcja to kirgiski punkt graniczny. Ulokowali się stosunkowo nisko ze 20 km przed granicą. Celnicy są zajęci odprawą dwóch załóg Mongol Rally. Musimy czekać. Do budy wchodzą po kolei przedstawiciele załóg. Pozostali zabawiają się rzucaniem piłki do rugby. Luzik, śmiechy, radość... to nie mogło spodobać się przedstawicielom władzy. Podchodzi ponury celnik i zabrania zabawy. Młodziaki musieli już poznać zwyczaje rodem z głębokiej komuny i natychmiast zmieniają miny na potulno-ponure stając karnie obok samochodów.

Usiadłem na jakiejś starej porzuconej beczce by wciągnąć bieliznę termiczną i membranę do spodni. To też nie spodobało się celnikowi. Ale nie z nami takie numery. My uodporniliśmy się na takie zachowania "władzy". Strój uzupełniony.

Odprawa skończona. Auta ruszają. Teraz my. Nie, nie za szybko. Celnik oznajmia, że teraz muszą pakuszać. Zmęczyli się to i zgłodnieli. Kuszają z kwadrans. Wreszcie nasza kolej. Zapraszają do budy. W środku chlew i brud niczym w kiblu na dworcu w Koluszkach w latach osiemdziesiątych, ale buty trzeba obowiązkowo ściągać. Pytam o nasze deklaracje. Chyba są choć celnik robi tajemniczą minę i mówi, że musimy się jakoś dogadać co do opłaty. Co to za opłata tego nie mówi. A co mówi plakat wiszący na ścianie za jego plecami? Stop korupcji. Tak mówi ten plakat :-) Paszport, dowód rejestracyjny... i możemy jechać. Nie było okazji by dogadać się, bo ciągle ktoś kręcił się po biurze, ale uprzejmy pan wyszeptał, że skasuje nas przy powrocie.

Pamir

Wspinamy się na najwyższy punkt naszej wycieczki. Przełęcz 4200 m. Tak wysoko to już mało który Junak był. Mimo wyraźnie rozrzedzonego powietrza silniki spisują się dobrze. Praktycznie nie odczuwamy jakiejś zmiany.

Pamir

Kolejna atrakcja - punkt graniczny Tadżykistanu. Coś tu budują, ale niedokończona inwestycja już przypomina ruinę. Odprawy odbywają się w kilku skleconych z jakiś starych zbiorników, blachy, resztek kontenerów i tym podobnych materiałów barakach. Oczywiście ściągnięcie butów to obowiązek. Najpierw jakieś podejrzane kwity wypełnia równie podejrzany typ. Od każdego żąda po 10$. Potem rzecz powtarza się w kolejnej budzie. Tu opłata 10$ za korzystanie z dróg w Tadżykistanie. Kolejny koleżka tylko sprawdza paszporty i wpisuje nas do księgi gości. Wszystko z mozołem skrobie długopisem. Każda litera sprawia mu wyraźną trudność. Namawia do wypicia zielonej herbaty z termosu twierdząc, że to wspaniałe na kłopoty z wysokością. Krzych znany ze swej uprzejmości próbuje. Ja odmawiam grzecznie aczkolwiek stanowczo.

Teraz mamy iść do budy zwanej "kwarantanna", a po niej do kolejnej bez specjalnej nazwy, ale ważnej. Jak to przebrniemy możemy jechać.

Razem z nami już od granicy kirgiskiej podążają Egipcjanin z dziewczyną terenówką na brytyjskich numerach. Gość wyedukował się w internecie i twierdzi, że jedynie tax za korzystanie z dróg jest legalny. Pozostałe opłaty to prywatna inicjatywa. Namawia do ich bojkotu. On jednak jest w lepszej sytuacji. Pojedzie Pamir Highway i opuści Tadżykistan innym przejściem. My jutro będziemy musieli pokonać jeszcze raz to samo przejście i spotkać się z tymi samymi koleżkami.

Egipcjanin po kontroli paszportów wykorzystał fakt, że szlaban był otwarty, dał w palnik i tyle go widzieli w budzie "kwarantanna" i tej drugiej.

My jednak powędrowaliśmy do wskazanych "urzędów". W obu mieli jakieś tajemnicze kwitki i w obu chcieli po 10$ od osoby. Postanowiłem się jednak postawić. W "kwarantannie" miałem zapłacić za dwóch. Wyciągnąłem z kieszeni 5$ i oznajmiłem, że tyle mogę dać i ani centa więcej. O dziwo zrozumieli i zaakceptowali. W drugiej budzie zażądałem pokwitowania. Typ w skarpetkach i fragmentach umundurowania zaczął pokrzykiwać i w efekcie powiedział, że żadnego pokwitowania nie da, bo pieniądze wiezie do banku i dopiero tam jest pokwitowanie, ale jak nie chcę płacić to mogę nie płacić.

To już na szczęście koniec. Na szczęście, bo Krzych mimo niskiego ciśnienia jest na skraju wybuchu. Widzę to po jego minie. W między czasie zdążył wymienić świecę, bo pomiędzy kolejnymi budami motocykl rzucił palenie. Teraz odpala sprawnie i ruszamy z fasonem. Dzisiejszy cel to jezioro Kara-kul.

Niestety nie udało nam się do niego dotrzeć. Na przeszkodzie stanęła rzeczka. To strumień zasilany z lodowca. O tej porze poziom był najwyższy, bo słońce przez cały dzień topiło lód. Rano wody będzie połowa. Droga przechodziła tu przez wodę po mostku ułożonym z betonowych płyt. Przechodziła gdyż mostek zapadł się pod widoczną na fotce ciężarówką. Gdy dojechaliśmy do przeprawy gruzawik był już na brzegu, a wielgachna maszyna drogowa (skąd się tu wzięła?) rozkopywała strome skarpy tak żeby auta mogły przebywać rzekę w bród. 

Pamir

Gdy tylko z tym się uporała Egipcjanin zaatakował i przejechał. Miejscami woda dochodziła do połowy koła w jego Toyocie. Na dodatek płynęła bardzo wartko i nie budziła zaufania u Krzycha, który w tym punkcie zbuntował się ostatecznie i odmówił dalszej jazdy. Kierowca Ładzianki, który utopił ją 200 metrów poniżej (widać ją na poniższej fotce) namawiał mnie do pokonania rzeki twierdząc, że to rzecz banalna (ciekawe, że jemu się nie udało). Byłbym skłonny mu uwierzyć, ale po spojrzeniu na minę Krzycha odpuściłem. Zresztą za chwilę słońce skryło się za górami i zrobiło się szaro. Do tego wiatr o sile huraganu przywiał chmury i był najwyższy czas na założenie biwaczku.

Pamir

Zarządziłem odskok kilkaset metrów od drogi gdzie spora góra z naniesionego przez rzekę piachu i kamieni dawała jako taką osłonę od wiatru. Namiot umocniłem kamieniami, a kuchenkę osłoniłem kawałem przerdzewiałej blachy. Po przyniesieniu każdego z kamieni musiałem siadać i gwałtownie łapać powietrze. Ponad 4 tysiące wysokości robiło swoje. O dziwo oprócz szybkiego męczenia się nie miałem innych dolegliwości.

Krzych natomiast uskarżał się nieco na ból głowy. Do tego katar i kaszel, które gnębiły go od kilku dni popsuły mojemu towarzyszowi podróży zupełnie humor. Na domiar złego zrobiło się zimno tak, że ręce grabiały. Krzych to uparta bestia, ale dał się namówić na połknięcie 2 tabletek Gripexu. Liczyłem, że to pomoże nieco na katar i głowę. Po wypiciu herbaty wlazł do śpiwora i próbował się nieco zagrzać. Musiało mu być nieźle zimno, bo zgodził się żebym przykrył go moją norką, a rano nawet chwalił ten pomysł.

Jeszcze chwilę pogapiłem się w niebo. Jeszcze siusiu, ząbki, paciorek i spać. Moje dwa cienkie śpiwory połączyły siły i dały wystarczającą izolację. Do tego bielizna termiczna i spałem w komfortowych warunkach.

Pamir

<<dzień 4  dzień 6>>