dzień 7: Samarkanda

10 sierpnia (piątek) 660 km

Zmieniamy kraj na Uzbekistan. Będzie potrzebna kolejna waluta. Słyszeliśmy, że nie jest łatwo z zakupem paliwa. Będziemy jechać przez pustynię. Słyszeliśmy, że o tej porze roku jest tam gorąco. Jak to będzie już dziś się przekonamy. Wczoraj wieczorem wypłaciliśmy ze ściany trochę kirgiskich somów żeby zalać baki i kanistry pod korek. Da to pewną swobodę i czas na poszukiwania benzyny i możliwości wymiany waluty w celu jej zakupu. Wieczorem spakowaliśmy graty więc rano pobudka, śniadanie, pożegnanie ze Stanisławem i w drogę.

Do granicy mamy kilkadziesiąt kilometrów. Zbyt dobrze pamiętam pokonywanie granic w minionych czasach by na przejściu czuć się komfortowo. Nawet teraz przekraczając nieistniejącą granicę w Europie czuję lekki skurcz żołądka. A tu czeka nas prawdziwa granica. Do pokonania mamy kilka takich bram. Pierwszej z nich pilnuje żołnierz kirgiski. Paszport. Przez chwilę studiuje jego zawartość przeglądając strony z pieczątkami. Brama się otwiera. Kontrola paszportowa. Zaliczona. Teraz do celników. Paszport i paszport motocykla oraz deklaracja wwozowa. Gdzie opłata ekologiczna? Nie macie? Niczego takiego nie było na granicy z Tadżykistanem. Nie było? Nie było. Wzruszenie ramion. Poszło.

Kolejna brama pilnowana przez żołnierza kirgiskiego. Paszport. Brama się otwiera. Teraz brama z żołnierzem uzbeckim. Paszport. Do kontroli paszportowej. Zostawić motocykle i przejść do budynku. W budynku tłum pieszych. Nerwowa atmosfera. Stajemy na końcu kolejki. Po kilku minutach podchodzi mundurowy i pokazuje, że mamy przejść na początek kolejki. Gniewny pomruk z dziesiątek gardeł. Przeciskamy się. Teraz nasza kolej do okienka. Paszport, wiza, paszport motocykla. Punkt zaliczony.

Kontrola celna. Co wieziecie? Broń? Nic nie mamy. Otworzyć sakwę. Zaliczone. Macie ksero paszportu? Nie mamy. Tam jest kantor banku. Zróbcie. Już mamy. Co teraz? Czekać. Paszport, paszport motocykla, wiza. Można jechać.

Kolejna brama pilnowana przez żołnierza uzbeckiego. Paszport. Można jechać.

Nie było źle. Cała operacja zajęła tylko półtorej godziny. Jedziemy.

Samarkanda

Pomny opowieści o trudnościach z zakupem benzyny przyglądam się mijanym stacjom. Na wszystkich przy wjeździe tablica "benzyny brak". Jedna, druga, trzecia, dziesiąta brak. W miasteczkach niektóre stacje przerobiono na sklepiki, a pod zadaszeniem, tam gdzie dawniej stały dystrybutory rozłożyli towary kupcy.

Krótka przerwa na rozprostowanie nóg. Wszędzie rosną tu roślinki o charakterystycznych liściach. Co to za ziele?

Samarkanda

Przejechaliśmy już 250 km. Czas najwyższy na znalezienie czynnej stacji tymczasem żadnej bez tablicy informującej o braku nie znaleźliśmy. Spora stacja. Tabliczka o braku wisi jak się należy. Wbijamy. Podchodzę do okienka. Benzyny brak. A czy wiecie gdzie można zatankować? A ile wam potrzeba? Ze dwadzieścia litrów do dwóch motocykli. Podjedźcie pod dystrybutor. Nalane. Teraz kwestia waluty. Nie mamy sumów. Mamy dolary. Wcześniej obliczyłem, że 10$ powinno wystarczyć. Młody chłopak liczy na kalkulatorze. Wydaje nawet reszty.

Czy chcecie napić się czegoś zimnego? Chcemy. To chodźcie do środka. W środku w dużym pomieszczeniu, które zazwyczaj jest stacyjnym sklepikiem stoi stół, cztery krzesła i dwie lodówki o szklanych drzwiach. U nas w takich chłodzi się piwo, cola i inne napoje chłodzące. Tu szafy wypełnione są słoikami z wodą. Proszą do stołu i przed każdym z nas staje słój z wodą. Trochę strach. Nasłuchaliśmy się opowieści o zatruciach pokarmowych. Dobra rada nie pić nic z niesprawdzonego źródła. Tylko fabrycznie zamknięte butelki. A tu żłopiemy wodę niewiadomego pochodzenia. Sprzedawca dopytuje o to skąd i dokąd jedziemy. Przedstawia się> Na imię ma jakoś po uzbecku, ale ma też imię w wersji rosyjskiej. Wołają go Fiedia. Ma żonę i dwójkę dzieci. Wygląda na 20 lat, a ma trzydzieści. Patrzy z uznaniem na telefon Krzycha (ech ten gadżeciarz) i ze smutkiem pokazuje swój z malutkim ekranem i guziczkami. Na to ja wyciągam z kieszeni mój kupiony za 70 złociszy w markecie. W konkursie na badziewny telefon zawsze wygrywam. Tak było i tym razem. Fiedia wyraźnie się dowartościował.

W między czasie pod stację zajeżdża kilka aut. Każdy kierowca dowiaduje się, że benzyny brak. Chłopcy ze stacji tłumaczą, że ci kierowcy to miejscowi i jakoś sobie poradzą. Co innego my, przejezdni.

Na naszej trasie kilka większych miast. Oznaczenia są dość iluzoryczne i przydałaby się nawigacja. Liczyłem na googlową. Ściągnąłem komplet map off line. Google postanowił jednak uatrakcyjnić zabawę. Wczoraj u Stanisława mając dostęp do Wi-Fi zaktualizował się. To oczywiście dla mojej wygody i dobra. Dobra, godzę się z tym, bo cóż mam zrobić (dopiero po powrocie doszedłem do tego jak zabronić aktualizacji oprogramowania), ale przy okazji aktualizacji usunięte zostały wszystkie mapy off line. Dobra, poświęciłem pół nocy na ich ponowne ściągnięcie. Ale aktualizacja miała jeszcze dodatkową cechę. Znikła opcja trybu samochodowego. Na mapie widać położenie, kropka się przesuwa, ale tylko do granicy mapy. Potem trzeba przesunąć mapę. Do tego na oświetlonym słońcem ekranie trudno dostrzec kropeczkę lokalizacji i wypatrzeć kierunek na kolejnym skrzyżowaniu. To dobre przy wędrowaniu na piechotę, a nie w gęstym ruchu miejskim. Staję co chwila żeby wyczytać kilka kolejnych manewrów.

Jako ciekawostkę dodam, że po kilku dniach gdy nocowaliśmy w hotelu z Wi-Fi google znowu się zaktualizował i cecha trybu samochodowego poróciła :-)

Na domiar złego uzbeccy kierowcy to nieźli piraci drogowi. Wpychają się, wyprzedzają na czwartego, ustawicznie trąbią, zajeżdżają drogę. Ciężko w tych warunkach koncentrować się na ekranie nawigacji.

Dodatkową atrakcją jest ruszanie spod świateł. Większość swietaforów ma informację za ile sekund światła się zmienią. Wszyscy biorą za punkt honoru jak najwcześniejszy start, lub jak najpóźniejsze hamowanie, w zależności z której strony skrzyżowania są. Ci od strony czerwonego gdy widzą, że za 5 sekund będzie zielone powoli ruszają. Gdy na swietaforze pali się 3 oni już go mijają i nie widzą zmiany na zielone, ale pewnie w myślach odliczają i w pewnym momencie startują. Ci z zielonej strony widzą, że za 2 sekundy będzie czerwone więc dociskają pedał i lecą. Nietrudno przewidzieć, że często te kalkulacje dają punkt przecięcia na środku skrzyżowania. Kilka wypadków widzieliśmy i czasami nie sposób było dojść jakiej marki auta brały w nich udział. Słowem trzeba rozglądać się na wszystkie strony i nie ma czasu na śledzenie nawigacji, a takiej gdzie pokazana jest cała siatka ulic a moja pozycja gdzieś w postaci małej kropeczki to już zupełnie.

Samarkanda

Uff, jakoś przebiliśmy się. Pomijając kwestię braku paliwa i nieoznakowanych przejazdów przez miasta nie jest źle. Przez większość trasy pomykamy dwupasmową drogą. A tam gdzie przebija się przez góry jest "nówka sztuka". Omija też większość wiosek. Słowem sprzyja to przyzwoitej prędkości średniej.



Początkowo nie liczyliśmy, że dolecimy do Samarkandy, ale dobre tempo daje nadzieję. Na razie w porze największego upału i po przebiciu się przez jakieś miasto gdzie droga była zablokowana po wypadku znajdujemy przydrożną knajpkę. Stoliki w cieniu drzew dodatkowo osłonięte matami kuszą. Trochę boimy się lokalnych potraw, ale dajemy się skusić. Musimy najpierw dogadać się z szefem czy możemy posłużyć się dolarami. Jest to możliwe, a zaproponowany kurs jest uczciwy. Siadamy. Tu można nie tylko siadać, ale też polegiwać, a nawet uciąć sobie drzemkę. Bardzo to się nam podoba. Czaj, szaszłyki, chleb, sałatka z pomidorów, plastry cebuli... Mimo upału chce nam się jeść. Jesteśmy lżejsi o 5$ i ciężsi o obfity posiłek. Mamy też parę tysięcy reszty.

Niedaleko od knajpki jest skrzyżowanie. Naraz z tamtej strony słychać pisk opon i podwójny odgłos uderzenia. Trzy auta :-(  Nie jest tu bezpiecznie na drogach.

Klienci polegujący przy sąsiednich stolikach zagadują pytając o naszą dotychczasową trasę, cel podróży i motocykle. Coraz lepiej radzimy sobie po rosyjsku odpowiadając na powtarzające się pytania. Chwila relaksu po obiedzie i lecimy dalej.

Samarkanda

Kolejnych 150 km za nami. Czas na krótką przerwę. Minęliśmy właśnie stragan z owocami. Mimo, że droga dwupasmowa hamuję, zawracam (Krzych za mną) i podjeżdżam do straganu. Wzbudziło to wyraźny entuzjazm wśród grupki mężczyzn stojących w cieniu budki. To jest połączenie przystanku autobusowego i kramu. Kupujemy arbuza i gaworzymy ze sprzedawcą i resztą publiki. Arbuz nie może być pierwszy lepszy. Pan sprzedawca wybiera, przebiera, opukuje. W końcu mam owoc w garści. W knajpce dostaliśmy parę tysięcy reszty. Możemy teraz poszaleć. W przeliczeniu na złotówki parę kilo witamin i smakowitego miąższu kosztowało 1,50. 

Samarkanda

Samarkanda

Za parę kilometrów znajduje dogodne miejsce na przerwę. Arbuz był wspaniały.

Za pomocą korespondencji SMS proszę córkę o znalezienie jakiegoś sensownego (czytaj taniego i stosunkowo blisko centrum) hotelu w Samarkandzie. Coś się znajduje i na dodatek google wie gdzie to jest. Podejmujemy decyzje o próbie dociągnięcia do Samarkandy.

Samarkanda

Końcówka była dość dramatyczna. 150 km przed celem nastała noc. Skończyło się też paliwo w bakach. W ruch poszły kanistry. Powinno wystarczyć, ale sprawa zakupu benzyny stała się paląca. Liczymy, że w dużym mieście uda się znaleźć paliwo. Na razie jedziemy. Ruch znaczny. Przed Samarkandą jest trochę zjazdów i podjazdów. Co bardziej dychawiczne ciężarówki pokonują je z trudnością, osobowe i rącze ciężarówki pchają się do przodu, czasami roboty drogowe, brak linii na drodze, w tym wszystkim my i junak Krzycha, który świeci tylko gdy obroty są wystarczająco wysokie. Jednak jakoś się udało.

Udało się też odnalezienie hotelu choć google czynił wszystko żeby zadanie to skomplikować. Jednak nie można mieć do niego wielkich pretensji. Czegóż można wymagać od darmowego podpowiadacza?

Ze względu na późną porę i zmęczenie nie skorzystaliśmy z uroków basenu. Wystarczył prysznic i zwaliliśmy się do łóżek. 660 km, w tym granica, kilka miast, wysoka przełęcz dały nam w kość. Jutro z rana krótkie zwiedzanie i dalsza droga.

Samarkanda


<<dzień 6  dzień 8>>