dzień 10: Bejneu

13 sierpnia (poniedziałek) 510 km

Z rana Krzych popędził do parku maszyn i uzupełnił szprychy w tylnym kole. Ja też musiałem wymienić jedną czy dwie. Wczoraj śmigaliśmy po asfalcie, ale miejscami jego stan pozostawiał nieco do życzenia. Po serwisie śniadanie i w drogę. Jak to w Uzbekistanie od razu trzeba szukać stacji, bo potem różnie może być, a do pokonania ponad 500 km.

Bejneu

Stop w celu zakupu masła. Jest. Pan powędrował w głąb warsztatu i przyniósł flaszkę Lotosu. Wymawiał tę markę po swojemu: Lots. Po przejechaniu 100 km mijamy miasteczko. Stacja na wlocie benzyny nie ma. Jedziemy w kierunku centrum. Fotek nie robiliśmy, ale uwierzcie drodzy czytelnicy, że zatankowanie na jedynej czynnej stacji wymagało hartu ducha. Klimaty jak z filmu Mad Max.

Jeszcze w latach 70'tych bylibyśmy w tym miejscu na dnie morza Aralskiego.

 Bejneu

Dziś zamiast ryb śmigają tu wielbłądy. W Związku Radzieckim zawracali rzeki, a raz zawrócone nie wróciły na swoje miejsce. Czy to źle? Woda z Syr-darii i Amu-darii systemem kanałów rozprowadzana jest po stepie Uzbekistanu i Kazachstanu dając uprawne pola. Ludzie mają co jeść, gdzie pracować, co pić. Z drugiej strony rybki nie mają gdzie pływać. Ale za to wielbłądy mają gdzie się paść. Co jest dobre, a co złe?

Bejneu

W połowie pustyni punkt odpoczynku podróżnych. Spore zadaszenie. Niektórzy ucinają tu sobie drzemkę nabierając sił przed dalszą drogą.

Bejneu

Ekipa z tego auta melduje, że od dłuższego czasu obserwują nas w drodze. Jadą w tym samym kierunku. Wystartują po nas. Gdyby coś nam się przytrafiło będą pomagać. Miłe. 

Bejneu

Bejneu

Sto kilometrów przed granicą droga znikła. Na mapie jest, a w terenie nie ma. Jest pas rozjeżdżonego kamienistego gruntu ze wszelakiego autoramentu dziurami, wyrwami, jamami, dołami, falami, tarką uskokami, luźnymi kamieniami i co tam jeszcze można sobie wyobrazić myśląc o bezdrożach. Sto kilometrów!!! Potem granica. Wszystko poszło sprawnie. Motocykle odprawione. Kazachstan jest w unii celnej z Federacją Rosyjską i kwity tu wystawione będą przepustką na rosyjskiej granicy.

Po kazachskiej stronie dalszy ciąg drogowego horroru, a właściwie bezdroża. Tu przynajmniej chcą coś zmienić i równolegle do toru przeszkód budują nową drogę. Na razie jednak oprócz mega dziur i zwykłego ruchu aut dochodzą jeszcze ciężarówki z budowy drogi. Ruch jak na Marszałkowskiej. Każdy pojazd to kilogramy kurzu. I tak będzie przez kolejnych 80 kilometrów. Na razie jednak po przejechaniu niewielkiego kawałka Krzych staje.

Awaria bagażnika. Nie zniósł przygranicznych bezdroży i pękł w kilku miejscach. Trzeba znaleźć swarkę. Rozpytujemy się pod sklepem. Pokazują pobliską stację tankowania gazem. Tam mają swarkę i swarczika. Krzych pojechał zostawiwszy mnie na straży gratów. Jednak długo nie wytrzymałem. Graty przekazałem pod opiekę pań sklepowych i pognałem zobaczyć co udało się zwojować. 

Bagażnik już był załatwiony. Teraz Krzych ze swarczikiem deliberują nad amortyzatorem. Wytłukła się i zginęła gumowa tuleja. Po chwili Seng Kan przyniósł kawałek węża gumowego. Odkroił z niego 2 plasterki i mieliśmy 2 tuleje. 

Bejneu

Bejneu

Nowi koleżkowie Krzycha. Wymieniają właśnie kontakty na facebooku, a fotki biegną też na Instagram. Ech ta współczesna młodzież :-)  

Bejneu

Pamiątkowa fotka ze swarczikiem (spawacz) i musimy lecieć. Słońce chowa się już za horyzontem.

Bejneu

Bejneu

Do Bejneu mamy jeszcze ok. 70 kilometrów. Do samego celu bezdroże. Na dodatek zapadła noc, wiał silny wiatr niosący tumany pyłu, pył podnosiły auta i dla zwiększenia efektu zaczęło padać. Krzych twierdził, że nie damy rady dojechać, ale darł naprzód i po 2 godzinach wjechaliśmy na asfalt. Na wlocie do miasteczka całodobowa stacja. Mają paliwa skolko ugodno. Przyjmują karty, sprzedają to co na stacji powinno być. Słowem luksus.

Google maps podpowiada hotel. Znajdujemy. Mają miejsca. Sklep. Jeden z klientów prowadzi mnie do bankomatu. W hotelu klimatyzacja i Wi-Fi. Luksus.

Jemy jakieś gotowe kanapki ze sklepu, popijamy kwasem. Ząbki, paciorek i spać. Ale żeśmy dziś dostali w kość. My to my, ale motocykle. 


<<dzień 9  dzień 11>>