dzień 11: Atyrau

14 sierpnia (wtorek) 440 km

Pokoik z klimą więc wyspaliśmy się świetnie. Wi-fi więc kontakt ze światem nawiązany. Ranek jak na Orbisowskiej wycieczce :-) Śniadanie podane. Chwila relaksu z lokalnym discokazach płynącym z telewizora. Nienerwowe pakowanie gratów. Przed nami podróż po asfalcie bez stresu związanego z szukaniem paliwa. Lokalna gotówka w kieszeni. Czegóż chcieć więcej.

Atyrau

Na dodatek pani w recepcji niewiele ustępowała urodą pani z telewizora. Żal wyjeżdżać.

Atyrau

Dzisiejsza trasa przewidywała dotarcie nad morze w miejscowości Żanbai (zachodni brzeg mapki). Motocykliści z Atyrau przekonali nas jednak do zmiany planów. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Drogi w Kazachstanie są bardzo proste. Ponieważ nie ma tu miejscowości, a trasa wiedzie przez płaski step wystarczyło wziąć linijkę i wytyczyć szlak w postaci prostej kreski. Na mapie wygląda to prosto. W rzeczywistości tak prosto nie jest, bo wiąże się z problemem znużenia. Jedna prosta 200 km, potem zakręt i dalej 150 km prostej. Proste? No proste, tylko spać się chce.

Atyrau

Jadąc wydaje się, że stoi się w miejscu. Dookoła jednostajny płaski krajobraz, brak drzew i domów. Wzrok nie ma się na czym zatrzymać. Dopiero rzut oka pod koła pokazuje, że asfalt ucieka do tyłu. Urozmaiceniem są pasące się wielbłądy. Do wyboru, do koloru. Duże, małe, z jednym garbem, z dwoma, z czterema (*), ze sterczącymi garbami, z garbami sflaczałymi przechylonymi na bok, z wesołymi minami, z minami wyrażającymi smutek, a może nudę, biegające, kroczące, stojące, leżące, szare, brązowe i żółtawe. Do wyboru, do koloru. Gdy stoją na poboczu dolatuje od nich ostra woń. Ciekawe czy te z folderów Egiptu, Tunezji czy Maroka też tak capią?

(*) nogami

Julian Tuwim porównał te sympatyczne zwierzęta z ludźmi i ujął to tak:

"Różnica między wielbłądem a człowiekiem: wielbłąd może pracować nie pijąc przez cały tydzień; człowiek może przez tydzień pić nie pracując."

My nie pracowaliśmy ponad dwa tygodnie. Gorzej z piciem :-)

Po 100 km przerwa na rozprostowanie nóg i drobne "conieco". Parking dla ciężarówek i knajpa zachęcają do postoju. Zamiast kasy fiskalnej gruby kajet, w którym pani w białym fartuchu i takimż czepku skrzętnie i z mozołem odnotowuje każdy kubek czaju czy zjedzony pieróg. 

Atyrau

Atyrau

Ponieważ knajpa ma klasyczne umeblowanie nie można się ułożyć przy stole dla odpoczynku po posiłku. Jak nie można to trudno. Odpoczniemy w czasie jazdy. Kolejne 150 kilometrów i przerwa na tankowanie. Potem 100 i postój na obiadek. Nic szczególnego, ale przerwa dobrze robi i ostatnie 100 km przeskakujemy raz dwa. Proste? Proste tylko nudne. Parafrazując stare chińskie przysłowie "Obyś żył w ciekawych czasach", co jest trwożnym komentarzem do tego, co się może wydarzyć, można powiedzieć "Obyś jechał po ciekawych trasach". Jutro zatęsknimy do dzisiejszych nudnych dróg.

Atyrau. Miał być tu kolejny postój. Wbijamy na stację. Krzych rucił okiem na tylne koło, które rzucało Junakiem i wykrył, że brakuje w nim kilku szprych. Rano były, a teraz ich nie ma. Dokładnie rzec biorąc prawie są, brak im jedynie główek więc pełnią tylko rolę dekoracyjną. Cóż robić. Trzeba braki uzupełnić.

W między czasie na stację zajechał na srebrnym BMW ubrany na czarno motocyklista. Zainteresował się nieznanymi pojazdami. Od słowa do słowa i zaczęła się miła konwersacja. Gdy dowiedział się gdzie zaplanowaliśmy nocleg gwałtownie zaoponował. Tam morza nie zobaczycie. Można podjechać kawałek motocyklem, potem 4 kilometry pieszkom, potem półtrora kilometra po kolana w mule i będziecie w wodzie do pasa. U nas straszna glina. A najlepsze będzie gdy wrócicie na brzeg, bo tam już motocykli nie będzie. Można też stracić tam życie. Nie jedźcie tam. Zanocujecie u mnie w warsztacie. Robię meble. Mamy tam nasz klub motocyklowy. Wieczorem wpadną koledzy. To jak zostajecie?


Atyrau

Na takie dictum oczywiście z chęcią przyjęliśmy zaproszenie. Krzych złożył graty i prowadzeni przez, jak się później okazało, szefa "gangu" dotarliśmy do jego zabudowań. Garaż, spore pomieszczenie stolarni i dwa pokoje z kuchnia i łazienką. Wszędzie niezły bałagan, ale takie tu widać obowiązują standardy. Szef produkuje meble na zamówienie. Robi to w tym warsztacie oraz u siebie w domu. Zatrudnia kilku Uzbeków, a sam zajmuje się całością spraw handlowo organizacyjnych. Mówił, że to na razie mała skala i mały dochód, za to ma dużo czasu. Liczy, że z czasem proporcje będą odwrotne. Teraz cieszy się z wolności i śmiga motocyklem. Jego kumpel mający dużo pieniędzy i mało czasu tez chciałby śmigać, ale niestety, coś za coś.

Motocykle wstawiamy do garażu. Rozpakowujemy graty i układamy je w przeznaczonym dla nas pomieszczeniu. Coś mi się wydaje, że Uzbecy musieli się na tę noc z niego wynieść, bo jeden z nich rozłożył sobie na noc legowisko na stole warsztatowym, który wieczorem służył za stół biesiadny. Szybka kąpiel i przystępujemy do działania.

Atyrau

Pracownicy zrobili dla Krzycha przyrząd do centrowania kół. Widać, że był powód żeby szprychy pękały, a koło szarpało motocyklem. Oprócz bicia na boki okazało się, że felga w jednym miejscu jest tak wgięta, że bije promieniowo 2-3 cm. Duży młot przywrócił jej nieco kształt koła, a pracowite dokręcanie i odkręcanie szprych doprowadziło boczne bicie do akceptowalnej wartości 2-3 mm. Niestety promieniowego bicia nie udało się wyeliminować. Pozostało około 1-2 cm.

Atyrau

Atyrau

Atyrau

W czasie gdy centrowaliśmy koło załoga warsztatu przystąpiła do kucharzenia, a szef pojechał po picie. W pewnym momencie musieliśmy przerwać miłą sercu każdego junakowca zabawę, bo podano obiad. W imprezie wzięło udział 3 członków "gangu" motocyklowego, 3 pracowników i dziewczyna (siostra szefa?), którą widzieliśmy na stacji benzynowej. Duszone mięso, ziemniaki, pomidory, arbuz, piwo, wino. Proste i smaczne żarcie. Krzych reprezentował nas przy toastach. Nie było żadnej presji jeżeli chodzi o picie. Pełen luz, spontan i przemiła atmosfera.

Popłynęły ciekawe opowieści na nasz użytek po rosyjsku, a co trudniejsze kwestie przekładał na angielski jeden z koleżków (pierwszy z lewej na poniższej fotce). Pracuje w amerykańskiej firmie jako inżynier i po angielsku gaworzy bardzo dobrze.

Nie chcę zanudzać czytelników długą relacją. Przytoczę w skrócie tylko kilka historii.

Pierwsza z nich to rozmowa na temat pomagania sobie na drodze i gościnności, czego mogliśmy sami doświadczyć. Jakiś czas temu spotkał przy drodze Hiszpana ze złamanym motocyklem. Słowo złamany ma w rosyjskim dwa znaczenia. Zepsuty i złamany. Motocykl Hiszpana był złamany w obu tych znaczeniach. Rama pękła prawdopodobnie na odcinku, który mieliśmy do pokonania nazajutrz. Siedział biedak przy drodze i kombinował jak zezłomować motocykl bez ponoszenia kosztów cła importowego i jak wyrwać się do domu. Tymczasem nasz rozmówca zorganizował gruzawika z kilkoma silnymi pomagierami, zawieźli Hiszpana i moto do firmy spawającej gazociągi. Ściągnęli wykwalifikowanego spawacza i po kilku godzinach motocykl stał na kołach. Nie można tego było powiedzieć o kierowcy, bo on był uczestnikiem podobnej do dzisiejszej biesiady, tyle że połączonej z pijaństwem. Po dwóch dniach gdy wydobrzał pojechał w dalszą drogę. Nie mógł tylko zrozumieć jak to jest, że to wszystko było bez płacenia. Początkowo pytał się o cenę każdej z otrzymywanych uprzejmości, nawet o to ile się należy za wodę którą go częstowano. Wyobrażam sobie jakim szokiem była dla niego ta przygoda.

Druga opowieść dotyczyła wzajemnego postrzegania ludzi z różnych krajów, kultur i ras. Brat naszego nowego kolegi różni się od niego gabarytami. Jest duży i masywny. Do tego nosi długą czarną jak noc brodę. Kilka lat temu gdy w Rosji załamał się kurs rubla jeździli tam kupować różne dobra, które po przeliczeniu na stabilnego wówczas tenge były bardzo tanie. Lodówki, telewizory, a nawet kupili wtedy motocykl. Podczas jednej z wypraw czekali w długiej kolejce na granicy. Jakieś auto na rosyjskich numerach wepchnęło się przed nich. Brat wysiadł i podszedł do cwaniakujących podróżnych. Nie zdążył jeszcze otworzyć ust, nie mówiąc już o wyjmowaniu z kieszeni noża czy wybijaniu szyby, a nieproszone auto rozpłynęło się i znikło. Był wówczas sezon na terrorystów, dżihadystów i innych talibów. Brat pasował to tego obrazu jak ulał.

Tenże brat gdy służył w wojsku świętował nowy rok. Czy z emocji, czy pod wpływem alkoholu ubzdurał sobie, że musi dostać arbuza. Był tak namolny w swoich żądaniach, że koledzy wzięli kawał kartonu, wycięli z niego koło i pomalowali je na zielono. Brat ucieszył się, a potem kazał cudem zdobytego arbuza (wszak to zupełnie nie był sezon) podzielić na tyle części ilu było kolegów i zmusił ich do zjedzenia co do ostatniego okruszka. Może jednak był terrorystą?

I na koniec rozważania - jeździć czy nie jeździć na motocyklu. Koleżka miał kilka lat temu wypadek (kto nie miał wypadku). Motocykl do kasacji, on kilka tygodni w szpitalu. Pomyślał wtedy, że czas kończyć przygodę z motocyklami. Jednak w ciągu kilku następnych miesięcy zaszło kilka zdarzeń, które dały mu do myślenia. Jeden z kumpli przechodząc przez ulicę został potrącony przez samochód i zginął na miejscu. Innego w pracy uderzył widłak w efekcie czego musieli mu amputować nogę. Koleżka przemyślał to wszytko i doszedł do wniosku, że nie jeżdżenie na motocyklu wcale bezpieczne nie jest. Niedługo po tym pojechał z bratem do Rosji i kupił kolejną maszynę. 

Atyrau

Atyrau

Atyrau

Atyrau

Atyrau

Po przyjęciu uczestnicy grzecznie pojechali do domu wezwanymi taksówkami, a my z Krzychem dokończyliśmy reanimację koła.

Syci wrażeń wciągnęliśmu się w śpiworki i zakończyliśmy ten piękny dzień.

<<dzień 10  dzień 12>>