dzień 12: za Astrachaniem

15 sierpnia (środa) 435 km

Kazachscy motocykliści uprzedzali, że droga do granicy rosyjskiej łatwa nie będzie. Ostatnie 150 km to dziurawa gruntówka. Z zestawu dosadnych określeń można się domyślać, że będzie to duże wyzwanie. Przestrzegali, że taksiarze w pogoni za czasem i pieniądzem lecą nieprzytomnie nie zważając na innych uczestników ruchu. Lusterko to twój przyjaciel. Połowę czasu patrz w lusterka. Takich porad udzielali na pożegnanie.

Czas w drogę. Wczorajsze przyjęcie pozwala na start bez śniadania. Właściwie to nie pamiętam żebyśmy tego dnia coś jedli oprócz okruszków z herbatników na pierwszej stacji w Rosji oraz kolacji. Gdy się wsiądzie na motocykl droga tak wciąga, że o jedzeniu się zapomina. Poza tym komu by się chciało jeść w taki upał?

Opuszczamy Atyrau. Przepływająca przez miasto rzeka Ural jest granicą między Azją i Europą i ponoć są tylko dwa miasta leżące na dwóch brzegach rzeki rozgraniczającej Europę i Azję. Co do tego nie ma zgody wśród geografów, bo umownych linii podziału jest bardzo wiele. Miałem kiedyś kumpla mieszkającego w Poznaniu, który przejeżdżając z lewego na prawy brzeg Wisły rozglądał się trwożnie utrzymując, że od tego miejsca jesteśmy już w Azji.

200 km przelatujemy bez specjalnych wrażeń. Dookoła brzydki krajobraz z płaskim stepem "urozmaiconym" instalacjami służącymi wydobyciu ropy. Nie ma o czym pisać. Julian Tuwim na taką okoliczność wymyślił aforyzm:

"Błogosławiony, który nie mając nic do po­wie­dze­nia nie ob­le­ka te­go w słowa."

I tego się trzymajmy :-)

Przerwa na tankowanie - motocykle 92, Krzych cola, ja zimna woda - i dalej w kierunku granicy. Nawierzchnia coraz gorsza. W końcu resztki asfaltu stały się rzadkością i na wierzch wylazło to co oryginalnie było przed, a potem pod asfaltem.

Środkiem, bokiem, poboczem, dróżką polną wzdłuż drogi, byle do przodu. Zawieszenie raz po raz metalicznie puka. Oczywiście puka to eufemizm. Opinia kazachskich motocyklistów o tej trasie jest w pełni uzasadniona. Ale nie mam wyjścia. To jedyna droga. Z uporem ją pokonujemy. Julian Tuwim też coś miał na taką okoliczność:

"To, co u możnych tego świata nazywa się silną wolą, u osłów zwiemy uporem."



Uparliśmy się i dojechaliśmy. Granica kazachsko-rosyjska. Od tego momentu liczymy, że droga się poprawi. Żeby się o tym przekonać trzeba pokonać kilka przeszkód w postaci kolejnych chętnych do oglądania naszych paszportów.

Kazachowie uporali się z nami szybko. Potem kilkunastokilometrowy kawałek do posterunku rosyjskiego. Niewielka kolejka. Na szczęście przed nami granicę pokonuje auto dostawcze z wysoką budą. W jej cieniu kryjemy się przed palącym słońcem. Na rosyjskich pogranicznikach i celnikach robi dobre wrażenie, że gaworzymy z nimi po rosyjsku. Mają kłopoty z odcyfrowaniem dowodów rejestracyjnych. Gdzie nomier? Kakaja marka? Jeszcze tylko próba wciągnięcia w dyskusję o Krymie gdy przepatrzywszy stempelki w moim paszporcie wyczaili, że byłem tam kilka lat temu. W tym momencie tracimy zdolności lingwistyczne. Można jechać. Uff, kolejna granica pokonana.

Do zachodu słońca mamy jeszcze ze dwie godziny. Możemy ulecieć dobry kawałek. Omijamy Astrachań i kierujemy się lewym brzegiem Wołgi w kierunku Wołgogradu. Step ciągnie się i tu, ale w szerokiej dolinie rzeki jest zielono. Kępy drzew wyglądają obiecująco. Będzie gdzie spać.

Stajemy na stacji. Tu też kasjerka podchodzi nieufnie do klientów. Wyraża co mową całego ciała. Widzę, że nie ma żartów. Szybka kalkulacja ile paliwa wejdzie w baki. Płacę z góry. Gdyby okazało się, że przeszacowałem ilość ewentualna nadwyżka powinna wejść w kanistry. Doświadczenie zaprocentowało. Nalaliśmy pod korek i ani kropli więcej :-)

Kolejny punkt programu to zakupy. Skręcam w boczną drogę do wioski. Po 400 metrach znajdujemy niewielki sklepik. W drodze do Biszkeku Krzych wypłacił nieco rubli. Wykombinowaliśmy wtedy przytomnie, że w drodze powrotnej mogą się przydać. Mamy równowartość 50 złociszy co powinno wystarczyć na zakupy spożywcze.

Przed sklepem zagadał do nas starszy grażdanin i coś nam zaczął klarować. Okazało się, że kierował nas do sklepu gdzie można kupić spiryt. Nie mieściło mu się w głowie, że dwóch facetów może chcieć ze sklepu cokolwiek innego.

W sklepiku było wszystko czego nam było trzeba. Woda, kwas, pomidory, chleb, herbatniki, masło i... jak jest po rosyjsku cebula? Krzych przytomnie wyklarował, że potrzebujemy tego przy krojeniu czego się płacze. Ubawiona pani sklepowa zawołała "łuk", powędrowała na zaplecze i przyniosła cebulę :-)

Począwszy od rosyjskiej granicy korzystamy z nawigacji TomTom. Wypatrzyłem, że za 20 kilometrów droga zbliży się do rzeki. To nie będzie Wołga tylko rzeka płynąca równolegle do niej w tej samej dolinie. Tam musi być jakieś miejsce na nocleg. W wypatrzonym zawczasu miejscu odbijamy w gruntową drogę wiodącą do wsi. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do rzeki i wzdłuż wału jeszcze z pół kilometra. Krzych wbił się na wał i wypatrzył za kępą gęstych krzaków dogodne miejsce. Stop.

W czasie kiedy Krzych rozbijał namiot przygotowałem coś na ciepło. To chyba pierwszy posiłek tego dnia. Podsmażona cebulka z tuszonką z puszki, do tego pomidory pokrojone w kostkę, wszystko to wraz z przecierem pomidorowych trafiło do ugotowanego makaronu. Nawet dało się to zjeść. Głód najlepszą przyprawą. Jeszcze po kubku herbaty z kilkoma herbatnikami z marmoladą i z głodnym możemy porozmawiać.

za Astrachaniem

W między czasie zrobiło się ciemno. Krzych szybko znikł w namiocie. Ja wyciągnąłem się w śpiworze na materacu. Padać nie będzie więc nie ma co wyciągać norki. Chciałem chwilę pogapić się w gwiazdy. Czy to mi się udało? Nie wiem. Spało się bardzo smacznie. 

<<dzień 11  dzień 13>>