dzień 16: meta

19 sierpnia (niedziela) 760 km

Do domu ponad 700 kilometrów. Gdyby się przyłożyć mogłoby się udać przelecieć ten dystans w jeden dzień. Sporo zależy od nawierzchni, kolejki na granicy, kondycji junaków i jeźdźców. Wiele zmiennych w tej grze, ale licytować trzeba. Żeby zwiększyć szanse postanowiliśmy wstać o 4 rano. 

Krzych przyznał się, że włożył do talii jeszcze jedną znaczoną kartę dla zwiększenia szans. Nie rozkładał śpiwora tylko spał w pełnym rynsztunku. Ostatnio tak zrobił cztery lata temu w Grecji. Wtedy z obawy przed nieznanym niebezpieczeństwem czającym się w krzakach. Teraz już takich obaw się wyzbył (trochę w tym mojej zasługi, trochę też dorósł), a rezygnacja z komfortu była wykalkulowana na zimno (w przenośni i dosłownie) żeby rano działać sprawnie i szybko.

Wieczorne burze najpierw gdzieś poszły za horyzont, ale nad ranem wróciły. Obudziłem się przed czwartą. Krzych też już nie spał. Zaczęliśmy zwijać biwaczek gdy równo o czwartej lunęło. Kalkulacja Krzycha okazała się trafna, ja natomiast musiałem pakować mokre manele. Nic to, jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli wyschną w domu. Dzięki dopingowi z góry udało się wystartować kwadrans po czwartej.

W bakach mamy sporo paliwa, droga dobra i pusta, deszcz po półgodzinie przeszedł więc jedzie się dobrze. Do świtu sporo czasu. Lecimy do momentu kiedy zacznie brakować paliwa. Po blisko trzech godzinach przechodzimy na rezerwę. Na najbliższej stacji tankowanie i kawa z ekspresu. Przy okazji wymieniam jedną szprychę. To pewnie pokłosie wertepów z Kazachstanu i wczorajszej betonowej drogi. Osłabiona szprycha teraz się poddała.

Krzych odebrał SMS'a od Zibiego. Jest propozycja spotkania w Polsce. Skontaktujemy się z granicy. Miłe :-)

Kijów

Czas na śniadanie. Szukamy romantycznego miejsca.

Co to za hałasy? Coś grzechocze w moim junaku. Łańcuch? Łyżwa napinacza? Inna cholera? Hałas nasila się przy dodawaniu gazu i hamowaniu silnikiem, cichnie gdy motocykl jedzie ze stałą prędkością. Analizując możliwe przyczyny nie zapominam o wypatrywaniu miejscówki na śniadanie. Za kilkanaście kilometrów będzie rzeka i las. Może uda się wykąpać? Niestety brzeg jest niedostępny, a miejsce nad rzeką nie nadaje się na postój. Lecimy. Za kilkaset metrów w lesie skręcamy w boczną drogę i po dalszych kilkuset metrach stajemy na leśnej przecince. Herbata, kanapki, ostatnie gramy marmolady. Słońce dogrzewa, las szumi... relaks.

Należałoby poszukać przyczyny hałasów. Łańcuch napędowy wyciągnięty do granic regulacji. Może to on łomotał? Mam zapas. Czas na jego wykorzystanie. Jak się wieczorem okazało dobrze kombinowałem tylko nie z tym łańcuchem. Na razie zwijamy polową kuchnię i lecimy dalej.

Kijów

Kijów

Droga cały czas dobra. Jesteśmy nieco zmęczeni więc wydaje się, że kilometrów nie ubywa. Na dodatek nad Kowlem (Kowelem?) wiszą ciemne chmury. To kolejne burze. Jest między nimi przerwa. Czy uda się przejechać bez moknięcia? Udało się. Teraz już z górki i wczesnym popołudniem w promieniach upalnego słońca wpadamy na granicę. Kolejka spora. Z pewnością trzeba odczekać tu kilka ładnych godzin. Motocykle mogą pchać się do przodu. Ten sam zwyczaj widocznie panuje na wszystkich przejściach ukraińsko-polskich. Tak było w 2010 i 2013 roku gdy wracałem z Krymu. Ukraińcy załatwiają temat szybko.

Teraz polska strona. Stoimy na placu w pełnym słońcu, a temperatura niewiele odbiega od uzbeckich upałów. Stanowisko kontroli puste. Raz kozie śmierć. Pchamy się w cień pod dach obok budy pograniczników. Naraz wpada funkcjonariuszka i ostrym głosem pyta kto nas tu prosił. Wyjaśniamy, że to zew serca, Ojczyzna wzywa, polska ziemia i wiekowa tradycja. Trochę zgłupiała i odpuściła dochodzenie. Teraz już z górki. Pogranicznik też jest motocyklistą. Pytania skąd, jak długo, jak się spisywały motocykle. W między czasie wypełnił co trzeba i możemy jechać. Jeszcze cło. Tu też luzik. Musieliśmy tylko otworzyć jedną sakwę, bo kamery nadzorują pracę celników. Jesteśmy w kraju :-)

Jeszcze z granicy skontaktowaliśmy się z Zibim. Będzie na nas czekał w Chełmie na wylocie w kierunku Lublina. Palimy wrotki.

meta

Ależ wspaniałe przywitanie w kraju. Zibi SERDECZNE DZIĘKI za to spotkanie. To nic, że w okolicy nie było sklepu żeby kupić chleb i sól na powitanie. Zastąpiły je lody i kawa :-) Potem wspólna trasa na Lublin. Trzy junaki porykują zgodnym basem wydechów. Sam smak :-) Zibi SERDECZNE DZIĘKI!!!! 

Do Warszawy wjeżdżamy ok. 20. Planowałem, że skoczę z Krzychem na Księżyc, a potem na 21:30 na mszę "ostatniej szansy" do Dominikanów na Freta. Jest jednak na tyle wcześnie, że wyrobię się na 20:15 u Dominikanów na Służewiu niedaleko domu. Na wysokości Wilanowa żegnamy się. Krzych leci prosto, a ja odbijam w lewo.

No i ominęła mnie przyjemność spotkania z Kamratkami i Kamratami, którzy zorganizowali suprise party na Księżycu. Wielka szkoda. Gdybym wiedział :-( No, ale wtedy to nie byłaby niespodzianka. 

Powitanie. Agata wystąpiła z bukietem kwiatów.

meta

meta

Krzych nieco niewyraźny. Czy to kwestia zmęczenia czy słabego światła?

meta

Jak podsumować naszą wycieczkę? Na pomoc wołam Juliana Tuwima:

"Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą."

Może się pomylił i miało być drogi? Napisał też:

"Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, kiedy umrzesz."

Dziękujemy wszystkim, którzy śledzili naszą przygodę, dopingowali korespondencją SMS i postami na liście Dzikiego Junaka. Może choć w niewielkim stopniu dostarczyliśmy Wam rozrywki. Gdyby nasze "przygody" stały się dla Was inspiracją bylibyśmy usatysfakcjonowani.

Krzych54 & PiotrC

<<dzień 15