dzień 14: za Kurskiem

17 sierpnia (piątek) 640 km

Rano szybkie śniadanie na chodząco, bo chwila bez ruchu może kosztować życie. Komary czyhają. Nie ma co celebrować śniadania. Trasa czeka. Dziś chcemy dolecieć w okolice granicy z Ukrainą. Na południu ruski kij tkwi w mrowisku i "separatyści" opanowali granicę. Tu ponoć wszystko jest jakby wojny nie było. Pożyjemy zobaczymy.

Droga jak większość tras w Rosji omija wioski tak więc jedzie się bez przeszkód. Nie wiem jak jest w innych rejonach Rosji (spodziewam się, że podobnie), ale tu sieć dróg jest mało rozbudowania. Trasa łącząca duże miasta i odchodzące od niej drogi lub dróżki (w dużej mierze gruntowe) w kierunku wiosek. Tak więc nie można wybierać skrótów. Trzeba lecieć głównymi trasami. Kilometry znikają pod kołami.

Od kilku dni mamy kłopot z odpalaniem Krzychowego junaka. Nieudane próby często kończą się pchaniem. Na biwakach nie było czasu na sprawdzenie przyczyny. Jak już odpalił to szedł bez problemów. Ponieważ do pchania zazwyczaj jestem ja postanowiłem zmierzyć się z tym problemem. Na postoju wyciągnąłem zapasowy iskrownik i zarządziłem wymianę. Krzych początkowo opierał się lecz w końcu wziął się do roboty.

Kursk

Po kilku minutach operacja została zakończona. Krzych bawił się jak dziecko i z rozradowaną miną zapalał i gasił silnik. Za każdym razem uruchomienie następowało "od pierwszego kopa". W dotychczasowym iskrowniku poluźniła się płytka przyspieszacza. Już w domu znajdzie się przyczyna. Oś wirnika regenerowanego przez pana F była zrobiona ze zbyt miękkiego materiału i wyfrezowanie na wpust "poszerzyło" się samodzielnie.

Kursk

Postój regeneracyjny oprócz serwisu iskrownika był okazją do wypicia gorącej herbaty. Wypoczęci popędziliśmy dalej. Za Kurskiem zajechaliśmy do sklepu. Na półce wypatrzyłem ciemny chleb, a w ladzie chłodniczej boczek. To dobra nie widziane od 2 tygodni. Pani sklepowa nie polecała pieczywa mówiąc, że jest wczorajsze, ale zaryzykowaliśmy. Jak się okazało ryzyko opłaciło się. Chleb był wspaniały, a z boczkiem to już zupełnie luks. Zjedliśmy go od razu pod sklepem. Po chwili wstąpiłem po drugi bochenek.

Kursk

Od kilku dni mam kłopoty z wargami. Mimo stosowania kremu i osłaniania szmatą spaliły się na słońcu i wietrze. Na dodatek przyplątała się opryszczka. Wpadłem do apteki. Tłumaczę co i jak mówiąc, że u nas na to jest Zovirax. Pani uśmiechnęła się i położyła na ladzie зовиракс. To takie proste. 

U Krzycha coś znowu puka. Naderwany na wertepach wspornik baku teraz ostatecznie się poddał. Powędrował do kufra, a bak nasadzony został na ramę wokół której okręcona została szmata. Na tym prowizorycznym mocowaniu dojechał do domu. Stuki ustały.

Kursk

Słońce zbliża się do horyzontu. Za pół godziny zacznie się ściemniać. Czas na biwak. Od szosy odchodzi droga polna, a wzdłuż niej podwójny szpaler drzew. Dobra nasza. Tam powinno być sympatyczne miejsce na nocleg. Odbijamy kilkaset metrów w bok i wśród drzew wypatrujemy polankę. Miejsce osłonięte przed ciekawskimi spojrzeniami gęstymi krzakami z widokiem na bezkresne pola. Jedyny mankament to kilka kombajnów. Ale równo z zapadnięciem zmroku kombajny zwinęły się i zapanowała cisza. Teraz można przyznać naszemu biwaczkowi 5 gwiazdek.

Jajecznica na boczku ze szczypiorkiem i pomidorami, do tego ciemny chleb z masłem. Pycha.

Krzych jak zazwyczaj szybko wskoczył do śpiwora. Tym razem przezornie od razu rozstawił sypialnię od namiotu pełniącą rolę moskitiery. Ja jakiś czas gapiłem się w niebo i odległe światła wiosek. Norki nie rozstawiałem. Komary poszły spać. Ja też.


<<dzień 13  dzień 15>>