dzień 15: za Kijowem

18 sierpnia (sobota) 510 km

Wycieczka motocyklowa to nie wczasy. Trzeba wstawać rano. Za to jaki wspaniały widok roztacza się z naszego apartamentu.

Kijów

Widok na naszą kuchnię. Przygotowuję kanapki na śniadanie. Na pierwszym planie herbatniki i marmolada - stały element naszego menu. Pudełko marmolady Krzych wiózł z Polski. Służyła nam przez cały czas. To był strzał w dziesiątkę. Na zmęczenie, na głód, na poprawę humoru, do herbatki wieczorem, na postoju lub rano nie ma jak herbatnik z marmoladą :-)

Kursk

Kijów

Kijów

Plan na dziś to minimum 500 km. Po śniadaniu sprawnie zwijamy manele i w drogę. Do granicy kilkadziesiąt kilometrów. Niepokój narasta. Jeszcze tylko tankowanie. Trochę "na wsiakij pażarnyj słuczaj", a trochę z oszczędności. Paliwo w Rosji jest na nasze po 2,50 a na Ukrainie po 4,50.

Żegnamy zabytkowe oblicza tutejszej motoryzacji. W dużych miastach królują nowoczesne wypasione fury, ale pomiędzy nimi przemykają się takie sympatyczne maszyny. Na prowincji stanowią większość. Mniej sympatyczny jest ciężki tabor. Kamazy i Ziły to podstawa transportu ciężarowego. Niby część z nich jest nowa, a modele są odświeżone, ale to zmiany kosmetyczne. Chrapliwy gang silnika, kłęby dymu z rury o średnicy rynny, pordzewiała buda, spocony szofer w nieklimatyzowanej kabinie to norma. Ale by się dziwowali na zachodzie Europy na widok takiego monstrum.

Kijów

O dziwo granice przeszły bez przygód. Tylko ukraiński pogranicznik interesował się czy mamy noże. Ciekawiło go jeszcze czy wieziemy radiostację lub wodoodporny telefon. Po wysłuchaniu odpowiedzi 3xNie stracił zainteresowanie i byliśmy wolni. Granicę przekraczaliśmy na niewielkim przejściu o znaczeniu lokalnym, stąd pewnie minimalny ruch i brak kolejki.

Boczne przejście to również boczna droga. Przyszło nam zmierzyć się ze 120 kilomeeeeeeEeeEeeeeeetroooOowym odcinkiem drogi o nawierzchni betonowej. Tu można byłoby uczyć na wiernym modelu o co chodzi w formowaniu się kontynentów i powstawaniu łańcuchów górskich. Betonowe płyty napierają na siebie, a na granicy wypiętrzają się Himalaje. Oprócz rytmicznego podskakiwania na łączeniach płyt co jakiś czas motocykl wybijany jest w powietrze na kolejnym paśmie górskim. Efektem takiej jazdy są kolejne pęknięte szprychy. Uzupełniamy je na krótkich postojach i dalej naprzód. 

Kijów.

Kijów

Nareszcie Kijów. Od tego miejsca wkraczamy na drogę krajową. Nawierzchnia poprawia się i poprawiają się humory. Ale jak to w życiu, jak coś się poprawia to co innego się pogarsza. Tym razem padło na światło w junaku Krzycha. Od jakiegoś czasu miało humory i narowy. Teraz zupełnie zbladło. Stajemy pod marketem. Ja idę na polowanie, Krzych walczy z prądem. Wracam z torbami pełnymi dobrych rzeczy (boczek, jaja, musztarda, masło, chleb, pomidory, cebula, szczypior, kwas, woda) i zastaję Krzycha cedzącego przez zęby panieńskie nazwisko matki (Kuźma jej było z domu) z akcentem na gardłowo artykułowane "ź". To nie jest milutki i zrelaksowany Krzyś. To wściekły Pazura. Jakoś udało mi się go udobruchać obietnicą, że zakończymy trasę przed zmierzchem (trochę go oszukiwałem). Ruszamy.

Trzeba pocisnąć, bo jesteśmy na terenie podmiejskich miasteczek i osiedli, gdzie szanse na znalezienie biwaku nie są duże. TomTom pokazuje, że do lasów i pól mamy 30-50 kilometrów. Tymczasem do zmroku zostało pół godziny.

Miasteczka się skończyły, zaczęły się pola i lasy. Ten po lewej wygląda obiecująco. Starodrzew sosnowy. Słońce zaszło. Zmrok. Jest boczna droga. Po kilometrze odbija od niej leśna dróżka. Jeszcze kałuża zagradza drogę. Walę środkiem. Krzych trzyma się dzielnie za mną nie za bardzo mając wybór, bo świecę tylko ja. Robi się jaśniej. To skraj polany. Stop.

Zaczynam od przygotowania ciepłego posiłku. Tym razem w tej roli jajecznica na boczku i cebuli z pomidorami i szczypiorkiem. Krzych zajmuje się motocyklem. I tu następuje hit kolejki. Z kufra wyciąga alternator!!! Targał taki ciężar tyle kilometrów. Z ciemności dochodzi do mnie cedzone przez zęby panieńskie nazwisko matki (Kuźma jej było z domu) z akcentem na gardłowo artykułowane "ź".

Krzychu jajecznica. Już, już tylko podepnę. Stygnie. Zaraz, zaraz tylko dokręcę. Zaraz to ona będzie zimna. Moment, tylko odpalę i sprawdzę. Ciszę leśną i mrok rozrywa ryk silnika, snop światła i triumfalny okrzyk Krzycha. Teraz jest czas na jajecznicę.

Od wschodu coraz bliższe błyski i odgłosy burzy. Dojdzie, nie dojdzie? Jutro pobudkę zarządzamy o czwartej. Może dolecimy do domu? Spać.


<<dzień 14  dzień 16>>