do ojca Mateusza

Ani się obejrzeliśmy, a nadeszła prawdziwa jesień. Jeszcze w ostatni weekend października na dorocznym biwaku "Zimny Chów" zamiast zimna ciepłe noce, jeszcze 1 listopada ze słońcem i temperaturą tak wysoką, że eleganckie warszawianki odwiedzające cmentarz na Brudnie musiały nieść w rękach swoje futra, jeszcze przedłużone święto 11 listopada z iście letnią temperaturą, ale tuż po nim przyroda przypomniała sobie o jesieni.

Po południu we wtorek 13 listopada ruszyłem w delegację do miasta ojca Mateusza Sandomierza. Swoją drogą ten serial to niezwykła promocja miasta. Moja żoneczka pracująca "w reklamie" była kiedyś na spotkaniu organizowanym przez TVP dla potencjalnych reklamodawców. Brał w nim udział prominentny członek władz samorządowych, który przedstawił wpływ serialu na rozwój turystyki. Kilkanaście lat temu w Sandomierzu było ok. 200 miejsc noclegowych, teraz jest ich blisko 3000 i w sezonie wakacyjnym praktycznie mają pełne obłożenie. Jednak o tej porze roku ze znalezieniem noclegu nie ma problemu :-)

200 km to mniej więcej 3,5 godziny jazdy licząc jedną kawkę po drodze dla rozgrzewki. Gdy jest ciepło taki dystans pokonuje się bez międzylądowania. Jednak przy 4-5 stopniach i lekkim deszczyku (na szczęście przed Kozienicami skończył się) temperatura odczuwalna może dać się we znaki. Pojedyncze krople pukają w kask, lekka mgiełka podnoszona przez samochody osadza się na szybie, zimny podmuch dostał się gdzieś pomiędzy mankietem rękawicy a rękawem kurtki. Brrrrr. Po godzinie zrobiło się szaro, a po dalszych kilkunastu minutach zapadł zmrok. Góra Kalwaria, Magnuszew, Kozienice... Stop. Czerwone logo z dziobatą głową przybraną w Stahlhelm (jakoś logo sympatycznego skądinąd Orlenu kojarzy mi się z nakryciem głowy Wehrmachtu) to obietnica ciepłej kawy (szkoda, że nigdy nie bywa gorąca) i chwili w ciepłym wnętrzu. Chwila przemiłej rozmowy z pracownikiem stacji i kilkoma kierowcami. Na grzbiet wciągam kutkę przeciwdeszczową. Teraz chwila emocji. Dookoła mała grupka kibiców. "Zapali od pierwszego?" Zapalił :-)

Melduję się w pensjonacie "Zielone Wzgórza". Właściciel jest motocyklistą. Chwila rozmowy o wakacjach. Teraz czas na doprowadzenie temperatury organizmu do satysfakcjonujących 36,6 stopni. Właściwie to większość elementów taką temperaturę ma. Brak jej w dłoniach i stopach. Kilka minut pod ciepłym prysznicem poparte gorącą herbatą robią swoje. Teraz można ruszyć na krótki spacer. Moje locum jest tuż obok rynku. Ładnie tu.

Środa i czwartek praca. Tu też akcent motocyklowy. Jeden z tutejszych "dużych misiów" śmiga motocyklem i chwilę gaworzymy nad wyborem pomiędzy GS 1200, a Super Tenere. Co jest lepsze?

We czwartek o 15:15 start w drogę powrotną. 3 stopnie, lekki deszcz i wiatr. Nie ma co się wygłupiać - od razu wciągam kurtkę przeciwdeszczową. A spodnie i rękawice? Co? To dobre dla dziewczynek, prawdziwi motocykliści obywają się bez takich zabezpieczeń. Wytrzymałem do Kozienic. Może jechałbym dalej, ale skończyło się paliwo. Tankowanie, kawka, hot-dog słowem full serwis. Z sakwy wyciągam zlekceważone przy starcie spodnie i łapawice. No tak to można jechać. Cieplutko, deszcz przeszedł, ruch niewielki. Powrót zajął 3,5 godziny. W domu wita mnie syn i piszczący ze szczęścia pies. Tak się łasił (pies), że po zmianie stroju na cywilny ruszam z nim na spacer. Po powrocie jemy wspólnie z psiną kolację (dla mnie to właściwie jednocześnie drugie śniadanie i obiad). On mimo chłodu pije zimną wodę, ja wolę gorącą herbatę z mlekiem. Trzeba się rozgrzać. Nadeszła jesień.