nieudana wyprawa do Włoch

W początkach maja wybierałem się z żoną na rekolekcje do Rzymu. Ponadto od wielu miesięcy planuję odwiedzenie terenów bitwy o masyw Monte Cassino, w której brali udział żołnierze z USA, Wielkiej Brytanii, Indii, Nepalu, Maroka, Algierii, Francji, Nowej Zelandii, Kanady i oczywiście Polacy, którym udało się zatknąć polską flagę na ruinach klasztoru. Walczył tam mój wujek, który był w Pułku Artylerii Lekkiej 3 Dywizji Strzelców Karpackich (nr ewidencyjny 1916/33), został odznaczony Krzyżem Walecznych, był ranny i do końca życia zachwycał nas młodych dziurą w czole zatkaną podobno platynową płytką. Góry, zima, wiosna, lato, mróz, upały, deszcz, błota, brak wody, ciągły ogień niemiecki, brak rozpoznania, pozycje atakujących oddalone o kilkadziesiąt metrów od bunkrów, ukrywanie się przez całe dnie, wokoło fragmenty lub całe ciała poprzedników, lęk, postawy heroiczne... przełamanie niemieckiej obrony kosztowało życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi, a kilkaset tysięcy zostało rannych. To co się tam działo jest zupełnie nie do wyobrażenia. Chciałbym tam połazić, pomyszkować i choć w minimalnym stopniu zobaczyć i zrozumieć jak to wyglądało.

Pomyślałem, że można połączyć tę wyprawę z pasją motocyklową. Z Warszawy tylko skok do Rzymu, potem tylko skok do Cassino, dalej tylko skok do Bari, prom do Grecji, Rumunia, Bułgaria, Węgry... słowem rekonesans przed wyprawą wokół Morza Czarnego.

  • po drodze wszystkie kraje mniej lub bardziej europejskie i wszystkie bez wiz i jakiś eksta ubezpieczeń
  • przeprawa promowa Bari (Włochy) - Igoumenitsa (Grecja) to koszt około 55 EUR (pokład plus motocykl). Prom odpływa o 19:00 i przybija następnego dnia o 8:30
  • długość trasy około 5000 km
Takie były plany. Życie je zweryfikowało. Najpierw choroba piękniejszej połówki, a potem... technika. Myślę, że gdzieś wyżej coś wiedziano o jakimś niebezpieczeństwie i wszelkimi sposobami mnie odwodzono.

Jednak początek był niezwykle przyjemny i nic nie zapowiadało technicznych przygód.

start

Mina bojowa :-)

start - jezdziec

Piękna nasza Polska.

gdzies w Polsce

Po przejechaniu 500km, już w Czechach, z silnika zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki. Jednak niczego nie sprawdzałem ze względu na niesprzyjające warunki (ciemna noc) i dojechałem do noclegu w Breclav. Z Warszawy wyszło 650km biorąc pod uwagę jedną pomyłkę i jeden mega objazd.

Raniutko sprawdzanie co i jak. Obstawiałem łańcuch sprzęgla lub jego napinacz. Oba typy nie potwierdziły się. Ponieważ "nieco" upaprałem olejem kostkę przed pensjonatem postanowiłem sprawdzanie "lewej strony" wykonać gdzieś na uboczu. Znalazłem piękne pole rzepaku, boczną polną drogę, cień drzew... Czego chcieć więcej?

naprawa w polu

Okazało się, że tuleja w deklu zaworowym się wysunęła, czop wału nie był podparty, na dodatek ukruszył się ząb w kole podwójnym. Słowem coś się dzieje. Tylko co? Tuleję wbiłem, zapunktowałem, kapę uszczelniłem izolacją i plastrem opatrunkowym i wydawało się, że da radę kontynuować podróż.

wysunieta tuleja

tuleja na miejscu

Już w Austrii doszedł z silnika kolejny zgrzyt (prawdopodobnie kolejny ząb) plus wizg piłowanego metalu i zgrzyt kół zębatych. Tego było już za wiele na moje skołatane nerwy. Szybka ocena sytuacji i decyzja o powrocie. Junak dał radę dowieźć mnie do domu. Tak szybko na dłuższym odcinku nigdy nie jechałem. Przy 90-95km/h znane i miłe dla ucha odgłosy z silnika zagłuszały te dodatkowe atrakcje akustyczne :-)

Nazajutrz specjanie powołana komisja pod przewodnictwem Krzysztofa54 i z udziałem Kalosa stwierdziła, że tym razem nie był to błąd pilota, co jest ostatnio dość polularnym tłumaczeniem niezbadanych zjawisk, tylko swój żywot zakończyło lewe łożysko wału. Co było praprzyczyną tego nie wiadomo. Teraz wał pójdzie do sprawdzenia i centrowania, łożyska i wyszczerbione koło podwójne się wymieni i świat znowu stanie otworem :-)

Z ambitnych planów wyszła miła, lecz nie za długa (1350km), dwudniowa wycieczka z atrakcjami:

trasa przerwanej wyprawy