po linii z linką

Po pracy muszę pojechać do Piaseczna do lekarza. Z Ursusa raptem 28 km, z czego 20 ekspresówką, ale za to ostatnie 8 to przeciskanie się przez niekończący się sznur aut. Jak zawsze planowane wyjście opóźnia się. Jeszcze to, jeszcze tamto, jakiś mail, telefon... i zamiast zakładanych 45 minut zostaje pół godziny. W kwadrans uporałem się z dłuższym, ale łatwiejszym kawałkiem. Na ośmiokilometrowy korek zostało 15 minut. Czas sprawdzam zaglądając do mijanego auta. Kierowca uśmiecha się życzliwie i robi mi nieco miejsca.

Trzy pasy pełne aut, długa prosta, rząd świateł aż po horyzont. Niektórzy kierowcy nerwowo zmieniają pas ruchu, inni jadą kołami po linii rozgraniczającej pasy ruchu. Trzeba uważać i poruszać się slalomem. Częste zmiany biegów. Co to? Klamka sprzęgła łapie coraz większy luz i zdaje się być jakby "miękka". To niechybny znak, że linka kończy się. Do celu jeszcze 5 kilometrów. Wytrzyma? Nie wytrzymała. Na szczęście zostałem na drugim biegu co pozwala w miarę bezproblemowo przecisnąć się na prawe pobocze.

Wizyta zaczyna się za 10 minut. Jeżeli uwinę się w 3-4 minuty mam szansę. Na pełny serwis polegający na wymianie linki brak czasu. W piórniku mam tulejkę do tymczasowej naprawy linki. Kombinerkami wyrównuję rozczapierzoną końcówkę, teraz tulejka, dokręcenie, zmiana długości linki za pomocą śruby regulacyjnej, upchnięcie doraźnie naprawionej końcówki w klamce, drobna poprawka napięcia linki, pakowanie narzędzi, kask na głowę, rękawice, kop i jedziemy. Włączenie się do ruchu wymaga wepchnięcia się pomiędzy auta. Wciskam się przed policję. Akurat teraz ich tu przygnało. Nawet nie zdążyłem rzucić okiem na zegarek.

Przy biurku rejestracji melduję się 2 minuty po wyznaczonym terminie. Lekarz jeszcze nie skończył z poprzednim pacjentem. Uff jeszcze raz się udało.


tulejka