docieranie do Redy

W połowie marca, czyli przed zasadniczą częścią sezonu, postanowiłem sprawdzić stan wału. Jesienią wymieniając pierścienie poszarpałem korbą i stwierdziłem, że znacznie "kiwa się" na boki. Jak się kiwa to znaczy, że pojawił się luz na łożysku korby, a jak się pojawił to sam nie zniknie. Umówiłem się z JackiemT  na szybką weryfikację. Któregoś wieczora podjechałem do Osiecka.

Jacuś przygotowywał partię cewek więc tylko otworzył halę, włączył światło i życzył udanego rozbierania głowicy i cylindra. Po kwadransie powędrowałem do mistrza Jacka. Spytał się czy ma pomóc w rozbiórce. Chyba zrobiłem na nim wrażenie (mam nadzieję, że dobre) gdy oznajmiłem, że już wszystko jest na wierzchu. Wspólnie oceniliśmy wał. Diagnoza była jednoznaczna - należy się regeneracja. Przy okazji warto zająć się też cylindrem. Zarówno wał jak i cylinder służyły wiernie przez 55.000km.

W sobotę wyszarpałem silnik z ramy i po drobnych czterech godzinkach intensywnych ćwiczeń zamienił się w kupkę części. Teraz nastąpił hit kolejki - rekord Guinessa jeżeli chodzi o szybkość działania. W środowy wieczór zawitałem po raz wtóry do Osiecka, tym razem z gratami do regeneracji. Kilka wprawnych ruchów prasą i wał został rozebrany. Czop i bieżnia w korbie (robota Jacka) nie wykazywały jakichkolwiek śladów zużycia. Zużyły się rolki SKF. Ubyło im 4,5 setki, co na obie strony dawało luz około jednej dychy. Niemało. Gdyby nie konstrukcja łożyska z koszyczkiem pewnie już jakiś czas temu wał stanąłby. Zmiana rolek, prasa, centrownik, prasa, centrownik i po kilku kolejnych próbach bicie w granicach 0,01mm. Minęły dwie godziny (trochę w między czasie gaworzyliśmy więc praca nie szła tak szybko jak powinna) i wał gotowy. Teraz kolej na cylinder. Tu najdłużej trwa ustawianie. Wytoczenie i honowanie to już kilkanaście minut. Jeszcze tłok (Almot), pierścienie i po trzech godzinach mam w aucie komplet części do montażu.

W kolejną sobotę wczesnym popołudniem zabrałem się do składania. Wał zamknięty w karterach. Czas na skrzynię biegów. Ostatnio zdarzało się, że biegi wyskakiwały, a czasami występował problem z włączeniem czwórki. Trzeba dobrze wydystansować skrzynię. Docinam 3 uszczelki o grubości 0,3 0,4 i 0,5 mm. Wstępny montaż na najgrubszej. Pomiary. Troszkę za duży luz. Teraz 0,4 i to jest to. Tłok, cylinder, zlikwidowanie konfliktu tłok - głowica. Rozrząd, pompa, sprzęgło, zamknięcie kap. Gotowe. Silnik trafia w ramę. Jeszcze podkładki klinujące blok na sztywno, szpilki, gaźnik, dynamo, przykręcenie głowicy do ramy, wydech. Teraz łańcuch. Zębatkę tylną zakułem na samym początku żeby mieć to z głowy - to oraz czyszczenie filtra powietrza to dwie prace, które lubię najmniej. Iskrownik, ustawienie zapłonu, bak, wężyk paliwa, zatapiacz i... pierwsza nieśmiała próba odpalenia. Zagadał za pierwszym razem :-)  Dobrze po północy docieram do garażu.

W niedzielę urodziny Langusty. Kurs na Radość i Falenicę. Po imprezie droga na Księżyc. W tym dniu uskładało się pierwszych 100km. W poniedziałek muszę dotrzeć do Redy. Dotrzeć w rozumieniu przebycia drogi jak i dotarcia silnika. Minimum 500km trzeba ostrożniutko, potem coraz śmielej. Startuję o 15. Warunki do docierania (silnika) idealne. 3 stopnie, lekki deszczyk, wieczorem mgły. Ideał :-)

Do Grudziądza staram się nie przekraczać 70km/h. To pierwszych 350km docierania. Minąwszy Grudziądz lekko odkręcam. Kontroluje prędkość tak żeby nie przekraczać 75km/h. Bez problemów docieram do Redy. Ja dotarłem i silnik jest wstępnie dotarty.

Nazajutrz powrót. Temperatura jeszcze lepsza. Wieczorem nie przekracza 1 stopnia, a przed Warszawą spada do zera. Po drodze muszę zająć się olejem. Powinno sie go wymienić po 200-300km. Wczoraj było to omal niemożliwe. Lekko przeciągnąłem zalecany dystans.

Zatrzymuję się w warsztacie samochodowym przed Kościerzyną. Pukam i pytam czy przygarnęliby na chwilę pod dach samotnego jeźdźca. Spuszczam olej rozmawiając w między czasie z szefem o motocyklach, wyprawach, naprawach. Jeszcze nie skończyliśmy połowy tematów, a olej spuszczony, filtry oczyszczone i zamontowane. Szef polecił pracownikowi wyszukanie oleju. W beczkach mieli syntetyk i półsyntetyk. Mineralny słabo schodzi, ale na półce znalazła się jedna pięciolitrowa bańka. Odlewam dwa litry. Wycieram ręce i wędruję do szefa w celu rozliczenia "usługi". I tu drugi hit kolejki. Mimo, że to Kaszub (*) kiwa ręką i nie chce ani grosza. Mimo chłodu na dworze robi się ciepła atmosfera.

Do domu docieram koło północy. Na liczniku przybył kolejny tysiąc kilometrów. Jeszcze jedna wymiana oleju i silnik uznaję za dotarty.


(*) Mam w Wejherowie znajomego motocyklistę. Peliks jest Kaszubem z dziada pradziada i zna swoich bardzo dobrze. To on opowiadał o Kaszubach, że to naród twardy, charakterny, nieco nieufny względem obcych i twardo liczący grosz. Tu część z tych cech nie potwierdziła się.