docieranie do Pniew

Kolejna delegacja i kolejna przygoda. Właśnie zacząłem docierać Junaka. Tym razem to nie mój motocykl tylko przygotowywany na zlecenie. Zanim trafi do właściciela chcę żeby przejechał minimum 1000 km. W tym czasie silnik się dotrze, a ewentualne usterki powinny się ujawnić. W Warszawie i okolicach przejechałem nim około 300 km - teraz czas ruszyć w pierwszą trasę. Tym razem życie zawodowe wiedzie mnie do Pniew - z Warszawy 360 km. Stamtąd do właściciela (pamiętacie jak pisałem o Panu R?) raptem 50 km. Powrót do Warszawy 375 km. Razem da to już zakładany przebieg. 

Pniewy

Tak wyglądał motocykl zimą 2018 roku. Siedzę i dumam ile pracy trzeba będzie w niego włożyć i ile niespodzianek mnie po drodze czeka.

Pniewy

Tak wygląda wiosną 2019 roku (na objeżdżenie czekał od późnej jesieni). Siedzę i dumam czy wszystko zrobiłem jak trzeba.

Pniewy

Tuż przed startem w dziewiczą podróż kolega zaproponował małą sesję zdjęciową. Pawle wielkie dzięki - będę miał piękną pamiątkę gdy motocykl trafi do rąk właściciela.

Z Warszawy ruszam o osiemnastej. Ponieważ silnik jest na dotarciu nie będę przekraczał 70 km/h. Szybka kalkulacja i już wiem - do celu powinienem dotrzeć około pierwszej w nocy. Oczywiście jeżeli żadne techniczne problemy nie staną na przeszkodzie. Wybieram starą trasę na Poznań. Od czasu otwarcia A2 ruch tu jest bardzo mały. Sochaczew, Łowicz, Kutno, Konin - dobra droga, pusto. Jedyny problem to ta prędkość. Można zasnąć. Temperatura idealna do docierania. Jęzor arktycznego powietrza przyniósł "miły" chłodek. Na kilku mijanych wyświetlaczach widzę + 3 st.C 

Tuż przed Kłodawą wbijam na Orlen. Junakowi należy się paliwo i kontrola poziomu oleju, a mnie gorąca kawa. Wszystko w normie. Oleju dokładnie tyle ile wlałem, kawa dokładnie taka jakiej się spodziewałem. Kwadrans wystarczył by się zagrzać. Można ruszać. Stacja jest po lewej stronie drogi. Na wyjeździe jak byk stoi wyraźny znak nakazujący jazdę w prawo czyli w kierunku odwrotnym do mojego celu. Przy drodze nie ma zabudowań ani drzew, długie proste w każdą stronę, kompletna pustka, nie widać świateł ani jednego auta. Chwila wahania i ignoruję znak oraz linię ciągłą skręcając w lewo. Dwójka, trójka, czwórka, na liczniku 70 km/h. Powoli wsłuchując się w pufanie silnika zapadam w błogi stan towarzyszący spokojnej jeździe. Naraz widzę refleksy niebieskich migających świateł. Odbijam na prawy skraj żeby przepuścić pojazd uprzywilejowany. Dogania i zrównuje się ze mną policyjne auto. Przez uchylone okno miga przyjaźnie czerwona latarka w rękach uśmiechniętej pani władzy. Przyjaznym gestem wskazuje na pobocze. Kobietom się nie odmawia, a zwłaszcza gdy są na służbie.

Pisałem, że nie było widać świateł ani jednego auta? To była prawda. To musiało stać z wyłączonymi światłami polując w mroku na takich jak ja. Zresztą przyznali się do tego niecnego procederu. To jakby myśliwy poszedł polować do zoo. Moim zdaniem niezbyt honorowy sport, ale skuteczny. I tak upolowali kolejnego jelenia czy też łosia. 250 zł i 5 punktów.

Ponieważ z policją mam do czynienia stosunkowo rzadko za każdym razem nie mogę się nadziwić ile oni o kierowcach wiedzą patrząc w smatrfona. Kiedyś to panie nie do pomyślenia było. Teraz spostrzegli, że punktów karnych nie miałem, ostatni mandat za prędkość dostałem w 2018 roku, a poprzedni w 2016. Zapytali czy miałem kiedyś kontakt z policją. Odrzekłem, że i owszem, wszak mandaty właśnie od policji dostałem. Nie o to jednak chodziło. Drążyli temat dalej. Trzeba przyznać, że w przyjacielskiej atmosferze. Więc otworzyłem się i wspomniałem, że inne formy kontaktów z policją też nie są mi obce. Jacek "policjant" z Sochaczewa i Murzyn z Iławy to policjanci z krwi i kości, a ja z nimi siadywałem przy ognisku. Jednak i nie o takie kontakty im chodziło. Ki czort? A czy miał Pan robioną daktyloskopię? Ludzie, wszystko o mnie wiedzą. Dobrze, że żoneczka nie pracuje w policji.

Na zakończenie naciągnąłem panią władzę na opowieści z życia rodzinnego. Jej mąż ma motocykl, a ona zajęta pracą, domem i dziećmi nie ma czasu na wspólne śmiganie. Serdecznie ją namawiałem żeby od czasu do czasu dała się namówić na wspólne przejażdżki. Jeszcze ostatnie uśmiechy, machanie na do widzenia i poleciałem dalej ciesząc się, że tacy przebiegli i dokładni sprawdzili dokumenty, ubezpieczenie, przegląd, czy mam na nosie okulary, a nie sprawdzili tego co ja wiem i po co inni mają wiedzieć :-)

Bak zalany do pełna wystarczy aż do celu. Mijam Poznań. Jeszcze 60 kilometrów i cel. Strój budowlany od Błażusiaka nie pozwolił mi zamarznąć, ale jednak nie dał takiego komfortu aby pozwolił mi zasnąć. Słowem balans ciepła i zimna jak należy.

Nazajutrz cały dzień w pracy. Około trzeciej ruszam odwiedzić Pana R. Uprzedziłem go o wizycie nie wspominając o środku transportu :-) Liczę na miłą niespodziankę. Po drodze staję we Wronkach na stacji Huzar. Wyciągam czyściutką szmatę przygotowaną specjalnie na tę okazję i przecieram z pyłu karoserię i chromy. Chcę żeby motocykl prezentował się jak najlepiej. Przy okazji przecierania wydechu czuję, że ten niewątpliwie piękny wyrób Hartmana zaczyna swoją stałą śpiewkę. Jeszcze chwila i rozebrałby się bezwstydnik tak jak to sugeruje jego nazwa. Przypomina mi się tekst z Albanii: "Rozbieralne tłumiki Hartmana są do dupy!!!". Po tamtej podróży napisałem do producenta wskazując na niedociągnięcia konstrukcji. Mail nawet przeczytał, ale na tym poprzestał. To się po prostu nie może nie rozkręcać. Na dodatek gdy się rozkręci, a rozkręcić się musi, trzeba mieć klucz sztorcowy 13 z długą przedłużką. Inaczej ani rusz. Kto z Was wozi 13'tkę z dłuuuugą przedłużką?

Na szczęście stacja Huzar połączona jest ze stacją kontroli pojazdów. Tam muszą mieć potrzebne narzędzie. Idę do kantorku. Pan na stacji minę ma taką jakbym mu matkę i córkę zamordował. Zanim wyłuszczyłem swoją prośbę groźnie spytał:
Co Pan tam robi?
Naprawiam motocykl. Wie Pan, to taki stary sprzęt, a na dodatek tuż po remoncie i ... 
Tu nie wolno naprawiać pojazdów.
Przepraszam bardzo, nie wiedziałem, zazwyczaj na parkingu przy stacjach to nie jest zakazane.
Trzeba się było spytać. Czy nie zanieczyścił Pan terenu?
Skądże, kostka czyściutka, może Pan sprawdzić. Papierków nie rzucam. Czy mógłby Pan pożyczyć mi klucz?

Z miną kwaśną jak u kierownika octowni ruszył tyłek i poczłapał na zaplecze. Ja za nim z tłumikiem w rękach. Ale się ucieszyłem. Stół warsztatowy, imadło, komplet kluczy. Teraz to już nie zginę.

Bierz Pan klucz i idź Pan naprawiać przed stację.

Trudno, nie każdy może być tak miły jak wczorajsi policjanci. Ten musiał chyba mieć przodków w gestapo albo NKWD. Za chwilę upewniłem się w tym przypuszczeniu. Ale po kolei.

Pracowaliście kiedyś musząc przykładać znaczny moment do śrub trzymając omykające się klucze w szeroko rozstawionych rękach? Jak sobie kupicie rozbieralny tłumik to być może zrozumiecie o czym piszę. Nakrętki odkręciły się same, ale tylko na tyle żeby trzy elementy poluźniły się. Całkiem odkręcić się nie bardzo chciały. Jedna zabrała gwint ze sobą. Na jej miejsce nie sposób było nakręcić nowej nakrętki. Może spytać pana o brzeszczot? Nie, to zły pomysł. Może brzeszczotu nie dać, a jeszcze klucz zabierze. Mam w narzędziach iglak. Przeciąć się nim śruby nie da, ale można ją opiłować w kształt stożka tam gdzie gwint jest zniszczony. Uff udało się. Teraz skręcanie.

W między czasie słyszałem rozmowę przemiłego pana, podejrzewanego przeze mnie o związki z tajną policją, z klientką, która przyjechała na przegląd:
(ponury głos) Co ten samochód taki brudny?
Wie Pan, stoi na dworze. (głos uniżony)
(warknięcie) To mi nie wygląda na brud z dworu.

Jakbym mieszkał we Wronkach (oczywiście na wolności, a nie w słynnym kiciu) to w życiu bym na przegląd do tego typa z Huzara nie podjechał. Poznań, Gorzów, nawet Szczecin byle nie Huzar. 

Półtorej godziny i tłumik znowu stanowi całość. A wystarczyłby kawałek przyspawanej blaszki. Tylko trzeba wysłuchać doświadczeń klientów. Jedna blaszka.

Pniewy

Telefon do właściciela:
Co tam Pietrucha? Gdzie jesteś?
Niedaleko. Jesteś w firmie? Będę za pół godziny.

Myślę, że zrobiłem małą niespodziankę. Pan R nie spodziewał się mnie na swoim motocyklu. Liczę, że spodobał mu się w nowej postaci. Jak zawsze zostałem ugoszczony. Pierogi palce lizać. Na drogę dostałem bochen pysznego chleba wypieczonego w piekarni gospodarza. Trzy godziny upłynęły jak z bicza strzelił. Czas się żegnać. Niedługo zawitam tu znowu. Wtedy Junak będzie miał jeszcze kosz. Radek, nasz zaprzyjaźniony Canaletto niebawem bierze się za jego malowanie.

Powrót drogami wojewódzkimi. Wybrałem takie, których jeszcze nie przejechałem. Nie będę się nudził. Szkoda tylko, że noc nie pozwala na podziwianie widoków. Okolica jest wszak bardzo malownicza. Zanurzając się w kompletną ciemność długich fragmentów trasy wiodącej przez pola i lasy, z dala od siedzib ludzkich miałem  lekki dreszczyk emocji. Czy aby na pewno mogę zaufać motocyklowi i swojej pracy? Jak się okazało mogłem.

Trasę sprawdziłem na telefonie i zapamiętałem kolejne numery dróg 182, w lewo w 178, w prawo w 182, po prostej 183. Przejście ze 182 na 183 minąłem. Po chwili zorientowałem się, że popełniłem błąd. Stop. Zdjąć rękawice, wygrzebać telefon, włączyć mapę... tak to ostatnio mijane skrzyżowanie. Trzeba zawrócić. Jeszcze schować telefon, rękawice wciągnąć pod mankiet kurtki tak żeby mroźny powiew nie wpadł do rękawa. Jedziemy. Po 4-5 minutach znowu jestem na skrzyżowaniu. Na środku osobówka. Tył i kabina do przedniej szyby w miarę całe. Szyby i silnika brak. 20 metrów od skrzyżowania leży na boku dostawczak. Tu też znaczne braki. Przez okno pasażera wyczołguje się zakrwawiona postać. Kierowca już chyba nie wyjdzie. Ponieważ zatrzymały się już 3 auta i widzę, że udzielają pomocy i wzywają służby uznaję, że mogę jechać. Gdybym tak szybciej wkładał rękawiczki i był tu 2 minuty wcześniej... strach myśleć.

O wpół do drugiej tuż za Włocławkiem wbijam do hotelu. Pierwszy raz odpuściłem i nie dociągnąłem do domu. Jednak perspektywa kolejnych trzech godzin w siodle w temperaturze -1 st.C nieco ostudziła mój zapał.

Kilka godzin w ciepłym łóżku i rano pełen nowych sił i energii wsiadłem na motor. Bez przygód dotarłem do domu i dotarłem silnik. Z czystym sumieniem mogę oddać Junaka właścicielowi.