Monte Cassino'12

W pierwszych dniach września odbyło się XVI Dzikowisko w Sowich Górach. PiotrS wszystko zaplanował i przeprowadził perfekcyjnie. Atmosfera jak zawsze była wspaniała, spotkanie z pasjonatami Junaka, wycieczka krajoznawcza... Nie mogłem opuścić takiej imprezy :-)

Dzikowisko

(fot. K54)

piątek 31 sierpnia 470 km (470 km trasy)

Trasę w kierunku Srebrnej Góry pokonywaliśmy wspólnie z Kamratkami i Kamratami z Czapteru Mazowsze co zawsze jest wielką frajdą i okazją do niezapomnianych przeżyć. Od lewej: Kranik, Rudy Stefan, Kasia, ja i Czaro. Krzych54 fotografuje, a Muzyk i Lemis gdzieś się kręcą. Po drodze kilka regulacji w Junaku Lemisa, wiele wahadełek na lokalnych drogach, wspaniałe widoki, słońce, chmury i w końcu w deszczu dojechaliśmy na miejsce.

posiłek na trasie

(fot. K54)


sobota 1 września 333 km (803 km trasy)

Następnego dnia z rana karna ekipa dopingowana przez niezastąpionego organizatora PiotraS wsiadła na motory i udała się na wycieczkę. W połowie trasy musiałem odłączyć się by zacząć moją od wielu miesięcy wymarzoną trasę ku Monte Cassino. Tu scena pożegnania i odpalam w kierunku Włoch.

pozegnanie

Wiosną się nie udało. Tym razem byłem pełen dobrych chęci i optymizmu co do kondycji swojej i motocykla (czas pokaże, że kłopotów technicznych nie dało się uniknąć). Dobry humor wspomagała świadomość, że Krzych w łoboorce na Księżycu ma ubezpieczoną i przygotowaną do drogi przyczepkę do holowania motocykli :-)

Ostatnia stacja przed wyjazdem z Polski. Olej w silniku i ciśnienie w kołach sprawdzone, motocykl umyty, mapa Czech w mapniku. Słowem wszystko gotowe do startu.

gotowy do startu

Pierwszy nocleg w okolicach Mikulova na granicy Czech i Austrii. Na kemping dotarłem ok 22, szybkie rozłożenie namiotu, prysznic i spać.

niedziela 2 września 684 km (1487 km trasy)

Rano o 5 pobudka, pakowanie, kawka zagotowana na kuchence, którą w ostatniej chwili do sakwy wcisnął mi Muzyk (wieeelkie dzięki!) i ruszam w kierunku Włoch. W planach kolejny nocleg w okolicach Wenecji. Po chłodnych i deszczowych dniach w Polsce rozgrzewam się myślą o ciepłej i słonecznej Italii. Co z tego wyniknie czas pokaże. Szarości na zdjęciu to pora tuż przed wschodem słońca.

poranek w Czechach

Po przekroczeniu czeskiej granicy wjechałem na autostradę. Zdecydowanie najprzyjemniej podróżuje się bocznymi drogami, ale tym razem nie było wyboru. Jakoś trzeba pokonać Alpy i dostać się do Włoch. Szczerze mówiąc cały czas obawiałem się awarii w tunelu i na autostradzie. Czas pokazał, że ta ostatnia obawa się spełniła i to dwukrotnie, ale o tym za chwilę. Tu widoczki "autostradowe" z Austrii. Słonko ledwo przebija się przez chmury, ale nic to. W Italii się wygrzeję, poopalam i wykąpię w ciepłym morzu (ech te marzenia).

Austria

Mina jak widać bojowa.

Austria

W mapniku przygotowana trasa przez Włochy do pierwszego noclegu.

Austria

Już przed granicą pojawiły się pierwsze chmury.

Austria

Jeszcze kilka...dziesiąt tuneli...

Austria

... i dotarłem bez specjalnych przygód na kemping koło Jesolo. Start przed świtem, u celu po zmroku. Zdjęcia będą kiepskie, ale kilometrów na liczniku przybywa.

Włochy

poniedziałek 3 września 398 km (1885 km trasy)

Gdy wstawałem (znowu przed świtem) jeszcze nie padało, ale już w okolicach Wenecji zaczęło mżyć, a Rimini przywitało mnie rzęsistym deszczem - stad brak zdjęć. Od rana podróżowałem drogami krajowymi SS. Oznaczenia wspaniałe, nie sposób się zgubić, droga dość szeroka z poboczami - czegóż chcieć więcej. Krajówka bardzo miła pomiędzy Triestem a Rimini wędrowała przez słabo zaludnione błotniste okolice laguny. Jednak gdy zaczęła biec od miasteczka do miasteczka jazda stała się niemożliwa. Opuściłem drogę SS16 i wskoczyłem na autostradę. I tu szok. Moja prędkość podróżna 85-90 km/h była zdecydowanie zbyt niska jak na aspiracje tutejszych szoferów. Osobówki wyprzedzały mnie czasami podróżując tym samym pasem co ja tyle, że 50-60 km/h szybciej. Ciężarówki natomiast o ile nie dały rady zmienić pasa na lewy dojeżdżały na pół metra od mojego błotnika po czym świecąc drogowymi radośnie porykiwały klaksonem dając do zrozumienia, że nie jestem mile widzianym gościem. Początkowo trudno było się do tego przyzwyczaić, szczególnie po trasie w Austrii gdzie tego typu zachowań nie spotkałem ani razu. Nawet nasi kierowcy znani z ułańskiej fantazji tak się nie zachowują szanując staruszka Junaka i jego staruszka kierowcę.

No i w końcu stało się to czego obawiałem się od początku trasy. Na autostradzie dopadł mnie deszcz. Właściwie trudno to zjawisko nazwać deszczem. Było to regularne urwanie chmury połączone z piorunami, mega silnym wiatrem i strumieniami wody podobnymi do polewania wprost z kubła. Samochody na autostradzie stanęły. Co miałem robić ja nie mając żadnej osłony? Pomyślałem, że gdy się zatrzymam to woda niechybnie dostanie się do iskrownika co będzie wiązało się z koniecznością naprawy na autostradzie. Brrr, zimno robiło się na samą myśl. Dopóki się jedzie to rozgrzany silnik może poradzi sobie z wilgocią. Z wilgocią może by i sobie poradził, ale strumienie wody to co innego. Dostała się przez rurkę łączącą gaźnik z filtrem wprost do gaźnika, stamtąd do cylindra by w końcu być przepompowaną do wydechu. Silnik oczywiście zgasł :-( Nie zgasła jednak nadzieja. Potop ustał i zamienił się w mżawkę. Ze schowka pod siodłem wyciągnąłem zapasowy iskrownik i w kilka minut siedział na swoim miejscu. Jednak próby uruchomienia silnika nie powiodły się. W tym momencie stanęła koło mnie policja migając wesoło niebieskimi szklankami. Miła pani uchyliła nieco okienko i nie przejmując się, że jej nie rozumiem coś do mnie zagadywała ocieplając to spotkanie słonecznym, jak przystało na Italię, uśmiechem. W rozmowie pojawiło się słowo "bene" więc ja też użyłem go kilka razy i tak pożegnaliśmy się. Podjąłem jeszcze kilka prób uruchomienia silnika lecz było to bezskuteczne. W tym czasie mżawka się skończyła i ... zaczął się dość rzęsisty deszcz. To wyczerpało moje spore pokłady optymizmu. Kilkaset metrów ode mnie zatrzymała się autopomoc w celu ściągnięcia zalanego auta. Pofatygowałem się do nich i na migi (angielski nie był mocną stroną kierowcy) poprosiłem o pomoc. Przez CB radio zawołał kumpli w aucie z platformą. Po kilkunastu minutach już byli. Przez uchyloną szybę znowu usłyszałem płynną włoszczyznę. Gdy zorientowali się po chwili, że nie chwytam do szyby przyłożyli kartkę z napisem 130 Euro. Zrezygnowany pokiwałem głową i po kilku minutach w ciepłej kabinie podążaliśmy ku zjazdowi z autostrady. Tam poprosili mnie o bilet autostradowy. Gdy wyciągnąłem z kieszeni mokry i rozpadający się kawałek kartonika po prostu wyrzucili go przez okno i przejechaliśmy przez bramkę nie uiszczając stosownej opłaty za moją podróż.

Mimo bariery językowej niektóre słowa są na szczęście podobne. Należy do nich bankomat do którego mnie podrzucili. Kolejnym przystankiem był sklep ze skuterami. Sprzedawca coś tam gaworzył po angielsku, mnie ręce już odtajały więc koniec końców domyślił się czego mi trzeba. A potrzebowałem dachu nad głową. Sięgnął więc na półkę i wręczył mi pokrowiec motocyklowy. Po dalszych kilku minutach zrozumiał jeszcze lepiej i skierował mnie do swego kumpla. Po 300 metrach osiągnęliśmy warsztacik i wypożyczalnię skuterów. Tam niezwykle sympatyczny młody gość o imieniu Luca nie tylko gaworzył po angielsku, ale zrozumiał w mig, że jestem w potrzebie i otworzył przede mną swój warsztat gdzie spędziłem popołudnie i wieczór oraz następne pół dnia. Czas pokaże, że nie była to moja ostatnia wizyta w tym niezwykle sympatycznym miejscu, ale o tym za chwilę.

Musiałem jeszcze pożegnać kolegów holowników. Z ich pożegnalnej mowy wyłowiłem znajomo brzmiące słowo faktura. Po moich gwałtownych protestach na kartce przekreślono 130 i wpisano 100 Euro :-) Po uiszczeniu tej promocyjnej opłaty (ciekawe co na to włoski minister finansów) mogłem przystąpić do naprawy.

w warsztacie u Luki

Na pierwszy ogień poszedł iskrownik. Po rozebraniu, wysuszeniu i ponownym złożeniu pojawiła się iskra, która bardzo mnie ucieszyła, a Lu i jego kumpel byli nią wprost oczarowani tak samo jak całą resztą mojego zabytkowego sprzętu. Szczególnie podziwiali gaźnik przekazując go sobie z rąk do rąk. Przy okazji zauważyli coś co umknęło mojej uwadze. Korpus wysłużonego Pegazika w okolicach kołnierza mocującego do głowicy od zawsze był pęknięty do czego byłem przyzwyczajony. Tym razem okazało się, że pęknięcie zrobiło się na wskroś i niechybnie wpływało to na moje ostatnie kłopoty z odpaleniem gorącego silnika. Szczelinę zasmarowali czerwonym kitem i kłopoty znikły jak ręką odjął. Znikły lecz dopiero gdy zdjąłem i wyczyściłem cylinder, tłok i głowicę. W środku wpadająca woda plus temperatura plus spora ilość zgromadzonego nagaru (ostatnie czyszczenie tak z 30.000 km temu) dały w efekcie sporą ilość czarnego twardego żużla.

warsztat Lu

warsztat Lu

Cylinder dodatkowo zardzewiał. Cóż było robić. Trzeba czyścić. I tu popełniłem błąd. Zachowując ostrożność wyciągnąłem górny pierścień, potem środkowy... aż tu nagle "pyk" i pierścień pękł. Lu pokiwał ze smutkiem głową, pokiwałem i ja i złapałem za telefon. Krzych nie widział sprawy tak ciemno jak ja i Lu. Po krótkich konsultacjach oddzwonił i wyjaśnił, że tak będzie nawet lepiej bo mniejsze opory tarcia. Może pojawić się zwiększony wyrzut oleju z odmy (tak się stało), dym z wydechu (to było mi oszczędzone) i spadek mocy (też nie zauważyłem). Za to od tej pory spalanie z 4,3 l/100km spadło do 3,9 !!!  Cud panie jak nic lub też to tarcie naprawdę znacznie spadło.

Jako się rzekło zabawa przeciągnęła się do następnego popołudnia. W tym czasie Lu naprawiał kilka skuterków dostarczanych przez klientów, z którymi wdawaliśmy się w przemiłe pogawędki zazwyczaj tłumaczone przez Lu na lokalny dialekt. Zajął się też swoją Vespą z 1949 roku, którą ma po wujku swojego ojca. Oczywiście rozmowy zeszły na tematy weterańskie i ciągnęły się przez wiele godzin. Sam smak motocyklizmu w międzynarodowym wydaniu :-)

Vespa

wtorek 4 września 17 km (1902 km trasy)

Po nocy spędzonej w hotelu (jedyne 50 Euro w promocji posezonowej zamiast 130 wg cen z sezonu) jeszcze kilka godzin w warsztacie Lu i mogłem ruszać dalej. Chciałem nieco nadrobić stracony czas. Cóż kiedy pogoda nie odpuszczała. Zaczęło znowu zdrowo lać. Krzych nadawał przez telefon kolejne komunikaty pogodowe nie dając wielkich szans na poprawę więc po przejechaniu raptem 17 kilometrów wbiłem się na kemping. W recepcji zgłosiłem zażalenie na typową włoską pogodę. Żaliłem się, że u nas w Polsce mamy słońce i ciepło, a we Włoszech cały czas pada. Miłe dziewczyny z recepcji przekonywały mnie, że to są pierwsze chmury jakie widzą od początku kwietnia, ale nie dawałem im wiary. Spytałem czy mają do wynajęcia jakieś miejsce pod dachem. Niestety pozostał mi tylko namiot. Wiecie jak to jest rozkładać namiot w deszczu? Rano jest jeszcze fajniej gdy w deszczu się go składa ;-(  To będzie dopiero nazajutrz. Ten miły wieczór (deszcz na chwilę odpuścił) spędziłem chodząc wzdłuż plaży.

Tu optymistyczny widok na południe...

plaza

... a tu na północ.

plaza

środa 5 września 225 km (2127 km trasy)

Rano pakowanie mokrych gratów, herbatka (Muzyku wielkie dzięki musiałeś słyszeć ode mnie codziennie) i w drogę.

mokry poranek

Budzik miałem nastawiony na piątą, ale o tej porze zdrowo lało, potem szósta i bez zmian, około ósmej ostatnie grzmoty i wpół do dziewiątej dało się wyjść na zewnątrz. Na szczęście z upływem czasu sytuacja się poprawiła i w dalszej części dnia wyszło nawet nieco słonka. Do pokonania miałem miejscową atrakcję czyli tunel pod Gran Sasso - najwyższym masywem Apeninów o wysokości maksymalnej 2912 m n.p.m. Tunel ma bagatela 10.800 m i jest jedyną drogą ku celowi mojej podróży. Bałem się nieco aby w tunelu nie spotkała mnie jakaś przygoda techniczna. Na szczęście limit przygód był tymczasowo wyczerpany. Kolejna miała mnie spotkać dopiero następnego dnia, ale nie uprzedzajmy faktów.

Za tymi chmurami kryje się Gran Sasso. Stromizny nie widać, ale momentami musiałem używać trójki. Na szczęście ciężarówki nie były już takie żwawe i też wlokły się z moją prędkością.

Gran Sasso

No i w końcu dotarłem do celu mojej wyprawy czyli do masywu Monte Cassino. Tu w kwietniu i maju 1944 roku walczyli i odnieśli spektakularny sukces żołnierze II Korpusu Wojska Polskiego. Moim celem było odszukanie drogi, którą dostali się na masyw i miejsc gdzie toczyli zwycięskie boje z niemieckimi obrońcami. Swoją drogą jak nie tak (czyli za pomocą siły) to tak (czyli za pomocą ekonomii) i Niemcy znowu siedzą nie tylko we Włoszech ale i w całej Europie. Jak to historia zatacza nieubłagane kręgi!!!

Przeciętny turysta, których nota bene bardzo wielu odwiedza Monte Cassino, dociera do opactwa Benedyktynów i polskiego cmentarza u stóp wzgórza klasztornego. Nie wie nawet, że miejsca te nie były terenem bitwy, która toczyła się z drugiej strony wzgórza 593 górującego nad cmentarzem, a główne siły polskie wchodziły na masyw nie od strony Cassino tylko od małej miejscowości Caira gdzie miała początek tak zwana Droga Polskich Saperów. Droga ta jest zupełnie zapomnianą ścieżką. Główne punkty oporu niemieckiego czyli wzgórza 593 i 575 na których stoją pomniki upamiętniające 3 Dywizję Strzelców Karpackich i 5 Kresową Dywizję Piechoty są niedostępne od strony cmentarza gdyż dostępu do nich broni płot i brama z groźnym napisem.

brama

Mnie udało się dzięki mapie (znalazłem ją w necie) z 1945 roku odszukać  Drogę Polskich Saperów i "zdobyć" Monte Cassino od tej strony, z której podchodzili nasi żołnierze. Trudno słowami oddać to co czułem. Jest to temat na osobną historię.

Pomnik ku czci pancerniaków z 4 Pułku zrobiony z czołgu, który wdzierając się na Gardziel wyleciał na zdublowanej niemieckiej minie.

czolg

czolg 

Pomnik ku czci żołnierzy 3 Dywizji Strzelców Karpackich na wzgórzu 593.

3DSK

3DSK


czwartek 6 września 441 km (2568 km trasy)

Jest jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia i spenetrowania, ale muszą poczekać na kolejną okazję (mam nadzieję, że będzie to dalszy ciąg historii o odkrywaniu Monte Cassino). Tymczasem muszę wracać. Znowu przede mną tunel. I tym razem pokonuję go bez przygód. Uff można się cieszyć słabymi promykami słońca i upajać widokami. Nagle sielankę przerywa głośnie "PUU" i motocykl nie reaguje na ruchy manetką gazu. Zjazd na pas awaryjny autostrady, rzut oka na głowicę i moim zdziwionym oczom ukazuje się otwór po świecy. Stoję i gapię się przez chwilę. Po chwili nie jestem sam i gapimy się razem z miłymi panami z obsługi autostrady. Oni tylko kiwają głowami ja na dodatek muszę kombinować co dalej. Po chwili za pomocą potężnego śrubokręta i klucza używanego zamiast młotka robię szereg bruzd wokół otworu po świecy. Zaczyna wyglądać jak typowe włoskie słońce.

otwor

Na głębokości około 1-2 mm otwór ma zmniejszoną średnicę. W to miejsce wkręcam najpierw palcami, a po chwili delikatniutko kluczem świecę. O dziwo daje lekki opór. Z drżeniem rąk zakładam fajkę i... silnik odpala od pierwszego kopa. Goście z obsługi autostrady są ucieszeni nie mniej niż ja gdyż nie będą mieli ze mną kłopotu. Powoli ruszam. Pierwsze kilometry to oczekiwanie na kolejny strzał, potem oswajam się z sytuacją. Walę prosto do warsztatu Luki!!! Jak to miło mieć jakieś lokalne wsparcie. Udało się przejechać 60 kilometrów i opuścić autostradę. W jakimś miasteczku kolejny strzał. Teraz jednak wiem co robić. Po chwili kontynuuję podróż. Po kolejnych 40 kilometrach docieram do znajomego warsztatu w Grottammare.

Jest pierwsza po południu. Wszystko dookokoła łącznie z warsztatem Luki pozamykane. Ale nie, jest coś otwartego - pizzeria. Siadam, zamawiam dużą Colę, pizzę, znowu Colę i syty wrażeń rozglądam się leniwie po sąsiednich stolikach. Obok rozsiadło się sześciu gości w pomarańczowych uniformach. I tu kolejne zdziwienie. Uniformy odprasowane w kant, goście uczesani nienagannie, czyste omal wypielęgnowane ręce. Śmieją się, zajadają, popijają piwo. Gdy skończyli wyszedłem i dyskretnie rzuciłem okiem do jakiej to maszyny wsiądą. Okazało się, że do śmieciary. Ot co kraj to obyczaj. Wyobrażacie sobie taką scenę u nas?

Luca pojawił się około piętnastej. Nieźle się zdziwił na mój widok lecz wykazał pełną wolę niesienia pomocy. Gorąca linia z Księżycem doniosła, że mam pytać o system Helicoil. Luca o takim nie słyszał lecz powędrowaliśmy do niedalekiego warsztatu samochodowego. Tam z potoku włoskich słów wyłowiłem upragnione Helicoil. Gość doradził gdzie mogą mieć niezbędny sprzęt. Pojechaliśmy do odległego o parę kilometrów warsztatu. Duża hala pełna tokarek, frezarek, spawarek, był też piec hartowniczy i... stadko "staruszków" (tak na oko najmłodszy około siedemdziesiątki). Luca znalazł właściwego fachowca. Ten bez słowa złapał moją głowicę, rzucił okiem na świecę i po chwili otwór był nagwintowany i sprężynka została osadzona na swoim miejscu.

sprezyna

Jeszcze sprawdzenie czy świeca się gładko wkręca, czyszczenie sprężonym powietrzem i skierowanie do bossa w celu dokończenia transakcji. Z lekkim sercem i portfelem lżejszym o 20 Euro (usługa wydała mi się tania jak barszcz) wracaliśmy do warsztatu. Tam złożenie wszystkiego do kupy i silnik pali od kopa.

Tego dnia zajechałem jeszcze pod Ravennę.

piątek 7 września 862 km (3430 km trasy)

Rano ostatnia herbatka na włoskiej ziemi, pakowanie i w drogę.

herbata

Postanowiłem nieco nadrobić stracone kilometry i zrealizować pierwotny plan nocowania pod Mikulovem. Przede mną blisko 870 km autostradami. Piękne widoki nieco rekompensują nudę autostradowej rutyny. Na szczęście kierowcy ciężarówek nie dali mnie rady zabić, a podróż urozmaicała obserwacja setek gości na HD zdążających na jakiś zlot. Większość bez kurtek, same koszulki, wielu entuzjastów z rękoma powyżej głowy, wszyscy pędzą i ryczą. Ponieważ jest im zimno no i muszą przywrócić krążenie w rękach więc co jakiś czas stają na stacjach benzynowych. Ja jadę niespiesznie lecz systematycznie (tankowanie co 250 km) więc ciągle jedziemy razem.

Na parkingu w Austrii polski kierowca ciężarówki przyglądał się moim drobnym czynnościom serwisowym (olej tu i tam, łańcuch). Pogadaliśmy i na odchodne postanowił dokarmić mnie nieco pomidorami.

pomidorki

pomidorki

Około 22 dotarłem do celu. Rozstawienie namiotu, prysznic, jakaś kanapka i około północy nagła utrata przytomności :-)

sobota 8 września 580 km (4010 km trasy)

Kawałek przez czeskie autostrady wzbudza uzasadnioną zazdrość.

cien

Przez Ostrawę docieram do Polski. Dochodzi tu autostrada z Gliwic. Cóż z tego, że gotowa jest od wielu miesięcy? Na jej trasie jest most. Firma która go budowała od razu zgłaszała uwagi do projektu. Jednak inwestor ufny w swoje plany i ekspertyzy nakazał budować zgodnie z nimi. W efekcie świeżo oddany most z powodu szkód górniczych zawalił się i teraz kombinują co dalej. Podobno stan ten ma trwać do sierpnia przyszłego roku!!! Cóż mamy mało autostrad, a te co są nie mogą służyć kierowcom. Na dodatek to limitowane dobro nie tak łatwo znaleźć. Jadąc przez Rybnik znalazłem jeden jedyny kierunkowskaz ku autostradzie. Potem ani śladu ani zapachu. Na szczęście wiedziałem mniej więcej gdzie jej szukać. Czy znajdzie ją jakiś turysta zagraniczny? Wątpię. Mnie się udało. Darłem do Warszawy bez przystanków (tylko dwa tankowania) i około piętnastej lądowałem na Księżycu. A tam... powitanie nie do opisania. Wprost tłumy uśmiechniętych Kamtarek i Kamratów. Langusta udekorował mnie pamiątkową włoską flagą, Krzych wręczył własnoręcznie wykonaną pamiątkową figurę junakowoczęściową. Balzaczek usmażył przepyszny befsztyk... nie do opisania. Sam smak :-)


I tak włoska przygoda dobiegła końca. Teraz trzeba nieco ogarnąć motor i można śmigać dalej. Muszę też dokończyć historię z Monte Cassino. Za dwa lata przypada okrągła siedemdziesiąta rocznica bitwy. Chcę spróbować doprowadzić do otwarcia szlaku Drogą Polskich Saperów. Czy się to uda? Dzik twardy musi być, nie miętki!!!