dzień 4: Gilau (Rumunia)

Rano pobudka już prawie w reżimie wyprawowym czyli w okolicach szóstej, a jako że to niedziela więc poranna Msza Święta, błogosławieństwo na drogę i można ruszać. Jeszcze śniadanie, którym po królewsku podejmuje mnie żona Wodza, jeszcze ostatnie wątki pogawędki, jeszcze pożegnania i ruszam w nieznane.

Początkowo pogoda straszy mglą, niską temperaturą i przelotnym deszczem.

Tatry

Gdy mijam Tatry pogoda się poprawia.

Słowacja

Jeszcze na Słowacji zobaczyłem słońce, które towarzyszyło mi (oczywiście w ciągu dnia) do końca wyprawy. Tu na gdzieś na węgierskich drogach.

Węgry

Sielską atmosferę przerywa znajomy zgrzyt i klekot dobiegający z silnika. Rozpoznaję w nim od razu zębatkę prądnicy. Zjazd na bok w urokliwą drogę wzdłuż jednego z rozlicznych kanałów. Kapa precz i wszystko się potwierdza. To znowu zębatka. Tylko czy można ten detal nazwać zębatką? Nie ma już wszak ani jednego zęba :-(  Ta ostatnia wytrzymała kilkaset kilometrów. Mam jeszcze jedną pożyczoną od Wodza, ale zdaję sobie sprawę, że kolejna wymiana do niczego nie prowadzi.

zębatki

Zamieniam prądnicę na zapasową.

wymiana prądnicy

Złożenie całości, klucze do piórnika, ręce umyte w kanale, próba odpalenia, ładowanie jest, można jechać. Ruszyłem dziarsko i po chwili było mi już gorąco nie tylko od słońca, ale też z powodu żarzącej się kontrolki ładowania. Amperomierz nie pozostawia złudzeń. Prąd płynie z akumulatora. Kolejny postój, zdjęcie kapy, wyjęcie prądnicy i jest winowajca. Prądnica czekała na swoje pięć minut przez ostatnie trzy lata. Przyrdzewiał szczotkotrzymacz i szczotka się zablokowała. Wyjmuję szczotki, iglaczek w ruch i po chwili po zmontowaniu wszystkiego, pieczołowitym ustawieniu luzu pomiędzy zębami zębatki prądnicy a kołem pośrednim i zamontowaniu kapy próba i chwila prawdy. JEST ŁADOWANIE :-)

Już jadąc analizowałem co mogło być przyczyną kolejnych awarii. Przypomniałem sobie, że od kilku tygodni wskazówka amperomierza skakała pomiędzy zerem, a plus 5A. Słowem być może niektóre sekcje komutatora były zwarte i prądnica działała impulsowo obciążając udarowo zęby. To będę weryfikował później. Przez kolejne dni będę też nerwowo zaglądał do silnika i obserwował co dzieje się z zębatką. Jak się okazało wytrzymała do końca trasy, a zapasowa prądnica spełniła swoją rolę.

Weryfikacja przyczyn mordowania kolejnych zębatek nastąpiła w kilka tygodni po powrocie gdy odwiedziłem Stybę. Dla niewtajemniczonych informacja, że jest to spec nad specami od ożywiania motocykli weteranów, słynący zwłaszcza z regeneracji prądnic i guru techniczny dla dużej części środowiska Junakowców. Styba uśmiał się serdecznie po wysłuchaniu mojej teorii i wskazał ślady przycierania się wirnika. Ot, drgania, temperatura, niefortunne miejsce mocowania prądnicy wykombinowane przez konstruktorów Junaka to przyczyny dla których prądnice lubią się rozkręcać. Nawet minimalne luzy na szpilkach mogą być przyczyną przycierania się co doprowadziło w moim wypadku do dalszych uszkodzeń mechanicznych i elektrycznych.

Już nocą przekraczam granicę rumuńską.

granica rumuńska

Jeszcze w domu sprawdziłem w necie adresy kilku kempingów otwartych od kwietnia. Do jednego z nich uparcie zmierzam. Nie jest łatwo. Zrobiło się chłodno, droga weszła w góry, zaczęły się ostre zakręty przechodzące miejscami w serpentyny. Dojechałem do pierwszej miejscowości gdzie powinien być kemping. Niestety albo go nie ma albo gdzieś go przemyślnie ukryli. A nie mówiłem, że nie ma co planować szczegółowo wyprawy? Po ciemku trudno wypatrzeć miejsce na postawienie namiotu na dziko. Ponadto zmarzłem, a napięcie towarzyszące stałemu zerkaniu na amperomierz (ciągle równo na plusie) nieco mnie osłabiło. Trudno - zatrzymuję się w motelu.

>> dzień 5