garść uwag

Granica i formalności
Granicę przekraczałem w Hrebenne. Wieje tam nieco grozą. Auta osobowe czekają w koszmarnych kilkugodzinnych kolejkach natomiast motocykle mogą przemykać się bez kolejki od atrakcji do atrakcji i jest to powszechnie akceptowane. Czeka się prawie tyle co nic i po godzinie byłem po drugiej stronie. Uśmiech, poobijany Junak i wytarta ubożuchna kurteczka z emblematem Dzikiego Junaka kruszyły kamienne serca kolejnych służb mundurowych.

Aby przekroczyć granicę z Ukrainą trzeba mieć paszport, dowód rejestracyjny pojazdu i zieloną kartę. Do 5 czerwca 2010 teoretycznie pojazd mający ponad 25 lat powinien był być zaopatrzony w zezwolenie na jego wywóz. Na wszelki wypadek załatwiłem taki kwit (2 wizyty w urzędzie konserwatora zabytków, 2 zdjęcia, 17zł). Od 5 czerwca wymóg ten dotyczy pojazdów ponad 50 letnich o wartości ponad 32.000zł czyli w przypadku Junaków jak mój nie jest groźny. Może czerwone jako szybsze osiągają ten poziom ceny?

Na granicy wypełnia się 2 karteczki mówiące jakim pojazdem się jedzie i dokąd się udaje. Ta druga wymaga podania jakiegokolwiek adresu docelowego. Wpisać można cokolwiek. W moim przypadku podałem miasto Sudak a w nim kemping "Maj". Szukałem potem nadaremnie w Sudaku jakiegokolwiek kempingu i niczego nie znalazłem, ale na granicy cieszyli się z tej informacji. Z karteczkami tylko taki kłopot, że są uniwersalne więc informację wpisuje się w dziwne rubryczki. Z tego co pamiętam miasto należało podać w rubryce "flight number", a ulicę (w moim przypadku kemping) w "ticket number". Przed budkami kontrolnymi jest tablica z przykładem wypełnienia.
Przydatny jest własny długopis! Trzeba uważać bo dostaje się jeden egzemplarz i kłopot pojawia się w przypadku popełnienia błędu. Ponoć mogą złośiwie cofnąć po drugą karteczkę, a tam kolejne służby są co kilkaset metrów. Kawałek drugiej karteczki trzeba zachować i oddać przy powrocie.

Po przekroczeniu granicy po kilkuset metrach pojawiły się stacje benzynowe i rząd budek kantorowych. W nich można wymienić gotówkę i należy kupić tamtejsze ubezpieczenie komunikacyjne. Zielona karta jest potrzebna, ale ichnie ubezpieczenie też. Dodatkowo można i warto dla świętego spokoju kupić ubezpieczenie kosztów leczenia. Obie te atrakcje to w sumie kilkadziesiąt hrywien. Kurs wymiany na granicy jest lepszy niż w polskich kantorach. Przy wymianie można się targować o jego wysokość. Ja wymieniałem po kursie 2,30 hrywny za złotówkę. Co ciekawe przy powrocie pozostałe hrywny wymieniłem po tym samym kursie. Co do gotówki to podobno kurs w bankomatach jest najkorzystniejszy czego nie sprawdziłem na własnej skórze mając gotówkę w kieszeni. Bankomaty są dość rozpowszechnione i zdarzają się nawet w niewielkich miejscowościach.

Drogi
Drogi na Ukrainie są świetne. Jedynym mankamentem są dziury, wyrwy, wykroty, muldy, czasowy brak nawierzchni, studzienki pozbawione pokryw, brak wymalowanych pasów, ubogie oznaczenie kierunków... słowem świetne, ale nie za bardzo. Na plus trzeba zapisać to, że na ogół omijają miejscowości podążając czymś na kształt obwodnic lub też miejscowości te leżą gdzieś w krzakach obok drogi. W tym przypadku pojawia się kłopot polegający na tym, że trzeba pamiętać o ograniczeniu prędkości w terenie zabudowanym, a on zabudowany nijak nie jest. Była gdzieś tablica z początkiem i cierpliwie trzeba czekać na koniec, a pomiędzy nimi nic nie wskazuje, że jest to miejscowość. Nic to oczywiście nie przeszkadza milicji w czynieniu swych obowiązków ;-(

nawierzchnia w Tarnopolu

Oczywiście nie wszędzie jest tak źle. Zazwyczaj najgorzej jest w miejscowościach, a całkiem nieźle na podrzędnych drogach o ile akurat nie skończył się na nich asfalt. W miejscowościach chyba specjalnie nic nie poprawiają i dzięki temu w sposób naturalny kierowcy jadą 20km/h. Na przykład w Tarnopolu wylali drogę tak na sześć pasów szeroką. Auta jadą po jednym sznureczku w każdą stronę, jeden za drugim slalomem pomiędzy wyrwami. Szczególnie trzeba uważać podczas deszczu. Strumienie wody płynące przed drogę (chyba nie stosuje się odwodnień) maskują przeszkody i można nieźle wpaść.

No i na koniec oznaczenia. Jeżeli w ogóle są to dają pierwszą i ostatnią szansę. Tak więc widząc drogowskaz i chcąc się wywiedzieć co i jak trzeba koniecznie stanąć i przeanalizować sytuację. Drugiej szansy zazwyczaj nie będzie.

Paliwo
Benzyna 80, 92 i 95 w średniej cenie (małe różnice) odpowiednio 7.00, 7.50 i 8.00. Stacji jest sporo nawet w małych miejscowościach. Badań naukowych nie przeprowadzałem, ale wydaje się, że dość powszechny jest zwyczaj podkręcania dystrybutorów tak, że "zużycie" paliwa wzrasta o około 20%. Żaba wspominał, że jadąc kiedyś autem nalał więcej niż nominalna pojemność zbiornika a rezerwa dopiero co się zapaliła. Słowem tania benzyna na Ukrainie to przeszłość bo na złotówki cena 95 to około 3.50 plus ten "nieco mniejszy" lokalny litr. Warto też wybierać większe stacje licząc na nieco lepszą jakość paliwa. Lokalesi w Sudaku zalecali żeby u nich nie tankować bo strasznie marna jakość :-( tylko jechać do kolejnej miejscowości. Tego niestety się nie sprawdzi, ale wydaje się, że część moich kłopotów ze świecami brała się z nieznanych domieszek. Czasami świeca pokrywała się złocistym metalicznym nalotem, którego szczotka druciana się nie imała.

Dodatkowa atrakcja to sposób płacenia za paliwo i nalewania do pełna. Obsługa stacji stosuje zasadę ograniczonego zaufania do kierowców i wymaga zapłacenia z góry za zadeklarowana ilość paliwa. Chcąc zatankować do pełna trzeba albo poprosić nalewacza, on mimicznie, za pomocą walkie-talkie, systemem przycisków lub telepatycznie łączy się z kasą, a tam nastawiają dystrybutor na lanie bez ograniczeń. Tam gdzie nie ma nalewaczy (rzadkość) trzeba pofatygować się do kasy, poprosić "połnyj bak", zapłacić zaliczkę za ilość przekraczającą spodziewany zakup, nalać a potem odebrać w kasie resztę. Spotkałem się z przypadkiem gdzie klarowali mi, że muszą sprzedawać w pełnych litrach. Oznajmili to po nalaniu 11.2 (dystrybutor pokazywał precyzyjnie ile było i ile się należy) i zaokrąglili do 12 :-)  Ani razu nie miałem problemu z zatankowaniem do pełna.

Milicja
Na milicji nie oszczędzają. To znaczy jeżeli chodzi o ilość. Bo np. co do jakości ich pojazdów można mieć wiele uwag :-)  Patrole dość gęste zazwyczaj wyposażone w suszarki kierują się sobie wiadomymi kryteriami i zatrzymują przeróżne pojazdy. Czasami czeka w kolejce do pana władzy stary Moskwicz i skuterek powiązany drutem a obok przelatuje w tumanie kurzu nie niepokojony Pajero z czarnymi szybami. Obcych wyłapują na pierwszym miejscu. Częściowo chroni przed tym nieużywanie świateł i kamizelek odblaskowych słowem niewyróżnianie się. Mnie mimo tych zabiegów maskujących kontrolowali z 15 razy. Biorąc pod uwagę fakt, że przejechałem przez Ukrainę 3.200km w 8 dni średnia nie jest jakaś zatrważająca. Ponieważ starłem się uważać i nie przekraczać prędkości (w miejscowościach 60km/h) kontrole ograniczały się do sprawdzenia prawka, dowodu i ubezpieczeń. Za każdym razem kierowałem rozmowę na wiek motocykla, na fakt, że jest "z kłapanami" (zawory), na piękno okolicy "prrriekrasnaja strana" co okraszone uśmiechem pozwalało na pokojowe rozstanie. Ani razu nie dałem "wziatki". Na wszelki wypadek warto mieć w portfelu przygotowane 20 hrywien co ponoć jest zupełnie satysfakcjonujące.

Koszt
Na Ukrainie wydałem łącznie równowartość 1400zł (paliwo, ubezpieczenia, żarełko, hotel, motel, kwatera, olej, świece...), a można było jeszcze ciąć ten budżet biorąc pod uwagę fakt, że raz kimałem w hotelu za 250 hrywien i w motelu za 170. O benzynie już było. Pozostałe ceny nie są szokująco niskie. Nie są też szokująco wysokie. W małych knajpkach za 25 hrywien czyli równowartość 10zł można się najeść. W miejscowościach nadmorskich oczywiście ceny rosną.

Bezpieczeństwo
Ludzie wydają się być nastawieni przyjacielsko. Uśmiech i zachwyt nad ich krajem otwiera wszystkie drzwi i serca. Nocowałem "na dziko" przy drogach i na plażach i nikt się nie czepiał i nie zaczepiał. Nie czułem jakiegokolwiek zagrożenia choć oczywiście próbka była stosunkowo mała. Za to na drogach zagrożenie wyczuwalne jest jak najbardziej. Gdy lokalesi wyczuwają szóstym zmysłem, że nie ma w okolicy milicji jada jak chcą. Wyprzedzają młodszym autem osobowym starsze auto osobowe, wyprzedzające młodszego gruzawika, wyprzedzającego starego gruzawika nie zważając na jadących z przeciwka. Pierwszeństwo przejazdu czy światła nie zawsze oznaczają to co powinny. Ale ogólnie zachowując ograniczone zaufanie można sobie poradzić. Czasami natomiast na drodze daje się wyczuć atmosferę zagrożenia i niepewności. Auta jadą potulnie w sznureczku przez kilka kilometrów udając, że ich tam wcale nie ma, nikt nikogo nie wyprzedza na ciągłej linii (ciągną się one czasami kilometrami). Zazwyczaj po kilku kilometrach zagadka się wyjaśnia w postaci patrolu.

Piesi natomiast nie stanowią większego zagrożenia :-) Sami dbają o swoje bezpieczeństwo i oczekują potulnie na możliwość przekroczenia jezdni. Widziałem matkę z wózkiem, która przeceniła swoje możliwości. Weszła na jezdnię i po pokonaniu połowy szerokości zauważyła zbliżające się auto. Przyspieszyła gwałtownie chcąc unieść cało głowę swej pociechy i swoją. Wózek wpadł w wyrwę, riebionok omal nie wyleciał, ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Nie należy zbyt nachalnie przełamywać ich instynktu samozachowawczego i nie zachęcać do przekraczania drogi hamując przed przejściem. To dla ich dobra gdyż inni uczestnicy ruchu będą mieli ułatwione polowanie. Ale to oczywiście ogólna zasada i zdarzało mi się przepuszczać pieszych i oni w sumie byli za to wdzięczni.

>> dzień 1&2