dzień 6: Słoneczny Brzeg (Bułgaria)

Nocleg w urokliwym miejscu na skraju lasu minął bez przygód. Choć jeszcze wieczorem, nie wiadomo skąd pojawiło się niedaleko BMW, postało chwilę i odjechało. Gdybym nie miał rozłożonego namiotu pewnie zmieniłbym miejsce, a tak lenistwo przeważyło nad niepokojem. Jak się okazało zupełnie słusznie.

biwak o poranku

Dziś zapowiada się "lajtowy" dzień. Do Słonecznego Brzegu tylko 350 kilometrów. Jedyny zaplanowany punkt w zagranicznej części wyprawy wydaje się łatwy do osiągnięcia. Ale zanim wyruszę rzut oka na zębatkę prądnicy. Na szczęście wszystko w porządku, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zinterpretowałem przyczyny poprzednich kłopotów. Oceniam, że przebieg z zapasową prądnicą jest wystarczająco duży, aby to sprawdzenie było ostatnie. Mam nadzieję, że nie będę musiał zaglądać pod lewą kapę do końca wyjazdu. Czas pokazał, że była to nadzieja uzasadniona.

słupek kilometrowy

Jak co rano herbatka, kilka herbatników, pakowanie gratów i w drogę. I znowu tak jak wczoraj piękne widokowo, boczne rumuńskie drogi. Mają tam wspaniałe słupki kilometrowe. To małe centra informacyjne. Mają na sobie numer drogi w postaci herbu i informację o odległości do większych miejscowości. I tak co kilometr.

słupek kilometrowy

Przed dziewiątą osiągam graniczne miasto. Do tej pory nie miałem kłopotów w oznaczeniami dróg. Teraz kręcę się bezradnie po centrum bo nigdzie nie ma drogowskazów kierujących na przejście graniczne. Na stacji paliw próbuję bezskutecznie nawiązać kontakt po angielsku i rosyjsku. W końcu nieco na migi udaje się dogadać. Nic dziwnego, że nie było drogowskazów. Przejście i droga do granicznego mostu są to OS'y omal terenowe. Być może coś tam w przyszłości zbudują, ale na razie służby drogowe nie promują tej trasy. Za to most prezentuje się okazale przyciągając wzrok skomplikowanymi liniami kratownic.

most graniczny

Droga przez Bułgarię (kierunek Warna) wiedzie przez tereny w większości niezamieszkałe, wśród malowniczych wzgórz poprzecinanych wspaniałymi wąwozami. Wszędzie zielono lub żółto od rzepaku, ciepło, słonecznie. Czegóż chcieć więcej? Przed Warną wzgórza zamieniają się w piękne góry, droga w odcinek autostrady (bezpłatna), a w samym mieście kierunek z południowego na zachodni. Przez całą drogę mimo, że jest to oczywiste, zaskakuje mnie ciągle zmiana kierunków. Raz na  południe, raz na zachód, potem znowu południe, południowy wschód, wschód, północny wschód, północ, zachód... w głowie się kręci. Zazwyczaj najlepiej orientuję się po słońcu, a tu ciągła karuzela.

kwitnący rzepak

droga przez Bułgarię


Przed Warną na budziku pokazała się okrągła liczba 90000 km czyli 1800 km od domu.

90000

Mimo intensywnej eksploatacji pod silnikiem nie pojawiają się plamy oleju. Może zapomniałem go nalać?

suchy silnik

W Warnie widzę po raz pierwszy podczas tej wyprawy Morze Czarne. Tak jak przed trzema laty konstatuję, że mapa nie kłamie i za górami, za lasami jest jednak morze. Na razie pokazuje się nieśmiało za barierkami drogi i portowymi dźwigami.

pierwszy rzut oka na Morze Czarne

Ostatni odcinek wiedzie wzdłuż wybrzeża niezwykle malowniczymi wzgórzami. Po lewej morze, po prawej dolina, a za nią góry. Widoki wspaniałe. Widoczny za mgłą cypel to cel dzisiejszego etapu - historyczne miasteczko Nesebar i turystyczne miasteczko Słoneczny Brzeg.

widok na Nesebar

Do Słonecznego Brzegu i apartamentowca gdzie Franu ma swoje locum docieram jak po sznurku posługując się precyzyjnym opisem sporządzonym przez Kamrata. Co prawda z dźwięcznej nazwy "Royal Dreams" pozostało "oyal reams", ale nie daję się zwieść i po chwili parkuję Junaka pod dachem przejścia do klatki schodowej. Franu uprzedzał, że sezon jeszcze się nie rozpoczął i mogą nie działać basen oraz windy. W basenie sucho, a winda stoi na parterze z otwartymi drzwiami ewidentnie nieczynna. Cóż, trzeba zatargać na piąte piętro potrzebne graty. Robię to na dwa razy. Potem kąpiel i na miasto. Tu ciekawostka. W Zakopanem chciałem wstąpić do fryzjera. Było to sobotnie popołudnie, dookoła tłum turystów, a wszystkie zakłady fryzjerskie pozamykane na głucho. Dziś jest wtorek, w mieście pustki, w salonie fryzjerskim siedzi i nudzi się dziewczyna. Jak się okazuje to manicurzystka, ale przez telefon wzywa koleżankę, która przerywa spacer z psem i zjawia się za pięć minut. Miła pogawędka po angielsku w trakcie operacji i po chwili jest już po wszystkim. Opłata to tamtejsza dycha co się przekłada na dwadzieścia złociszy. Im się jakoś chce schylić po te parę groszy. Nasi górale są mocno rozpuszczeni.

Royal Dreams

Jest jeszcze czas na spacer po plaży, drobne zakupy i wracam do domu rzucić okiem na podejrzaną prądnicę. Przerwy pomiędzy sekcjami komutatora są kompletnie wypełnione węglem. Przyznam się bez bicia, że nie zaglądałem tu od dwóch lat co przekłada się na około 40.000km. Miało prawo się zabrudzić. Czyszczę mechanicznie, myję benzyną, prądnicę zawijam pieczołowicie w odcinek starej dętki i wkładam do piórnika jako potencjalny zapas. Wolałbym jednak nie korzystać z niej zanim w kraju nie sprawdzi się rzetelnie w jakim jest stanie.

czyszczenie prądnicy

Wieczorem docierają poznani wczoraj motocykliści: Marcin i Kamil. Wspaniali i weseli kompani. Choć mają dopiero po trzydzieści lat znają się od dwudziestu pięciu. Odpękali razem przedszkole, razem jeżdżą na wyprawy motocyklowe, razem latają na lotniach. Humor, energia, wspaniały kontakt. Od razu czuję się jakbym znał się z nimi od lat minimum dwudziestu pięciu. Marcin stanął przed windą, śmiało wkroczył do środka, nacisnął przycisk "5" i... winda posłusznie zamknęła drzwi i zawiozła go wraz z gratami na górę :-)  Wstyd było przyznać, że przed kilkoma godzinami ja nie miałem tyle śmiałości i pedałowałem po schodach.

>> dzień 7