dzień 8: Unye (Turcja)

Jako się rzekło noc minęła bez przygód. Wschód słońca zastał mnie już na nogach. Ponieważ nie przestawiałem zegarka pobudkę miałem o dość egzotycznej jak na warunki urlopowe godzinie, a mianowicie czwartej.

poranek w mglistych górach

W czasie gdy gotowała się woda na herbatę spakowałem graty i niespiesznie zwijałem namiot. Naraz z pobliskich krzaków dał się słyszeć gwałtowny szelest i po kilku sekundach na drogę u moich stóp wyskoczył zając. Zupełnie nie wyglądał na zrelaksowanego. Przez ułamek sekundy jak mi się wydawało dostrzegłem w jego ślepiach determinację. Bez chwili zwłoki płynnym ruchem wygiął ciało w gwałtownym skręcie i już na najwyższych obrotach pomykał drogą w lewo. Nie minęło więcej niż piętnaście sekund i rozległ się jeszcze głośniejszy szelest. Na drogę wypadły dwa sporej wielkości psy. Nie zdążyłem się nawet cofnąć, ale na szczęście nie ja byłem przedmiotem ich zainteresowania. Skręciły w prawo by po kilkudziesięciu metrach gwałtownie zahamować i przez moment intensywnie węszyć dookoła po czym, złapawszy ślad, stuliły uszy i nie tracąc ani sekundy pognały w ślad za uciekinierem. Jedząc herbatniki i zapijając je mocno posłodzoną herbatą myślałem, że miło było ze strony zająca iż przyciągnął uwagę piesków.

droga wzdłuż wybrzeża

Droga wiodła wzdłuż wybrzeża wijąc się malowniczymi, ale trudnymi technicznie zakrętami przez dość wysokie góry. Raz byłem na wysokości morza, by po chwili wspiąć się na wysokość 500-700 metrów. Po kilkudziesięciu kilometrach i setkach zakrętów, zjazdów i podjazdów oceniłem, że zdobyłem kilkukrotnie Mont Everest. Kalkulując dzienne przebiegi ciągle miałem na uwadze, że na całą wyprawę mam tylko dwa tygodnie i musiałem zakładać, że muszę mieć margines na ewentualne naprawy. W związku z tym po 150 kilometrach nadmorskiej drogi postanowiłem odbić nieco w głąb lądu i skorzystać z głównych dróg. Gdybym wiedział, że Junak nie sprawi kłopotów pewnie nic nie zmusiłoby mnie do porzucenia atrakcyjnych widoków.

droga wzdłuż wybrzeża

Chwila przerwy na tankowanie. Nie byłoby sensu o tym wspominać gdyby nie charakterystyczne zdarzenie. Po zatankowaniu kilkunastu litrów usiadłem przy stoliku żeby wczytać do pamięci mojego białkowego GPS'a kolejny odcinek drogi. Po chwili pojawił się chłopak pracujący na stacji i przyniósł lemoniadę. Niby nic wielkiego, ale był to miły gest pokazujący jak podchodzi się w Turcji do klientów. Częstowanie herbatą jest tam bardzo powszechne i nie należy się wymawiać tylko warto korzystać nawiązując przy okazji relacje z lokalesami. Inna sprawa, że w okolicach nie nawiedzanych przez turystów trudno się z nimi porozumieć, ale zazwyczaj są bardzo otwarci i chętni do nawiązania konwersacji i udzielenia pomocy.

lemoniada

lemoniada

Po kolejnych pięćdziesięciu kilometrach wjechałem na dwupasmową drogę międzymiastową i kolejne 500 kilometrów było już tylko czystą formalnością. Dwupasmówka przechodziła co prawda przez miasta i miasteczka, ale zawsze ich skrajem tak, że nie zmniejszało to zasadniczo tempa podróżowania. Równolegle biegła autostrada, ale "moja" dwupasmówka była w zupełności wystarczająca. Przez pewien odcinek drogi zbliżyły się i przez kilkadziesiąt kilometrów biegły tuż koło siebie. Moja z czterema pasami, tamta z sześcioma. W sumie dziesięć pasów asfaltu  biegnących przez dolinkę między górami. U nas takich luksusów i rozrzutności nie spotyka się :-(

droga

droga

Czas na posiłek. Wstępuje do przydrożnego baru. Tu wszystko można pokazać palcem i nieznajomość języka nie przeszkadza. Choć właściwie można powiedzieć, że w przypadku niektórych potraw nie ma bariery językowej. Kebab, fasolju, kefir, czaj... brzmią znajomo. Do tego obowiązkowa bułka, woda z karafki... palce lizać. Po posiłku właściciel zachęcającymi gestami wskazuje na pobliską kafejkę gdzie też chcą pogadać z egzotycznym jeźdźcem. Częstują herbatą i koniecznie chcą być w czymś pomocni. Barman bierze moją mapę i dopytuje się dokąd jadę. Gdy mu pokazałem łapie kartkę i wypisuje na niej nazwy kolejnych miejscowości, które będę mijał nie zważając na to, że na mapie też są wydrukowane - byle tylko okazać pomoc. Dziękuję serdecznie, kartkę wkładam do mapnika i ruszam w dalszą drogę.

czaj i kartka

Przez kolejnych kilka godzin piękne widoki na ośnieżone szczyty gór, zielone doliny i formy skalne przypominające klimaty z westernów.

droga


droga

Przerwa na herbatkę, tym razem przyrządzoną na własnej kuchence, drobny posiłek (nieśmiertelne herbatniki) i rozprostowanie nóg. Nad strumieniem spotykam żółwia. Zanim zwiał zdążyłem cyknąć mu portretową fotkę.

przerwa na herbatę


przerwa na herbatę


żółw

Kolejne spostrzeżenie dotyczące nowo wybudowanych dróg. Nie znają tu zupełnie ekranów akustycznych i dzięki temu nic nie ogranicza możliwości podziwiania okolicy. W kwestii ograniczeń budowniczowie idą nawet o krok dalej. Ponieważ inwestycja jest całkiem świeża nie wszystko jeszcze jest gotowe. Na odcinku ponad stu kilometrów nie zamontowali jeszcze barierek. Nie byłoby w tym nic ciekawego gdyby nie to, że droga fragmentami biegnie wiaduktami. Po prawej asfalt dochodzi do skraju i dalej zieje pustka. U nas do czasu dokończenia budowy droga byłaby niedostępna, a tu z powodzeniem służy nufusom i takim jak ja podróżnikom.

droga

Wygląda na to, że Turcy są dumni ze swego kraju. Flagi spotyka się powszechnie. Od małych "przydomowych" do kilkumetrowych na budynkach, stacjach paliwowych, przy drodze, na wzgórzach...

flaga

Noc chciałem spędzić na kempingu żeby skorzystać z bieżącej wody i zmyć z siebie kurz i pył. Opaczność czuwała. Już po zmroku i przejechaniu ponad siedmiuset kilometrów znalazłem kolorowy neon oznaczający kemping. Jak się potem okazało był to pierwszy i jedyny kemping na 500 kilometrowym wybrzeżu. Jak widać turyści tu nie docierają. Choć neon świecił się zachęcająco kemping był nieczynny. Tu jednak przydała się wrodzona chęć niesienia pomocy. Ochroniarze pilnujący kempingu i pobliskiej restauracji gdzieś tam zadzwonili, coś uradzili i na kemping wpuścili. Gdy rozkładałem namiot przynieśli tacę z kilkunastoma upieczonymi kurzymi udkami, bułę, colę, sztućce, a gdy zacząłem pałaszować posługując się palcami jeden z nich kopnął się po serwetki. Gdy na migi dałem znać, że więcej niż kilogram pieczystego nie zmieści mi się do brzucha resztę zapakowali w kolejną bułę i gaworząc coś w lokalnym narzeczu pozostawili mnie z wałówką na śniadanie. Mimo tego, że kemping oficjalnie nie działał woda w prysznicach i toaletach była, morze szumiało, dyskretnie paliły się latarnie, a rano ochroniarze przynieśli mi wydruk z kasy fiskalnej za nocleg. O płaceniu za posiłek oczywiście nie było mowy. Taka to dzicz panuje Panie w tej Azji.

>> dzień 9