dzień 10: Dusheti (Gruzja)

Wschodzące słońce pięknie oświetla szczyty gór. Przy drodze kwitną i PACHNĄ akacje. Ranek zapowiada się bajkowo. Szkoda, że zdjęcia tego nie oddadzą.

akacje o poranku

Rano prysznic, herbatka, bułka z wędliną, pakowanie, dokładne umycie rąk, co nie jest takie łatwe na dzikich biwakach zważywszy, że w wysuszoną skórę wnika olej (naprawy) i kurz (pakowanie gratów), kranik, kop, pomruk silnika i w drogę. Po dwudziestu minutach jestem na granicy. Jeszcze tylko chwila poszukiwania w systemie komputerowym marki mojego motocykla, bez jakiś spektakularnych sukcesów (pozostała niewypełniona), oraz próba wpisania pięciu cyfr w dużo dłuższe pole oznaczające VIN, serdeczne uśmiechy młodej i ładnej celniczki i melduję się w Gruzji.

granica Turcja-Gruzja

Zaraz za granicą pierwsze kontakty i wymiana uprzejmości. Pierwszy napotkany człowiek od razu zainteresował się skąd przybywam. Gdy usłyszał, że z Polski uśmiechnął się szeroko i zapowiedział, że będę miał kłopoty z zachowaniem trzeźwości bo przyjaźń pomiędzy Gruzinami i Polakami oraz upodobanie obu nacji do wyższych frakcji jest tu powszechnie znana.

współczesne ruiny

Po drodze wzdłuż wybrzeża sporo zrujnowanych domów wczasowych, opuszczonych fabryk i fabryczek i nieczynnych stacji zasilających. Widać, że w porównaniu z poprzednimi laty gospodarka podupadła. Za to widoki wspaniałe. Początkowo droga wiedzie wzdłuż wybrzeża przez góry, potem przecina doliny rzek wpadających do morza, a ośnieżone szczyty widać z oddali. Drogi obsadzone drzewami dającymi wspaniały cień.

ocieniona droga

Zawiodłem się natomiast widokiem plaż. Co prawda jest tu bardzo pusto, mało domów, dzikie plaże, brak kurortów, a jednak plaże są bardzo brudne. Mnóstwo wszelakiego rodzaju śmieci. Skąd się biorą? Może wyrzuca je morze? Tak czy tak nie jest to widok przyjemny i nie nastraja do wylegiwania się na piasku. Przy brzegu, praktycznie tuż przy plaży w wielu miejscach można natknąć się na domki wyglądające na letniskowe. Gdyby nie śmieci byłoby to bardzo atrakcyjne miejsce na spędzenie wakacji nad morzem.

domki na plaży

Słoneczny Brzeg był to najdalej na zachód wysunięty brzeg Morza Czarnego. Teraz jestem w punkcie wysuniętym najbardziej na wschód.

wschodni skraj

Po dojechaniu do Poti pozostawiam na razie morze i skręcam w kierunku Tbilisi. Trzeba przedrzeć się przez Kaukaz na drugą stronę do Rosji. Gdzieś po drodze spotykam samotną rowerzystkę z Polski. Wyprzedzam, zatrzymuję się na poboczu i po chwili już się znamy. W drodze to takie łatwe - Piotr, Anka i gadamy jak starzy znajomi. Ponieważ wieje bardzo silny wiatr z kierunku w którym oboje jedziemy robimy postój na przystanku autobusowym, który osłania nas od gwałtownych podmuchów. Wyciągam kuchenkę, wodę, Anka dorzuca menażkę, ja herbatę i cukier, ona rozpuszczoną od upału czekoladę, ja herbatniki i po chwili mamy skromną ucztę.

rowerzystka Anka

Już po chwili orientuję się, że los zetknął mnie z NIESAMOWITĄ osobą. Przed kilkoma miesiącami Anka z koleżanką Alicją wyruszyły z Polski w kierunku... Indii i Nepalu!!!  Co zobaczyły po drodze, co tam na miejscu, co przeżyły i czego doświadczyły to temat nie na dwugodzinne spotkanie tylko na wiele godzin i dni opowiadań. Część przygód opisywały na blogu http://skorpionynarowerach.blogspot.com/ do momentu gdy w Katmandu (jeżeli czegoś nie pomyliłem) źli ludzie ukradli im laptopa. Gdzieś na skraju świata podróżniczki rozdzieliły się. Anka samotnie udała się w kierunku Gruzji. Ma jeszcze w planach wdrapanie się na przełęcz na Drodze Wojennej, a potem powrót przez Turcję, Bułgarię i co tam jeszcze jest po drodze do Polski. Wstępnie planuje zakończyć podróż pod koniec lata. Razem rok w drodze. Aniu - szacunek!!! Serdecznie życzę realizacji planów i szczęśliwego powrotu.

Żegnamy się życząc sobie nawzajem bezpiecznej drogi i każde z nas w swoim tempie udaje się w kierunku Drogi Wojennej.

Droga w kierunku Tbilisi jest dość wąska, wiedzie przez miejscowości i przebija się przez niezbyt wysokie, ale bardzo malownicze góry. Ruch panuje tu ogromny. Momentami auta jadą niekończącymi się szeregami. Niektórzy kierowcy nie wytrzymują tego nerwowo i starają się wyprzedzać nie zważając na jadące z przeciwka samochody. Do tego wszechobecne krowy pasące się na poboczach i zmieniające strony drogi w poszukiwaniu lepszych pastwisk.

droga przez Gruzję

Nie wszystkie krowy cieszą się swobodą. Ten egzemplarz, może z racji, że jest płci męskiej nie wiedzie takiego beztroskiego życia.

krowa

Aż wstyd się przyznać. Jednak jestem barbarzyńcą. Minąłem Tbilisi jak i wiele innych atrakcyjnych miejsc i skierowałem się w kierunku Drogi Wojennej i przełęczy, którą chcę nazajutrz pokonać. Gdzieś po drodze zatrzymałem się na zakupy. Gdy pakowałem sprawunki do sakw podszedł do mnie, jak się okazało po chwili, właściciel sąsiedniego domu. Zapytał skąd i dokąd drogi prowadzą. Gdy dowiedział się skąd jestem zapytał czy widziałem Tbilisi. Przyznałem się, że nie. Wtedy on oznajmił, że nie ma mowy, żebym wyjechał nie zobaczywszy choć przez godzinę piękna tego miasta. Oświadczył, że motocykl może zostać bezpiecznie tam gdzie stoi ponieważ jest pod jego domem. Ja mam się pakować do jego samochodu i ruszamy. Przeważyła we mnie chęć rozbicia biwaku jeszcze przed zmrokiem i grzecznie odmówiłem. Teraz żałuję. Trzeba było skorzystać z propozycji. Najprawdopodobniej byłby to niezapomniany moment i ciekawe doświadczenie. Ale cóż, człek wytrzęsiony na siodle nie kombinuje najlepiej. Podziękowałem i pojechałem w swoją stronę szukając dogodnego biwaku. Po kilkunastu kilometrach rozbiłem biwak tuż przed zmierzchem.


>> dzień 11