dzień 15: meta

Gdy kładłem się spać słońce już wstawało. Teraz budzi mnie intensywnymi promieniami skierowanymi wprost w wejście namiotu.

poranek u Żaby

Pobudka około ósmej i wspaniałe śniadanie. Początkowo myślałem, że było przygotowane na trzy osoby. Okazało się, że to wszystko dla mnie bo gospodarze jedli już wcześniej. Naiwnie uznałem, że tyle zjeść się nie da, ale się dało :-) Po śniadaniu podziwianie kolekcji motocykli Żaby, jego relacje z ostatnich wypraw motocyklowych śladami historii polskiego motocyklizmu (powtórzenie trasy pierwszego zimowego rajdu dzienno-nocnego) i historii polskich działań we wrześniu 1939 roku. Tu osiemset kilometrów, tam kolejne kilkaset :-) Junaki dają radę. Jak się okazuje Żaba zna się z Tamarą i Głaziem, których relacja w necie była inspiracją do mojej wyprawy. Na moją prośbę pozdrawia Głazia telefonicznie. Jakaż to piękna klamra spinająca wyprawę.

poranek u Żaby

Miałem ruszyć w południe, ale nie sposób oderwać się od tych opowieści. W końcu około drugiej czas się żegnać i ruszam na trasę ostatniego odcinka wyprawy. 345 kilometrów pokonuję w pięć godzin i melduję się (to już tradycja) na lotnisku w Księżycowej Łoboorce Krzycha. A tam serdecznościom nie ma końca. Iście królewskie powitanie tak jakbym powrócił co najmniej z wyprawy dookoła świata. Czuję, że nie zasłużyłem na takie powitanie, ale przyznać trzeba, że jest to niezwykle miłe. Do dziś mam gęsią skórkę i "pocą" mi się oczy gdy przypomnę sobie jakie powitanie przygotowaliście mi Kamraci. SAM SMAK MOTOCYKLIZMU!!! Dojeżdża jeszcze moja żona ze Stachem i moją mamą. No nie ma lepiej :-)