dzień 3: Żaba

Rano pakowanie, ostatnie poprawki poluzowanej linki sprzęgła (w kolejnym dniu pokaże się co i jak) i jesteśmy gotowi do drogi. W planach do Warszawy we trzech z PiotremS i Krzychem54, a potem już we dwóch.



I tu pokazało się bohaterstwo PiotraS. Zadzwoniła Firanka nie potrafiąca wysłać swego ślubnego na pewną śmierć na ukraińskich drogach. Pół roku przygotowań i planów na jednej szali, a na drugiej emocje. Wybrał powrót do domu!!! Nie wiem czy potrafiłbym tak się zachować. Na szczęście nie musiałem wybierać.

Bez przeszkód dotarliśmy z Krzychem do Warszawy gdzie na rogatkach zrobiliśmy niedźwiedzia i... poleciałem na wschód. Omijałem szerokim łukiem dom żeby, pomny Piotrowych dylematów, nie prowokować losu.



Krzycho smutno spozierał. Miał wielką ochotę na wspólny wypad, ale musiał pracować na chwałę polskiego lotnictwa zwalczając Urząd Przeciwlotniczy atakując go amunicją w postaci kolejnych tomów dokumentacji. Na szczęście, jak się okazało, w końcu skutecznie - gratulejszyn Krzchu i "żałuj Rudy, że nie byłeś z nami, żałuj Rudy..."

Po południu zameldowałem się u Żaby na środku przepięknych pól i lasów Roztocza. Tam królewskie przyjęcie, kolacja (dzięki Kasiu!!!), ostatnie porady co i jak na granicy i spać.

>> dzień 4