dzień 4: Kamieniec Podolski

Ranek deszczowy i mglisty. Ostatnie drobne poprawki sprzętu i... okazało się, że linka sprzęgła była ok, ale za to popychacz i kuleczka na końcu dźwigni nie :-(   Popychacz wyglądał jak przecinak w warsztacie pijanego ślusarza. Koniec rozczapierzony, powyginany... kuleczki na końcu dźwigni brak, zamiast niej krater i pogięta śruba regulacji. Zdjęcie lewej kapy to rzecz banalna jak sprawdzenie oleju, więc po 5 minutach wszystko było na wierzchu. Pilnik załatwił popychacz, a śruba regulacji została przeszczepiona z Junaka Żaby. I tak dobiegły końca ostatnie poprawki. Jeszcze tylko na stacji w Narolu zakup pompki, ot tak na wszelki wypadek, i odprowadzony przez Żabę dotarłem w strugach deszczu do granicy w Hrebennem. Dobrze, że Żaba wszystko ze szczegółami opowiedział o przekraczaniu granicy, bo nie wiem czy byłbym w ostatniej chwili nie skrewił. Ale słowo się rzekło, Kamrat patrzył, więc nie dało rady się wycofać. Ruszam na wschód "tam musi być jakaś cywilizacja".





Przez przygody ze sprzęgłem na granicy byłem około południa, a potem raptem godzinka i już po drugiej stronie. Tyle, że na przekroczenie straciłem godzinę oczekiwania plus drugą za sprawą zmiany strefy czasowej. Do Kamieńca Podolskiego, gdzie miałem nocować u Ojców Paulinów, prawie 400km po nieznanym terenie. Na szczęście to jedyny dzień gdzie coś było zaplanowane. Podstawą udanego wyjazdu jest wszak brak planowania - wtedy nic nie może się nie udać :-)))

Na szczęście deszcz przestał padać, wyszło słonko, zrobiło się optymistyczniej. Co do dróg opisałem je w "garści uwag". Dość powiedzieć, że na pierwszych 70km zgubiłem część bagażu, a bagażnik, jak się okazało następnego dnia, nieco się połamał. Za to zaczęły się przepiękne widoki - pagórki i pola po horyzont to coś co lubię najbardziej.



W drodze błyski z reflektora i wskazania +10A do akumulatora poinformowały mnie, że z prądem będę miał kłopot. Ale to problem na przyszłość bo, wieczorami nie zamierzałem jeździć, a za dnia można, i trzeba (żeby się nie rzucać w oczy) bez świateł. Akumulator odłączyłem żeby nie spalić prądnicy. Żarówka sama się spaliła. Na szczęście jedno włókno, na drugim dojechałem do celu.

Już wieczorem dotarłem do Kamieńca Podolskiego do gościnnych Ojców Paulinów. To desant z Jasnej Góry udzielający posługi duchowej rozproszonym kamienieckim owieczkom, remontujący podominikański kościół i udzielający schronienia takim wędrowcom jak ja. 10USD za pokój stanowi formę wsparcia ich działań. Za to oprócz przyzwoitego noclegu można liczyć na wspaniałe wieczorne pogawędki, łagodne traktowanie przy spowiedzi i poranną Mszę. Słowem ładowanie akumulatorów na dalszą drogę.



Środkowe okno to moja cela.

>> dzień 5