dzień 1: Krzyżowa

odprawa, uciekam z zakładu, szybszy od tirów, znowu w gościnnych progach...

Rano tradycyjna odprawa na Ksieżycu. Wszystkie duże wyprawy rozpoczynam w tym magicznym miejscu. Krzych wyczarowuje taką atmosferę, że wszyscy mazowieccy junakowcy ciągną tu jak pszczoły do miodu. Stara buda, tokarka pamiętająca czasy walki o realizację pierwszego planu pięcioletniego, kompresor przypominający silnik od czołgu tłoczący powietrze z siłą płuc pięcioletniego szkraba, imadło z czasów szkolnych, wieczna walka Krzysztofa z nałogami pracowników i fanaberiami klientów, podejście do lotnictwa bliższe braciom Wright niż standardom Boeinga. Trzeba tego zaznać osobiście i nie można przestać tu powracać.

licznik na starcie

odprawa na Ksiezycu

Potem obowiązki służbowe. Planowałem urwać się wcześniej z pracy, ale życie zweryfikowało plany. Już chciałem wrócić do domu by wystartować rano, ale junakowiec twardy musi być. Ruszam o 19. Zazwyczaj staram się unikać "gierkówki", ale tym razem zależy mi na czasie. Silnik dobrze ciągnie, droga po części podciągnięta do klasy ekspresówki, można wycisnąć z motocykla wszystko na co go stać. Wyprzedziłem wszystkie napotkanie ciężarówki :-) Do Oli i Marcina, których staram się odwiedzać ile razy jestem w okolicach Bielska Białej bez problemow docieram lekko po północy. Pisalem  juz o tych gigantach entuzjazmu, optymizmu i twórcach rzeczy niezwykłych. Tym razem spotkałem się tylko z Marcinem. Ola z młodzieżą wędrowała po górach. Uściski, ząbki, paciorek i spać. Pierwsze 360 km za mną. 

>> dzień 2