dzień 2: w austriackim lesie

błogosławieństwo na drogę, rok w dwie godziny, klucz w kaloszu, Pan Tadeusz na autostradzie, marsz śmierci, wśród niedźwiedzi

Rano msza u Dominikanow w Korbielowie. Po mszy wpadlem do zakrystii i poprosilem o specjalne blogoslawienstwo na droge. Pelen profesjonalizm :-) Nic nie trzeba bylo improwizowac. Blogoslawienstwo zostalo udzielone, kilka serdecznych pytan o cel podrozy, o motocykl i ruszam do Marcina na sniadanie polaczone z opowiesciami. W dwie godziny streszczamy ostatni rok. Marcin zabiera corke po odbior pucharu za osiagniecia w narciarstwie alpejskim. Jest trzecia w kraju w swojej kategorii wiekowej, a z tego co znam te rodzine niedlugo bedziemy mieli "sawickomanie" gdy zacznie startowac wsrod seniorow :-)  Klucz do domu zostawiam w kaloszu i naladowany energia o 12:30 wyruszam w droge. Troche pozno, ale lepiej pozno niz wcale.

pod domem Oli i Marcina
pod domem Oli i Marcina (budynek dawnej szkoły z XIX wieku wyremontowany i wykorzysywany jako dom mieszkalny i miejsce organizowania pobytów młodzieży)

malowniczy Beskid Żywiecki
malowniczy Beskid Żywiecki

winieta na austriackie autostrady
winieta na austriackie autostrady

Jałowy czas na autostradzie urozmaicam sobie nauką Pana Tadeusza. W szkole nie mogli mnie zagnać do nauczenia się pierwszych dziesięciu wersów, a teraz z przyjemnością trenuję mózg. Do wszystkiego trzeba dorosnąć. Ja dorastam zdecydowanie wolniej niż zakłada polski system edukacji :-)  Mając GPS nie trzeba bacznie śledzić drogi i można "lecieć na przyrządy". Zaraz będę skręcał w kierunku Wiednia.

Pan Tadeusz na autostradzie
Pan Tadeusz na autostradzie

chmurki zapowiadają kłopoty
chmurki zapowiadają kłopoty

Okolo 22 w austriackich gorach (140km przed Klagenfurtem) na autostradzie zapowiadane kłopoty materializują się i lapie mnie deszcz. Ciemno, droga pod gore, leje, naraz gubi sie jeden takt, potem drugi i kilka kolejnych, by po kilku sekundach zapadla cisza. Kilkanascie sekund wczesniej mijalem telefon SOS. Tam jest kawalek miejsca za barierka. Postanawiam cofnac. Pcham motocykl pod prad (oczywiscie jest pas awaryjny). Po 500 metrach ustawiam go w bezpiecznym miejscu i natychniast przystepuje do akcji reanimacyjnej. Wycieram kabel wysokiego napiecia i nic. Ogladam swiece. Nie mozna sie przyczepic. Uwage zwraca jej suchosc mimo wielokrotnego kopania. To jakis trop. Nie zdazylem juz nic wiecej zdzialac gdy obok zatrzymuje sie policja. Podchodzi pan policjant i zagaduje cos po swojemu. Jakos tak mam, ze gdy widze funkcjonariusza w czapce z otokiem gadajacego po niemiecku to automatycznie przychodza niemile odczucia. Po chwili przechodzimy na angielski i atmosfera lekko sie poprawia. Oznajmia, ze dzwonili kierowcy i meldowali o mojej wedrowce. Uprzejmie tlumacze, ze tylko 150 metrow wiec nie bylo sie o co niepokoic. On na to, ze tu jest bardzo niebezpiecznie. Zdaje sie nie zauwazac miejsca za barierka kolo telefonu gdzie ustawilem motocykl. Uprzejmie pytam czy to niebezpieczenstwo zwiazane jest z wilkami. Chwyta i dodaje, ze niedzwiedzie tez sie trafiaja. Niby mundurowy, a poczucie humoru ma. Prosi o prawko i wedruje do auta. W tym  czasie pojawia sie drugi patrol. Kto bogatym zabroni? Jeden motocykl i tyle sil porzadkowych. Pierwszy po chwili znika (prawko oddal). Drugi mowi zebym pakowal narzedzia. Za kilometr jest stacja benzynowa i tam sie trzeba przeniesc. Nawet na chwile mnie zaciekawil jak tego dokonamy. Po chwili znalem odpowiedz. Oni z tylu powolutku w aucie blyskajac kogutem, a ja z przodu pchajac moto pod gorke. Taki swoisty marsz smierci. Na terenach niemieckojezycznych wszystko mi sie kojarzy  z filmami wojennymi ;-)  Uprzedzili tylko zebym nie zbaczal na lewo. Wiem, wiem, jeden krok w bok i strzelaja. Ten kilometr byl z hakiem. Po drodze sciagnalem kurtke, bluze termiczna i caly bylem mokry. Wiecie co sie dzieje w spodniach motocyklowych i bieliznie temicznej przy duzym wysilku?  Koniec byl najlepszy. 100 metrow do stacji pod duza gorke. Zataczalem sie i czekalem na strzal w plecy. To jednak nie nastapilo. Pelem profesjonalizm z ich strony. Naprawde jedynym celem bylo zapewnienie bezpieczenstwa mnie i innym. Poinformowali, ze widoczny kolo parkingo hotel ma otwarta recepcje do 23, a potem mozna sie dostac proszac o pomoc na stacji. Jeszcze kilka pytan o marke motocykla (Junaka nie widzieli?), pojemnosc, cel podrozy i juz ich nie bylo. Nie bylo tez mowy o mandacie. Jacys dziwni ci policmajstrzy. Piersze kroki skierowalem na stacje po jakies picie. Tam bylo naprawde niebezpiecznie. Nestea 1,5 litra za 4 Eurosie, olej Shela (najprostrzy mineral) 19 Eurosi za litr!!! Slowem jaskinia zbojcow. Gdy odsapnalem przeczyscilem gaznik i odpalilem od pierwszego kopa. Zrobila sie 23:30. Mialem upatrzony camping kolo Klagenfurtu, ale to jeszcze ze 140 kilometrow i bylbym tam okolo 2 w nocy. Odbijam wiec na pierwsza miejscowosc, po 500 metrach w lesna drozke i po pol godzinie zasypiam w namiocie w srodku lasu. Wilkow i niedzwiedzi nie bylo, albo ich nie zauwazylem. Sam smak motocyklizmu. 

>> dzień 3