dzień 13: nad morzem Egejskim

podglądają nas efy, pusta kiszka, ostatnie spojrzenie żółwia, u stóp Olimpu, szukamy miejsca na biznes, autostrady nie są proste, można nad morze, rosyjskie rozmówki, szukamy ryby po grecku, fotki dla bułgarskiej bajkerki

Nie spełniły się czarne wizje Krzysztofa związane z napadem zbójców, dzikich zwierząt, zwierząt niezupełnie dzikich, ale agresywnych wystarczająco żeby się ich bać, policji, lokalesów itp. Gdy wstałem rano moim oczom ukazał się widok kilku ciał (dokładnie dwóch) rozrzuconych po ziemi w naszym obozowisku. Byli to moi współtowarzysze podróży śpiący twardym snem (również w dosłownym znaczeniu tego słowa) pod gołym niebem.

dzikie obozowisko

dzikie obozowisko

Krzych był gotowy do natychmiastowego podjęcia działań obronnych bez konieczności szukania w panice kalesonów, butów czy też czapki. Podobnie Quba, z dokładnością do niefrasobliwego ściągnięcia butów. Obaj pokryci byli kropelkami rosy, która dość szybko odparowała w pierwszych promieniach słońca. Noc nie była upalna. Ja w namiocie, w śpiworku i na macie nad ranem poczułem lekki chłodek. Ciekawe czy mama Krzysia wie jak niefrasobliwie naraża się na wilgoć i chłód?  Teraz jest młody więc nie myśli o zdrowiu i o tym co będzie gdy będzie starszy!!!  Ech ta współczesna młodzież.

Niebawem obaj młodzieńcy obudzili się bo zza krzaków dał się słyszeć tupot, dzwonienie i szczekanie. To nadciągało stadko owiec z pasterzem i psami.

dziki biwak

dziki biwak

Krzych z każdym potrafi się dogadać. Pastuszek nie należał do wyjątków. Z symultanicznego tłumaczenia rozmowy zrozumiałem, że zobaczył trochę świata pracując dla Niemców głęboko w kopalni, lub też, że miał tych kopanych Niemców głęboko w d...e.  Jak tam było, tak było, grunt, że wszyscy się uśmiechali serdecznie i pozdrawiali.

Aby świeżo powstali z madejowych łoży mogli się rozgrzać zarządziliśmy herbatkę i kawkę oraz małe co-nieco. Quba dał się sfotografować przy pracach kulinarnych.

dziki biwak

Ja w tym czasie składałem graty. Potem śniadanko i chwila relaksu. W między czasie nad nami zaczęły krążyć trzy myśliwce i orzeł. Niski przelot kilku efów robi wrażenie. Nie stosują tłumików, a wolny wydech brzmi naprawdę spektakularnie. Tak sobie krążyli kilka minut i pozwolili nacieszyć się nieczęsto spotykanym widokiem.

Gdy już wszystko było gotowe do wyjazdu okazało się, że ze startu jak to mówią kiszka. A to za sprawą pustej kiszki w motocyklu Krzycha. Wieczorem wspinając się od szosy do biwaku musiał najechać na jakiś kamień. Na fotce widać "podnośnik" rodem z filmu "Między nami jaskiniowcami"...

dziki biwak

... i uśmiechniętego Krzycha przy pracy.

dziki biwak

Po starcie musieliśmy na chwilkę przystanąć na cepeenie by dodmuchać krzychowe koło i pod piekarną by świeżymi bułeczkami i zimną colą dodać sobie ducha i za ich pomocą zapomnieć o nocnych strachach.

zimna cola
(fot. K54  >> galeria zdjęć wykonanych przez Krzycha)

Po tym drobnym falstarcie odpaliliśmy i bez dalszych przygód technicznych przemierzaliśmy grecki interior kierując się ku Olimpowi i morzu.

ku Olimpowi

Nareszcie ciepło, piękne widoki, pusta droga... nic dziwnego, że na twarzy banan :-)

ku Olimpowi

ku Olimpowi

Uroki słonecznego dnia docenił też żółw. Zobaczyłem go z daleka jak stał niezdecydowany na środku drogi. Gdy byłem blisko wyraźnie widziałem jego zaskoczony wyraz twarzy. O Junaku może słyszał, ale widział go pewnie pierwszy raz w życiu. Jak się po kilku sekundach okazało i po raz ostatni. Quba dostrzegł na jezdni jakiś kamień, a Krzych jadąc nieco z tyłu nawet tego nie dostrzegł :-(  Byłem już ze sto metrów z przodu, a mimo to usłyszałem głośny odgłos pękającej skorupy.

ku Olimpowi

Powyżej za nami przysłonięty chmurami majestatyczny Olimp. A poniżej powitanie z morzem Egejskim z Olimpem na horyzoncie.

morze Egejskie

Nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wjechania na plażę. Niestety nie wystarczyło umiejętności. Ja i Krzych zakopaliśmy się po kilku metrach. Quba natomiast był w swoim żywiole.

morze Egejskie

Biały człowiek i czarny motocykl nad niebieskim morzem. 

morze Egejskie

Wakacje pełną gębą :-)

morze Egejskie

Krzych też przełamał strach przed piaskiem.

Krzych na plaży

Teraz nadszedł czas na kąpiel, potem rzut oka na krzychowe sprzęgło, które nieco ucierpiało podczas zabaw na plaży, melon z prosciutto, kanapki salami i pysznymi pomidorami, kawka, herbatka... nie ma lepiej!!!  Po plażowaniu wsiadamy i gnamy dalej. Ponieważ chcieliśmy ominąć Tesaloniki wybraliśmy opcję autostradową.  Spuszczę zasłonę milczenia na fakt, że znowu nieco zmyliłem drogę (jak można się zgubić na prostej autostradzie???) bo tym razem nic ciekawego z tego nie wynikło. Po prostu zawróciliśmy na najbliższym węźle i dalej już bez przygód pomykaliśmy ku miejscowości gdzie liczyliśmy, jak się okaże błędnie, na nocleg na kempingu.

Tessaloniki

Drobna usterka dopadła i mojego Junaka. Już na etapie górskim na wolnych obrotach zarzucało świecę. Teraz stało się to uciążliwe przy przejazdach przez miejscowości. Na chwilę stanęliśmy pod pustostanem, aby sprawdzić co i jak. W trakcie prac podjechał miły gość na skuterze i poinformował, że 100 metrów dalej jest serwis motocyklowy. Przypuszczaliśmy jednak, że ze względu na brak greckiego tłumaczenia serwisówki i niską podaż części serwis nie poradziłby sobie z moim przypadkiem. W ciągu kilku minut mieliśmy już diagnozę. To rurka rozpylacza, która powinna mieć średnicę 2,70 mm wytarła się i popuszczała za dużo paliwa. Krzych wyciągnął z przepastnych kufrów potrzebną część, ja wkręciłem gdzie trzeba, złożyłem gaźnik i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Zanim ruszyliśmy pobawiliśmy się przez chwilę myślą, że w pustostanie moglibyśmy założyć serwis Junaka. Żeby jednak w pełni doceniać walory leniwego życia na greckiej prowincji powinniśmy nastawić się na wersję M7. Skoro występuje w Polsce stosunkowo rzadko to tymbardziej w Grecji taki profił usług zapewni nam niezbędny dla naszych młodych organizmów spokój i brak konieczności pracy :-)

lokal na serwis Junaka
(fot. K54  >> galeria zdjęć wykonanych przez Krzycha)

Słońce było już nisko nad horyzontem oświetlając drogę wspaniałym ciepłym światłem.

droga na wschód

Trzej jeźdźcy.

na wschód

Do zakładanego celu dotarliśmy już po zmierzchu. Z kempingu wyszły nici. Wszystkie jeszcze były pozamykane, tak samo jak większość hoteli. Stojąc pod jednym z nich zwabiliśmy hukiem silników właścicielkę, która łamanym rosyjskim zaproponowała kwartirę za 30 Eurosi. Zostawiliśmy tam graty i na lekko udaliśmy się do niedalekiej miejscowości na kolację. To moja pierwsza wizyta w restauracji w Grecji. Przeglądając kartę zastanawiałem się jakież to są typowe greckie potrawy. Oczywiście ryby po grecku nie znalazłem, ale grecką sałatkę i owszem. Do tego bywały w świecie Krzych zarządził suflaki, czyli szaszłyki, które chyba do Grecji trafiły z Turcji, jeszcze bułka z oliwą i nie trzeba nic więcej. Jeszcze fotka z bajkerką z Bułgarii, która zachwyciła się naszymi maszynami, krótka droga na bazę, siusiu, paciorek i spać.




>> dzień 14