dzień 14: gdzieś w Bułgarii

Apacze, atrakcyjna szoferka, kąpiel, nadchodzi burza, knajpa z widokiem na morze i lwem, pracujące zabytki, uciekamy przed frontem, wśród lokalesów, otoczeni przez Murzynów

Po nocy przespanej w łóżkach, kąpieli w ciepłej wodzie pod prysznicem siadamy do śniadania na ocienionym tarasie. Krzych zakupił świeże bułeczki, mamy wędlinkę, sery, pomidory, do tego mgiełka majonezu - nie jest źle. Wypoczęci ruszamy wzdłuż wybrzeża. Plan na dziś to dojechać do Bułgarii.

nocleg w hotelu
motocykle zaparkowane na patio pod samymi oknami

Przez kilkadziesiąt kilometrów jedziemy lokalnymi drogami, ale potem droga wzdłuż wybrzeża się kończy i przerzucamy się na dwupasmówkę i autostradę. Ruch znikomy. Quba bardzo narzeka na nudę.

nuda na autostradzie

Mnie się jednak i taka jazda podoba. Widok na morze i wspaniałe zapachy kwitnących na żółto krzaków rekompensują nudę jednostajnej jazdy.

kolory, zapachy

W pewnym momencie po lewej stronie drogi dostrzegamy zabawy trzech ważek. Krążą radośnie jedna za drugą, nabierają wysokości, schodzą nad ziemię. Wdzięk i urok. Wprawne oko Krzycha rozpoznaje gatunek - to Apache. To nie koniec widowiska. Po chwili przerywają pląsy i kierują się w szyku ku granicy tureckiej. Czyżby sojusznicy z NATO brali się za łby?  Potwierdza to napotkana kolumna wojskowych cystern. W prowadzącym aucie za kierowcę robi bardzo ładna dziewczyna. Jakiś czas jadę na wysokości kabiny gapiąc się bezczelnie. Nie starczyło mi jednak odwagi żeby wyciągnąć aparat.

Zrobiło się upalnie. Skręcamy zatem nad morze żeby się ochłodzić. Ciuchy precz i po gorącym piasku biegniemy do wody. Akurat zdążyliśmy się popluskać i ponurkować gdy nad górami niebo zrobiło się sino granatowe i zagrzmiało. Szybka ewakuacja do knajpki, której taras wisiał nad plażą. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Przy obiadku przeczekujemy ulewę.

przeczekujemy burzę

Koło knajpy kręciła się namiastka lwa. Zwróćcie uwagę na jego ogon.

namiastka lwa

Burza przeszła, ale cały czas straszyły nas chmury wiszące nad górami. Ich widok towarzyszył nam do końca dnia. Deszcz jednak nas nie dopadł. W jednej z ostatnich miejscowości nad morzem zrobiliśmy pamiątkowe fotki Junaków pod palmami.

Junaki pod palmami

Dojechaliśmy prawie do granicy z Turcją po czym odbiliśmy ku północy w kierunku Bułgarii. Na poobiednią kawkę zatrzymaliśmy się w malutkiej mieścinie. Senna uliczka, ryneczek, kilku gości przy stolikach ustawionych przy ulicy. Poprosiłem o dwie kawy. Dla Quby miała być z mlekiem. Trudno mi było to wytłumaczyć pani za barem. Ostatecznie na migi poprosiłem o podwójne espresso i frappe. Następnie chciałem namówić panią żeby podała mleko. Zrobiła tak przerażoną minę, że odpuściłem i na jej oczach zacząłem wlewać frappe do espresso. Tego już nie wytrzymała, poddała się i podreptała po mleko. Co pomyślała o takim barbarzyńcy to wie tylko ona. Quba tęsknym okiem spoglądał na Toyoty, Nissany i inne zabytkowe auta z wypłowiałym od słońca lakierem będące tu w stałej eksploatacji. Sami nie wiedzą jakimi cennymi zabytkami się rozbijają.

w małej knajpce

Miło się siedziało, ale droga woła. Przed wieczorem chmury i słońce zafundowały wspaniałą feerię barw.

barwy zachodu

Zbliżamy się do granicy z Bułgarią.

ku granicy

Słońce było już dość nisko i był to czas najwyższy na znalezienie noclegu. Zacząłem się intensywnie rozglądać. Niewysokie wzgórza oddzielone od drogi głęboką dolinką zarośniętą gęsto drzewami, polna dróżka nurkująca pomiędzy drzewa. Czegóż chcieć więcej?  Po chwili stanęliśny na otoczonej drzewami łączce nad strumieniem, który wyżłobił cienisty wąwóz. Na środku łąki rozłożyste drzewo. Skojarzenia z baobabem nazwanym Kraków i wąwozem w którym Staś i Nell znaleźli słonia nasuwały się same. Tym bardziej, że dwa kilometry wcześniej minęliśmy wioskę, w której na ulicach widzieliśmy sporo Murzynów. Czego szukają w Bułgarii? 

w pustyni i w puszczy

Quba rozpalił ognisko. Krzych jak zawsze ostrożny wyraził obawy czy nie ściągniemy sobie kogoś na głowę. Quba wyraził nadzieję, że Murzyni są wystarczająco dzicy żeby bać się ognia. I chyba tak było. Z oddali rozlegały się wycia. Raz z jednej, raz z drugiej, ale ogień trzymał ich na dystans. A może to wyły psy? Cokolwiek to nie było, było wystarczajaco dzikie. Kolacja i leniwe polegiwanie przy ogniu bardzo się wszystkim podobały.

>> dzień 15