dni 16, 17: meta

z szybkością dyliżansu, nie ma szans na spagetti, drutem i trytrytką, pękający wydech, riders in the storm, Węgry nocą, Słowacja o świcie, taniec na autostradzie, z wizytą u Wodza, wujek Piotr, ekspres Nowy Targ - Warszawa, wszytko dobre co się dobrze kończy

Sobota rano. Do domu jeszcze 1300km. Krzysztof rzuca propozycję żeby jechać non stop bez nocowania. Jeszcze tego nie próbowaliśmy więc czemu nie? Pełni wiary w siły swoje i Junaków odpalamy parę minut po ósmej rano.

start do ostatniego etapu 

Tłumik Quby ulega stopniowej destrukcji. Kilka dni temu lekko pękł na spawie, dziś puścił cały spaw oraz pękł płaskownik na którym wisi tłumik. Ratujemy go cybantem, drutem i trytrytkami. Co jakiś czas trzeba terapię powtarzać. Wpadamy do przydrożnego warsztato-autozłomu gdzie za pomocą kątówki i spawarki z kawałka kątownika majster robi nowy wieszak.

w warszacie

Na takich zabawach schodzi sporo czasu. O pierwszej trzydzieści stajemy na obiad. Proszę wesołego kelnera o spagetti. On na to oburzony odpowiada, że spagetti mogłem jeść we Włoszech, a w Rumunii je się co innego. Sam dokonuje za mnie wyboru. Byłem bardzo z tego zadowolony. W pięć godzin urwaliśmy 160km co daje średnią porównywalną z dyliżansem :-)  Byle do przodu. Piękne widoki nagradzają wysiłek.

gdzieś w Rumunii

W Rumunii z autostradami nie za bogato. Cieszymy się każdym kawałkiem, bo omijając wioski podnosimy średnią prędkość.

gdzieś w Rumunii

Nastrój bojowy.

gdzieś w Rumunii

Tylko Quba narzeka, że od wibracji dezintegruje mu się organizm. Opracowuje szereg nowatorskich pozycji.

gdzieś w Rumunii

W jednej z wiosek mijamy kilka siedzib przeznaczonych prawdopodobnie dla cygańskich królów.

pałace

Późnym popołudniem kończy się nam Rumunia, a zaczynają Węgry.

Węgry

Kończy się też bezchmurne niebo. O zmroku obserwujemy chmurska rozświetlane błyskawicami. Naiwnie myślimy, że burza przejdzie bokiem. Tyle widziałem jadąc przez większą część Węgier. O mijanych krajobrazach trudno coś powiedzieć. Do tego dopadła nas burza. Na szczęście padało tylko przez pół godziny. W końcu i mnie dopadła awaria - przepalona żarówka w tylnej pozycji. Zmieniłem i nie byłoby o czym wspominać gdyby nie niedbale dokręcona śrubka mocująca klosz. Po paru kilometrach klosz odpadł. Nie spotkał go los żółwia, a wręcz przeciwnie Krzysztof jakimś cudem zauważył lecącą zgubę. Stanęliśmy. Quba ruszył pod prąd autostradą na poszukiwania i znalazł!!!

Węgry nocą

Świt zastał nas na Słowacji u podnóży Tatr. Widok był tak piękny, że pozwoliłem sobie stanąć na chwilę (autostrada) i zrobić kilka fotek.

świt na Slowacji

Koledzy spostrzegłszy, że gdzieś się zawieruszyłem stanęli i czekali. Opłacało się. Za chwilę mieli pokaz jazdy kaskaderskiej w moim wykonaniu. Goniąc peleton już ich widziałem z daleka gdy na lekkim łuku i spadku przy prędkości 85-90km/h nagle zaczął mi tańczyć tył. Tylne koło starało się wyprzedzić przednie to z lewej to z prawej strony. Bojąc się dotykać przedniego hamulca hamowałem silnikiem i delikatniutko tylnym. Prędkość malała, ale próby wyprzedzenia przedniego koła przez tylne były coraz gwałtowniejsze, aż w końcu motocykl ustawił się bokiem i już bez kontroli poleciałem na ziemię.  Na szczęście nic nie jechało. Wszystko to zakończyło się tuż obok Kamratów, którzy pomogli mi zebrać się i zepchnąć motocykl na boczny pas. Dzięki adrenalinie nawet nie czułem kolana. Boleć zaczęło po godzinie. Przyczyną dziwnego zachowania motocykla był flak w tylnym kole. Wymiana dętki to 15 minut i po chwili poobijany, ale szczęśliwy, że zakończyło się to tylko na strachu jechałem dalej.

Tatry o świcie

robię koło

Po godzinie byliśmy już w Polsce. Home, sweet home :-)

PL

Łysa Polana, Bukowina, Poronin i wigwam Wodza willa Stokrotka w Zakopanem o siódmej trzydzieści, czyli po 23 godzinach w drodze. Serdeczne powitanie, śniadanie, opowieści... ja pobiegłem na ósmą do kościoła na mszę, aby spełniły się słowa wieszcza "...pod Twoją opiekę ofiarowany, martwą podniosłem powiekę i zaraz mogłem do Twych świątyń progu iść za wrócone życje podziękować Bogu..." Po mszy chwila snu. Koledzy już chrapali. Krzych swoim zwyczajem nawet nie ściągnął butów. Jak to mówią: "wsiegda gatow!!!" Ja wyciągnąłem śpiwór i gdy zapiąłem zamek straciłem przytomność. Pobudka po dwóch godzinach. Gościnni gospodarze zapraszają do stołu na obiad. Wódz sporządza nowy wieszak na resztki qubowego tłumika (rumuński pękł na spawie) i mocują resztki blach. Pamiątkowa fotka przy wigwamie Wodza.

w wigwamie Wodza

Quba odpala do Poronina gdzie mieszka jego wujek. To piękna klamra naszej wyprawy. Wuj Piotr walczył pod Monte Cassino i to na pierwszej linii. Po pół godzinie esemes od Quby żebyśmy do niego dołączyli. Uściski z Wodzem i pędzimy. Jeszcze tylko blondynka w czerwonym Seacie usiłowała zabić Krzycha (hamując skręciła do prawej i gdy Krzych ją wyprzedzał nagle bez kierunku skręciła w lewo w bramę) i po chwili jesteśmy przed domem wuja Piotra. Mimo dziewięćdziesięciu paru lat błysk w oku, jasny umysł i pół godziny opowieści na bardzo interesujący nas temat. 12 zmotoryzowany pułk Ułanów. Przez linię obsługiwaną przez niego poszedł meldunek o zatknięciu polskiej flagi na ruinach klasztoru, kilkanaście dni na pierwszej linii w odległości 150 yardów od linii niemieckich. Każdy kto przechodził ulicą serdecznie witał się. Widać wuj Piotr to w Poroninie osoba znana i szczerze szanowana. Skoda, że musiał wracać do gości, a my do Warszawy. Może uda się zaaranżować spotkanie specjalnie w celu wysłuchania opowieści z Włoch? 

wuj Piotr

Ruszamy. Tankujemy przed Nowym Targiem. Piąta po południu. Od startu do ostatniego etapu 930km. Do domu 370km.

Nowy Targ

Junaki czują garaż i rwą bez problemów do domu. Z Nowego Targu do domu  dolecieliśmy w sześć godzin z małym haczykiem.

Kraków:
Kraków

Jedrzejów:
Jędzrzejów

Radom:
Radom

meta:
meta 

1300km w 39 godzin. To był dłuuuugi dzień :-))))

5460km trasy praktycznie bez awarii. Prawie wszystko się udało. Do jednego morza nie dotarliśmy. Może to i dobrze? Będzie do czego wracać. Junaki dają radę!!!

Dziękuję Rodzince za wspaniałe wakacje. Magdzie, Osie, Dakarkowi i Ascecie za spotkanie na Monte Cassino. Krzychowi i Qubie za wspólną przygodę. Gdzie następnym razem?