spotkanie SMJ

Na przełomie wiosny i lata wszystko budzi się do życia i zazwyczaj wtedy organizowane jest spotkanie Stowarzyszenia Miłośników i Posiadaczy Motocykla Junak w Morzyczynie pod Szczecinem. Czasami zimowy sen stowarzyszenia trwa dłużej, ale wtedy okoliczni zapaleńcy organizują się samodzielnie. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć Junaki na ulicach ich rodzinnego Szczecina powinien w czerwcu rezerwować czas. W kalendarzu fanów Junaka to jeden z obowiązkowych punktów.

W tym roku był jeszcze jeden powód by wyruszyć na północny zachód. Doszły nas wieści, że Kosma zamierza zmienić stan cywilny. Ponieważ Kosma jest zapalonym Junakowcem więc los jego wybranki nie rysuje się w różowych barwach. Już do końca życia będzie musiała walczyć z "niewiernym" mężem zdradzającym ją z zaborczą maszyną. Chcieliśmy oszczędzić jej cierpień i uprzedzić o tym zagrożeniu. Czy nam się udało okaże się za chwilę. Tymczasem jak zawsze startujemy z Księżyca. Jak zazwyczaj w imieniu Krzycha zachęcam do podziwiania fotek jego autorstwa (po kliknięciu w ten link).

odprawa na Księżycu
(na zdjęciu od lewej autor, Krzych54 i Levisek)

Jechaliśmy różnymi drogami... szerokimi  (zdecydowanie nudnymi)...

różnymi drogami

... średnimi  (średnimi co do szerokości, ale ku naszej radości o niezłej nawierzchni)...

różnymi drogami

... i wąziutkimi :-)

różnymi drogami

Czasem lepszymi (sporo zmienia się na lepsze), czasem gorszymi, ale zdecydowanie najatrakcyjniejszymi i najpiękniejszymi.

Brzoza

W Białośliwiu spotkaliśmy się z Brzozą i w cztery Junaki pomknęliśmy, aby poważnie porozmawiać z Kosmą i jego wybranką. Niestety mimo najlepszych chęci spóźniliśmy się głupie piętnaście minut. Niby tylko kwadrans, ale było już za późno ;-)

gratulacje

Cóż było robić. Złożyliśmy gratulacje, każdy otrzymał od młodych stosowny bidon na drogę...

bidon

... i wraz z kilkoma przyjaciółmi młodych asystowaliśmy w pierwszej drodze.
asysta

Jeszcze tylko para moda musiała pokonać kilka bramek (tu bramka branżowa gdyż Kosma związany jest z leśnictwem).

pokonywanie bramki

Poszło znakomicie...

on

...  i w pełnej zgodzie (jak to w młodym małżeństwie). Oby tak zgodnie szło dalej!!!

ona

Połączyliśmy siły. Do peletonu dołączyli Gnum (na zdjęciu) i odpoczywający między oceanicznymi rejsami marynarz Mateusz.

Gnum


Nie ma to jak lokalni przewodnicy. Po drodze krótkie zwiedzanie reliktów przeszłości w Bornem Sulinowie. Na zdjęciu ozdoba nad wejściem do klubu oficerskiego. Przed wojną wybudowali go Niemcy i ozdobili z właściwym im smakiem i polotem. Płaskorzeźba jeźdźca w charakterystycznym baniastym hełmie na tle sztandaru ze swastyką. Jak brykali po Europie tacy szlachetni rycerze wiemy wszyscy. Po wojnie miasto, a więc i klub przejęli kolejni rycerze, tym razem spod ciemnej gwiazdy. A może czerwonej? Z właściwą im subtelnością nie zlikwidowali starych symboli tylko przykryli je blaszaną gwiazdą. Może było to spowodowane właściwym im niechlujstwem? Dość, że gdy w końcu opuścili gościnne Pomorze gwiazdę zostawili. Teraz odpadła i "wróciło" stare. Pewnie nie na długo bo klub popada w ruinę. Naszej armii nie potrzebne takie luksusy.

relikty przeszłości

Po zwiedzaniu kolejne malownicze drogi, wspaniałe krajobrazy, zapachy lasu, jezior, pól... nie ma lepiej :-)  W Czaplinku przerwa na obiad. Podrywaliśmy panią bufetową nazywając ją serdelkiem :-)  Rzecz jasna jako dżentelmeni nie sami tak ją nazwaliśmy. Tak zwracała się do niej rodzona siostra, zresztą z serdeczną wzajemnością. 

w drodze

W sobotę o dziewiątej odprawa. Pustynny z zawodową wprawą ustawił niesfornych i w miarę trzeźwych miłośników Junaka we w miarę zwartym szyku, przedstawił rozkaz dzienny i dał hasło do odjazdu. Roland bezpiecznie przeprowadził całe towarzystwo przez Szczecin do Muzeum Komunikacji.

startujemy do Szczecina

Trzydzieści sześć Junaków robiło duże wrażenie na mieszkańcach Szczecina.

35 Junaków

Atrakcją dnia było spotkanie z kadrą inżynierską Szczecińskiej Fabryki Motocykli. Zaraz po studiach w połowie lat pięćdziesiątych zostali zatrudnieni w SFM'ie i rozpoczęli, jak to określili, przygodę życia. Tworząc od zera fabrykę motocykli wszystkiego musieli uczyć się sami. Dwadzieścia parę lat, dyplom w kieszeni, pierwsza praca i takie wyzwanie. Można pozazdrościć. Oczywiście nie wszystko było takie różowe biorąc pod uwagę realia tamtych czasów. Cztery godziny opowieści, wspomnień, pytań i odpowiedzi. Po pięćdziesięciu latach ożyły nawet na chwilę animozje pomiędzy Szczecinem, a Łodzią gdzie powstawały silniki, co wskazuje ta to, że wszyscy szczerze angażowali się w tworzenie Junaka.

Jeden z panów (niestety nie zapamiętałem nazwisk, postaram się tę informację uzupełnić) był odpowiedzialny za serwis Junaków. Organizował fabryczną ekipę serwisową. Nadzorował współpracujące z SFM stacje serwisowe. Namawiał je do kupowania i posługiwania się specjalistycznymi narzędziami. W wielu wypadkach było to bardzo niewdzięczne działanie bo fachmani na tyle biegle posługiwali się młotkiem i przecinakiem, że wszelkie subtelności w postaci kluczy, ściągaczy, rozpieraczy i temu podobnych burżuazyjnych wynalazków były im klasowo obce. Ślady przecinaków i młotków odcisnęły się niezatartym piętnem i możemy niejednokrotnie dostrzec je na naszych maszynach. Pan pochwalił się, że Junakiem przejechał 150 tysięcy kilometrów!!!  To sporo, ale trzeba brać pod uwagę nieograniczony dostęp do nowych części, dokumentacji, pracowników serwisu i pozostałych członków załogi fabryki. My musimy radzić sobie bez tych udogodnień. Sporo zdrowia kosztowało go branie na klatę reklamacji od zirytowanych klientów. Wyobrażacie to sobie? Co za bezczelność. Ludziom w głowach się przewracało. Dostawali nowiutkie Junaki i nie potrafili tego docenić tylko rzucali się skarżąc się na cieknące silniki, pękające ramy, urwane szpilki, stukające amortyzatory, martwe prądnice...   To przecież zupełnie normalne cechy Junaków. My sobie radzimy czerpiąc tego mnóstwo radości. Niewdzięcznicy i tyle.

Potem przeszedł "na odcinek" zaopatrzenia. W gospodarce planowej  nie był to łatwy kawałek chleba. Kolejny stres, tym razem wynikający z ciągłych braków rynkowych, konieczności organizowania dostaw od dziesiątków kooperantów borykających się z brakiem materiałów, skończył się zawałem i nieprzezwyciężonym wstrętem do rozmów telefonicznych. Podobno na jego biurku cały czas dzwoniło sześć telefonów. My mamy lepiej w dobie internetu, alledrogo, Skutera Dębica, Almotu i innych chętnych do współpracy dostawców i usługodawców.

Mimo niełatwego życia pan inżynier tryskał energią i humorem sypiąc smakowitymi historyjkami i dykteryjkami z życia SFM. Jak to wszytko spamiętać? Na przykład historia z Konzentrationslager Buchenwald w tle. Wspomniani powyżej rycerze w baniastych hełmach z wrodzonym taktem i delikatnością pastwili się nad więźniami eksperymentując z ich zdrowiem. Jedną z ofiar był przyszły szef związku spółdzielni (?) produkujących to i owo na potrzeby SFM. Niemiaszkowie odebrali mu zdrowie i jakże ważną dla motocyklisty lewą nogę bez której zmiana biegów jest niemożliwa. Nie odebrali mu jednak chęci do życia i fantazji. Korzystając z kontaktów z panem inżynierem namówił go do przystosowania Junaka do ręcznej obsługi biegów. Słyszał ktoś o Junaku w takiej wersji? A więc i taka maszyna powstała choć chyba w jednym egzemplarzu. Serwisanci odwiedzając Warszawę zawsze wpadali do szefa spółdzielców z torbami pełnymi części nawet gdy gwarancja dawno minęła. W zamian zawsze podejmowani byli iście po królewsku trudno dostępnymi frykasami. Ot takie cuda gospodarki planowej połączone z ludzką życzliwością. I serwisant był syty i Junak cały. Jak to wszystko księgowi ujmowali w księgach tylko bóg i partia wiedziały.

Kolejny z prelegentów był konstruktorem w dziale oprzyrządowania, a potem nim kierował. Opowiadał jak w początkowym okresie produkcji rury wydechowe wyginane były "ręcznie". Wypełniało się je piaskiem zmieszanym z kalafonią. Po ukształtowaniu czegoś co w miarę przypominało znaną nam część, detal był podgrzewany, kalafonia topiła się i wypływała wraz z piaskiem. Pewnego razu dyrektor posłał młodego konstruktora na wystawę maszyn. Tam pierwszy raz w życiu zobaczył giętarkę do rur. Po powrocie oczarowany tym co zobaczył namawiał dyrektora do poszerzenia parku maszynowego. Jakież było jego zdziwienie gdy usłyszał, że skoro widział takie cudo to teraz niech je zaprojektuje i nadzoruje wykonanie. Giętarka oczywiście powstała i służyła ku chwale Junaka.

Wszystkie stosowane w SFM obrabiarki były obrabiarkami uniwersalnymi. Każdy detal wymagał zaprojektowania i wykonania oprzyrządowania. Słuchając pana inżyniera jeszcze po latach czuło się jak takie wyzwania były inspirujące i ile dostarczały frajdy. To nic, że pensja inżyniera konstruującego maszyny, wynosząca dziewięćset złotych, była dwa - trzy razy niższa niż robotnika na nich pracującego. Dla tych młodych inżynierów bardziej liczyła się satysfakcja. Czy my też tak mamy?

Plan ponad wszystko. Gdy do wykonania planu brakowało kilku sztuk, a części potrzebnych nie było na półkach, o zgrozo otwierano magazyn z brakami :-(  Kiedyś do wykonania planu brakowało trzydziestu sztuk. Niby stały w magazynie, ale nie miały zasuwek w osłonie stacyjki. Zasuwki produkowało rzemiosło w Kaliszu. Cóż było robić. W teczce kilka gadżetów SFM i w drogę. Pierwszy mur to kierownik produkcji. Dla głupich kilkudziesięciu sztuk nie będą przestawiali pracujących całą parą maszyn. Oni też mają swoje pozawalane plany. Pierwsze gadżety przechodzą z rąk do rąk. Teraz rozmowa z mistrzem na produkcji. Abarot ta sama śpiewka. Plan, zawalenie robotą, brak czasu, gadżety przechodzą z rąk do rąk, trzydzieści zasuwek trafia do teczki, można wracać.

Plan ponad wszystko. Wiosna, lato, jesień, zima, a co miesiąc trzeba wypchnąć taką samą liczbę Junaków. Kto kupuje motocykle w zimie?  Górnicy na książeczki górnicze. Na Barbórkę w ramach nagród za trud górniczy dostają talony, ale muszą wykupić maszyny do marca. I jakoś plan się przepycha.

Potem głos zabrał inżynier pracujący wszędzie tam gdzie trafiały Junaki na eksport. Kuba, Węgry, Mongolia. Mówił, że dzięki Junakowi zwiedził i poznał kawał świata. Na Kubie ściskał dłoń samego El Comandante. Mało, że ściskał to namówił na rundkę Junakiem. Ostrożny satrapa polecił inżynierowi zrobić pierwszą i dopiero potem sam dosiadł maszyny. A historia ze świętami w tle? Aby zdobyć produkty na świąteczny stół nawiązał kontakt z marynarzami z polskiego statku. Wychodząc na ląd z torbą pełną frykasów natknął się na kubańskich strażników. Ci nakazali zostawienie kontrabandy na statku. Nie chcąc porzucić zdobyczy kazał prowadzić się do dowódcy. Ten długo rozwodził się na temat niedozwolonego przerzucania towarów. Po pewnym czasie zapragnął zobaczyć co też inżynier szmugluje. Na biurku wylądowały zawinięte w gazetę śledzie. Specyficzny zapach, jakże miły nosowi każdego Polaka, zintensyfikowany dzięki upałowi plus mokra plama ze śledziowego soku przeciekającego przez warstwy gazety wywołały atak wściekłości i dowódca wyrzucił inżyniera precz razem z jego pachnącym zawiniątkiem. Po chwili powrócił jednak przed oblicze władzy z jedną z flaszeczek pochodzących ze świątecznej paczki. To dało początek długiej i serdecznej przyjaźni polsko-kubańskiej.

Tematy silnikowe przedstawiał inżynier Leszek Ornaf. Na ręce Pustynnego trafiły tabelki z opracowanymi przed laty profilami krzywek. Na chwilę odżyły dawne napięcia czy też może animozje pomiędzy Szczecinem, a Łodzią. Posłużę się tu pamięcią Lewisa, który napisał:
Mnie najbardziej rozbawiło to, jak odżyły na chwilę dawne animozje Szczecin VS Łódź pomiędzy panami w wieku 80+. Inżynier Ornaf zaczął to mniej więcej w tym stylu:  "Odnosząc się do informacji w różnych miejscach zamieszczanych przez SFM jakoby to Łódź dostarczała silniki w ślimaczym tempie i marnej jakości.... " ;)  Potem zawrzało na chwilę :)

To ślimacze tempo to było półtora roku od zera do opracowania konstrukcji i wykonania dokumentacji technicznej. Bez komputerów, ploterów, CAD'ód i innych cudów. Przy desce, kawce i papierosku. Sam smak pracy inżyniera.

Pytania z sali, odpowiedzi, dociekania... bezcenne. Jakie były kolory Junaków?  Oczywiście wszyscy wiemy, że czarny. A srebrne były?  Były. A białe?  Białe też. Bak i błotniki z czarnymi szparunkami. A podwójne szparunki?  Egzemplarz z takimi szparunkami opuścił fabrykę. Był to prezent dla premiera Cyrankiewicza. Nigdy na nim nie jeździł, bo jak powiedział "jestem już po czterdziestce", tylko przekazał go do domu młodzieży (?) w Szczecinie. Jak zrobili jedną sztukę to pewnie kiedyś to powtórzyli. Był też egzemplarz z dwukolorowym bakiem - czarno/białym. Wiśniowe ponoć robili gdy nie wychodził dobrze kolor czarny, co działo się gdy trafiały do fabryki gorszej jakości farby, a sadza angielska nie była wystarczająco czarna.  A bagażniki?  Fabrycznych nie było. A lusterka? 

Wszyscy byli wyraźnie wzruszeni gdy inżynierowie SFM dziękowali obecnym użytkownikom Junaków za podtrzymywanie pamięci o ich dziele, a użytkownicy dziękowali za Junaki.

Tyle zapamiętałem.

spotkanie z inżynierami SFM

Wieczorem ognisko i dalsza część opowiadań w podgrupach. Pustynny w imieniu SMJ wręczył Krzysztofowi i mnie prezenty w postaci kolorowych tablic podzespołów Junaka, przyrządów serwisowych i egzemplarzy książki "Kamraci" opisującej pokolenie inżynierów z dyplomami z roku 1956 spośród których kompletowano kadrę SFM. Prezenty dla nas oraz dla Quby, Dakarka i Ascety za trasę na Monte Cassino. Było to bardzo sympatyczne. Raz jeszcze dzięki !!!

dobry humor
fot. Mirasio

W niedzielę powrót. Do Wałcza razem z Mateuszem i Gnumem, z Gnumem żegnamy się w Pile.

marynarz Mateusz

Po drodze na łące widzimy młodą parę z fotografem. Machają do nas. Skręcamy i po chwili sesja ślubna wzbogaca się o fotki z Junakami. Tego nikt się nie spodziewał, ale wszystkim było bardzo miło.

kolejni młodzi

Uśmiech gorącej panny młodej - bezcenne :-)

młoda

Po rozstaniu z Kamratami odwiedzamy Brzozę. Wykorzystaliśmy chwilę jego nieobecności i fakt, że drzwi zostawił otwarte. Robimy sałatkę grecką i spaghetti carbonara (na wspomnienie ostatniej wyprawy). Makaron właśnie się dogotowuje gdy pojawia się Brzoza z Basią. Jeszcze kawka, ciasteczka i ruszamy. Ostatnie 320 kilometry, Junaki pracują jak zegarki, delektujemy się drogą i w strugach letniej burzy meldujemy się w domu. Kolejny tysiąc kilometrów za nami.

u Brzozy