może nie do końca było tak ...

Sierpień miesiącem śmigania po Polsce. Drugie Światowe Spotkanie Junakowców we Wrocławiu, weekend w Borach Tucholskich i Jastarni, a w przedostatni weekend sierpnia wycieczka nad Wigry. Moja córa Tusia, brat Igor i ich przyjaciele wzięli udział w biegu "pogoń za bobrem", a jeden z nich w maratonie wigierskim. Tusia zadziwiła obsługę ostatniego punktu żywienowego. Na zachętę, że zostało już tylko 3,5 kilometra odparła, że to dobrze, bo to jest maksymalny dystans, który udało się jej do tej pory pokonać.

Była to druga edycja tych biegów. Znakomita organizacja, wspaniałe krajobrazy, trasa wokół Wigier w większości przez las, górki, doliny... Kilkuset uczestników miało prawdziwą frajdę i święto. Chwilę pogadałem z jednym z nich. Skończył maraton i siedział przy mecie dopingując kolejnych biegaczy. Wyglądał jakby właśnie wrócił ze spaceru. Spytałem jak dużo trenuje i jak często biega. Powiedział, że wiosną biegł ultra bieg na dystansie 150 kilometrów. Natomiast ten maraton jest sprawdzianem przed jesiennym biegiem przez góry Izerskie na dystansie 135 kilometrów. Ten pierwszy bieg wygrał zawodnik z rocznika 64!!!


Ja na szczęście :-) nie musiałem biegać.  Była to okazja do wycieczki Junakiem. Namioty rozbiliśmy w lesie u zaprzyjaźnionego gospodarza na górce, z której roztacza się widok na Wigry. Poleciałem w piątek po pracy. Wieczorem ognisko, w sobotę bieg (ja jako kibic), kąpiel w jeziorze (wszyscy), leniwe popołudnie, sękacz na pomoście, wieczorny powrót do domu... nie ma lepiej.

nad Wigry
 

W obie strony 650 kilometrów. Powrót w 4,5 godziny. Niby nic szczególnego gdyby nie ciekawa pogawędka z policjantem w Grajewie. Jak zawsze spod świateł wystartowałem z pole positon. Jednak do przejazdu kolejowego dotarłem na drugim miejscu zaraz za Land Rroverem na litewskich numerach. Tuż przed przejazdem Land Rover ostro przyhamował. Pewnie po części z obawy przed uszkodzeniem zawieszania, a po części na widok policyjnego samochodu. Ja tak ostro nie dałem rady. Po części z powodu, że auto policyjne zasłonił mi Land Rover więc nie miałem wystarczającej motywacji, a po części z wrodzonego braku hamulców. Żeby nie tryknąć konkurenta odbiłem w lewo i zahamowałem na wysokości jego tylnego koła. W hamowaniu pomógł mi znacznie odsłonięty znienacka w bocznej uliczce widok policji :-)  Policjanci wykazali się refleksem, ostro wystartowali, wbili się na główną drogę, błysnęli kogucikiem, wystawili przez okno czerwoną lampkę i zatrzymali mnie i Land Rovera, obu Bogu ducha winnych. Najpierw zajęli się mną.

- Dobry wieczór Panie kierowco. Dowód rejestracyjny i prawo jazdy poproszę. W tym miejscu wyprzedzanie jest niedozwolone.

- Oto moje dokumenty. Jakie znowu wyprzedzanie Panie władzo?

- Na przejeździe kolejowym  Panie kierowco.

- A któż w takim miejscu śmiał wyprzedzać Panie władzo?

- Otóż to właśnie Pan, Panie kierowco. Proszę ze mną do samochodu.

- Ależ do głowy mi nie przyszło wykonywać taki ryzykowny manewr i to w dodatku w obecności władzy!!!

- Ja widziałem, że Pan wyprzedzał.

- Land Rover zahamował, a mnie brak hamulców nie pozwolił na taki manewr więc lekuchno odbiłem w lewo. Sam Pan widzi, że to stareńki motocykl. Ale cóż, Pańskie zdanie jest w tej kwestii rozstrzygające, choć w głębi serca pozostanę przy swojej wersji wydarzeń.

Pan władza pisząc coś w kapowniku, sprawdzając historię punktów (mam zero) i rejestrację Junaka za pomocą smartfona (na moją uwagę, że współczesna młodzież lubi gadżety, lekko się uśmiechnął) dopytywał się czy to oryginał, wykazał się niezłą wiedzą i ogólnie dość przyjaźnie się odnosił do zabytków, co dało mi promyczek nadziei. Nie drążyłem przykrego tematu. Na koniec oddał papiery mówiąc:

-  No, może nie do końca było z tym wyprzedzaniem tak jak ja to widziałem. Dobranoc i bezpiecznej drogi!