Harz 2014

Niemiecki odłam Dzikiego Junaka jak co roku w drugi weekend września zorganizował spotkanie w miejscowości Herreden, w górach Harzu, w dawnej bazie wojsk rosyjskich, a obecnie bazie końsko turystycznej Forst Farm. Jak co roku pojawili się Junakowcy różnej maści: Polacy zamieszkali od lat w Niemczech, Niemcy i Polacy z macierzy. Oprócz Junaków były też MZ’tki, HD, Dniepr i coś tam jeszcze. Słowem spotkanie o charakterze ekumenicznym :-)

We czwartek z centralnej Polski na kołach wyruszyły trzy Junaki z załogami: Dakar z Magdą (część azjatycka Warszawy), Franek (Bełchatów) i ja. Dakar ruszył samodzielnie, my z Frankiem umówiliśmy się w Łasku. Wszyscy zaplanowaliśmy nocleg w zajeździe „Zacisze” w Żarach i dalszą wspólną podróż. Jeszcze do południa była ładna pogoda. Urwałem się z pracy o dwunastej i już po dwóch kilometrach musiałem skręcić na stację żeby założyć przeciwdeszczówkę. Tego dnia deszcz towarzyszył nam cały czas. Nazajutrz było tylko trochę lepiej. Za to w sobotę pojawiło się na moment słońce, co uatrakcyjniło wspólną przejażdżkę. Ale po kolei.

licznik - start
licznik: start 

Jeszcze na spotkaniu w Szczecinie umówiliśmy się z Frankiem, że razem polecimy do Niemiec. Miał być jeszcze Krzych, ale rodzinne obowiązki zatrzymały go w Polsce. Cytując jednego z bohaterów filmu Nasfetera: „Ej żałuj Rudy, że nie byłeś z nami, żałuj Rudy…”. Dzień przed wyjazdem Franek zameldował, że właśnie padł wał w jego Junaku. Ma zapasowy, całą dobę na remont i nie pęka (oczywiście nie pęka Franek, bo stary wał jak najbardziej). I zdążył. O siódmej rano w dniu wyjazdu zadzwonił z meldunkiem o ukończeniu robót. Twardym trzeba być, nie miękkim !!!

Z pięciominutowym spóźnieniem zameldowałem się na cepeenie w Łasku gdzie pod drzewem czekał ociekający wodą Franek. Uściski, kopiemy, palimy, siadamy i jedziemy. Woda z każdej strony. Z nieba i poderwana kołami z ziemi. W końcu znalazła drogę do gniazda wysokiego napięcia w moim iskrowniku i Junak zaczął przerywać. Przetarłem kabel. Pomogło na pięć minut. Zmieniłem na zapasowy. Trochę lepiej. Na stacji przy próbie uruchomienia kilka kopnięć i nic. Rezygnuję z gumowej osłony kabla. Podejrzewam, że po niej zmyka napięcie. Nagle donośny huk wystrzału, kłąb czarnego dymu i silnik zagadał.

Franek

Franek na prowadzeniu asekuracyjnie utrzymuje prędkość 75 km/h. Wszak jego silnik robi dopiero pierwsze kilometry po remoncie.

Przezorność nie jest jedyną przyczyną utrzymywania nie za wysokiej prędkości. Druga to wszechobecna woda. Na okularach i szybie kasku od zewnątrz, od wewnątrz, w postaci kropli i mgły. Widać nie za wiele. Po zmroku dojdą do tych atrakcji refleksy od świateł mijanych samochodów. Ale od czego wyobraźnia. Przynajmniej ja staram sobie wyobrazić gdzie też może biec droga i podążam za tymi wyobrażeniami. Twardym trzeba być, nie miękkim !!!

Jest jeszcze jedna przyczyna nieprzekraczania tej prędkości. Franek czuje, że po prostu szybciej się nie daje. Podejrzewa, że do silnika trafia za mało paliwa. Jak się nazajutrz okaże podejrzenia są słuszne, ale nie uprzedzajmy faktów.

Co jakiś czas odbieram SMS’owe meldunki od Dakara. Ostatni brzmiał: „Jemy obiad w Jarocinie.”  Szczęściarze. Wyruszyli wcześniej i mogą pozwolić sobie na taki luksus. My dzielimy się kanapkami, których nie zjadłem na śniadanie (zabrakło czasu) i w pracy (czasu w ogóle nie było) popijając je kawką na stacji. Zrobiło się ciemno. Deszcz jak padał tak pada, podnosi się miejscami mgła, woda dookoła. Wychodzę na prowadzenie. Dawno już stwierdziłem, że mam wrodzony brak wyobraźni więc nie wyobrażam sobie, że może się nie udać i spotkać nas coś złego. Lokalna droga miejscami nie ma wymalowanych linii. Pobocze idealnie zlewa się z asfaltem. Lecę na przyrządy i to nie jest przenośnia. Zerkając na GPS sprawdzam, w którą stronę będzie najbliższy zakręt i jaki jest jego charakter. A może jednak mam jakieś szczątki wyobraźni? Wszak właśnie sobie wyobrażam trajektorię jazdy. W Rawiczu droga nagle się kończy. To znaczy biegnie dalej przez nowo wybudowany wiadukt, ale do użytku oddadzą go w sobotę. Ochroniarz przegania nas i skłania do poszukiwania objazdu. Szukamy jakichkolwiek tablic i nic. Robimy spory łuk licząc, że znajdziemy się na równoległej drodze, ale wracamy znowu w to samo miejsce. W desperacji negocjujemy opuszczenie sznurka zagradzającego przejazd. Gość mówi, że ruch pieszy jest dozwolony. No to pchamy. Pchamy dwadzieścia metrów, aby zniknąć z oczu ochroniarza, który schował się przed deszczem do budy. Kopiemy, palimy, siadamy i tyle nas widział.

Trzydzieści kilometrów drogą „gminno-powiatową” pokonujemy bez widoczności ziemi. Franek kieruje się na moje tylne światełko, a gdy ono ginie w tumanie wody, na odblaski na bagażniku i kurtce. Ja kieruję się po prostu do przodu :-)  Wpadamy na krajową dwunastkę. Za chwilę na mijanej stacji kątem oka zobaczyłem charakterystyczny kształt Junaka. To musi być Dakar. Zajeżdżamy i po chwili serdecznie ściskamy się z Dakarem i jego pierwszą żoną (on utrzymuje, że jedyną). Magdę znam jeszcze z harcerstwa więc liczę, że po starej znajomości wybaczy mi to krotochwilne określenie.

ekipa w komplecie 

Spotkanie jest nad wyraz szczęśliwe nie tylko ze względów towarzyskich, ale również technicznych. Junak Dakara rzucił właśnie palenie. Sprawdzamy iskrę, a właściwie jej brak. Wyciągam z sakwy zapasowy iskrownik. Łączymy go z dakarową podkówką (ja używam przystawki Seby więc mój iskrownik ma tylko założone sprzęgiełko). Jeszcze tylko ustawienie zapłonu (Dakar jako dżentelmen pozwala mi bawić się przy jego motocyklu) i po chwili miarowe grzmoty oznajmiają koniec problemu.

Teraz na przyrządy lecą trzy Junaki. Ja kieruję się intuicją, Dakar moim światłem, Franek światłem Dakara. Poprawił się jego los bo światło to, w odróżnieniu od mojego, jest bardzo jasne.

O północy meldujemy się w Zaciszu. Fajne miejsce z dala od jakiegokolwiek ruchu. Cisza aż w uszach piszczy. Przemiła recepcjonistka w zamian za mój szeroki uśmiech robi nam herbatkę i walimy się spać. Mnie taka kompletna cisza zawsze przeszkadza. Na mojej ruchliwej ulicy takie zjawisko nie jest znane, ale zmęczenie robi swoje i mimo pisku w uszach usypiam. Frankowi cisza nie przeszkadza. Jeszcze ją sobie pogłębia zatykając uszy stoperami !!! Jak można spać niczego nie słysząc?

Zacisze 
W piątek raniutko pobudka (tak koło ósmej), śniadanie, pakowanie i w drogę. Wpadamy do NRD. Puste miejscowości, pustawe drogi, jedzie się nieźle. Do czasu. Po drobnym odpoczynku na stacji w ferworze walki Franek zapomniał, że jego motocykl nie może szybko jechać. Odkręcił manetkę i przymuszał go do nadmiernego wysiłku. Trochę w tym mojej winy jako prowadzącego. Podkręciłem tempo o 5 km/h za wysoko. W lusterku stwierdziłem brak jednego z dwóch towarzyszącym mi świateł. Zawracam. Na poboczu zafrasowany Franek spoziera w dziurę w głowicy po wyrwanej wraz z tuleją świecy. Nie pękamy. Bak precz. Głowica zdjęta. Najprawdopodobniej za niski poziom paliwa spowodował zbyt intensywne grzanie, głowica spuchła nadmiernie i nieszczęście gotowe.

Pomny doświadczeń z Włoch zaklepuję jak umiem otwór i wkręcam tuleję wraz ze świecą. Niby siedzi. W tym czasie Franek biadoli, że mógł zabrać zapasową głowicę, ale z braku miejsca pochopnie zrezygnował. Głowica wraca na miejsce. Niestety przez iluzoryczny gwint ucieka powietrze. Jeszcze raz precz. Franek biadoli, że zepsuł nam wyjazd i rozgląda się za miejscem na namiot. Niezły pomysł biorąc pod uwagę całkowity brak choćby najmniejszych krzaczków, otwarte pole i siąpiący deszcz. Poza tym nie zostawimy przecież Kamrata w potrzebie. Dalsze próby z głowicą kończą się niepowodzeniem. Telefon do Fabiana. Poszuka w garażu wszystkiego co skojarzy mu się z naprawami gwintu w głowicy. Ma też zregenerowana głowicę. Żyjemy!!!

Motocykl na hol i z rowerową prędkością ciągniemy się do pobliskiej miejscowości. Na wlocie serwis samochodowy. Nawiązuje kontakt z lokalesami. Nie musiałem na szczęście sięgać do ubogiego zasobu słownictwa niemieckiego rodem z filmów o Klosie i czołgu Rudy. Mechaniory gadali po angielsku. Okrytego pokrowcem Junaka zostawiamy pod murem, przepakowujemy na mój najniezbędniejsze manele Franka i oczywiście feralną głowicę. Jesteśmy pod Lipskiem i do celu mamy około 140 kilometrów.

Już po starcie uświadomiłem sobie, że nie sprawdziliśmy nazwy miejscowości, ani firmy gdzie porzuciliśmy motocykl. Staram się to nadrobić zapamiętując nazwy kolejnych. Nie chcą się trzymać pamięci. Na szczęście jedna daje się przetłumaczyć na polski i w tej postaci zapamiętać. Znak pokazuje 20 km drogą 184 do Bitterfeld. Na mój gust to Gorzkie Pole. W bok 18 km do Lipska. Powinniśmy znaleźć to miejsce. Przyszłość pokaże, że z małymi kłopotami, ale się to udało.

zbliżamy się do celu 

Po trzech godzinach i pokonaniu dodatkowych kilkunastu kilometrów ze względu na objazdy meldujemy się Fabianowi i całej reszcie wesołej kompanii. Przy piwie (to większość) i Coli (to ja i Dakarek) opowiadamy ze znajomymi w spiesznych i urywanych zdaniach historie z ostatniego roku. Jest o czym gadać :-)  Poważna rozmowa ze Starym WSK’arzem o… niech to pozostanie naszą tajemnicą. Mirasio przysłuchujący się rozmowie Franka z Fabianem o głowicy proponuje, ze po jutrzejszym przejeździe Junakami pożyczy swoją głowicę. Do Polski wraca wioząc motocykl autem. Stary WSK’arz przedstawia komuś Powabną (piękniejsza część małżeństwa Mirasiów) tytułując ją Wielebną. Andrzej opowiada o przygodzie z TIR’em gniotącym jego motocykl (tylko fakt, że nie był to Junak uratował życie kierowcy, w przeciwnym wypadku Andrzej nie poprzestałby na pogróżkach słownych). Opowieści o trasie WSK’arza po Islandii. Szumi w głowie od tych rozmów (to wszystkim), od piwa (co poniektórym) i od drogi (to my z Frankiem). O pierwszej w nocy wycofujemy się na strych. Dakarek z Magdą już tam są. Tym razem gospodyni zapewniła świeże siano. Słodki zapach, wiatr pogwizdujący w wiązaniach dachu usypiają nas od razu.


pod dachem w na farmie 

Nazajutrz o ósmej śniadanie i o kwadrans po dziewiątej siedzimy na motocyklach. Udaje się to chyba dzięki przejęciu przez organizatorów niemieckiego podejścia do organizacji.

gotowi do drogi

Objazd przez piękne miasteczka i wzgórza Harzu. Wyszło słońce. Jest urokliwie. Żeby nie było zbyt sielankowo Fabian wiedzie nas do obozu pracy przymusowej Dora. To główny ośrodek budowy rakiet V2. Kilkanaście kilometrów hal produkcyjnych i korytarzy wykutych w skałach. Zobaczyliśmy kilkaset metrów udostępnionych zwiedzającym. Wszędzie porozrzucane fragmenty belek, szyn, jakiś tajemniczych detali, silnik rakietowy od V2, resztki toalet dla „personelu” nadzorującego pracę.

w sztolniach

Młoda przewodniczka z przejęciem opowiada o organizacji obozu, śmierci tysięcy więźniów z Polski, Rosji, Francji i innych okupowanych krajów. Wyraźnie widać, że zdaje sobie sprawę kto był kim w tej strasznej fabryce. Andrzej wkurzył się, że napisy informacyjne są po niemiecku, angielsku i francusku, a brak jest polskich. Obiecała przekazać tę uwagę kierownictwu. Fabian obiecał, że za rok to sprawdzimy. Jeszcze rzut oka na plac apelowy, do krematorium nie ma chętnych i jedziemy zobaczyć gdzie mieszkał von Braun – ojciec niemieckiego i amerykańskiego programu rakietowego.

Wracamy na farmę na zupę gulaszową. Cała wycieczka udaje się do fabryki whisky na zwiedzanie połączone z gruntowną degustacją. My zostajemy. Z Junaka Mirasia pozyskujemy głowicę, pakujemy motocykle i ruszamy w drogę powrotną.

uczestnicy zlotu

Dakarka motocykl to smok prawdziwy.  Jadąc po autostradzie z Frankiem jako pasażerem po płaskim ledwo wyciskałem 89 km/h, a Dakarek z Magdą i wielkimi tobołami wyprzedzał  mnie z łatwością. Pewnie nie pomagała w tym przypadku moja zębatka 22, ale fakt faktem, że motocykl mocny.

Z drobnymi przygodami odnaleźliśmy porzuconego Junaka. Na ostatnim skrzyżowaniu policja sprzątała bałagan po wypadku. Kogo jak kogo, ale policji oznaczonej jako polizei to ja się obawiam. No i zapatrzywszy się zmyliłem kierunki. Kilka nerwowych chwil, spoglądanie w GPS i jesteśmy na miejscu. Franek bierze się do roboty. Głowica, kolanko, gaźnik, zbiornik, zawory i gotowe. Zaproponowałem sprawdzenie poziomu paliwa. Przyrząd, który mam zawsze przy sobie pokazał, że był zdecydowanie za niski. Nie bardzo dało się to poprawić bo po ruszeniu pływaka zawór nie odcinał paliwa. Zamieniliśmy kompletną komorę na moją zapasową i polecieliśmy w ciemną noc do Polski.

Nocleg w znanym już Zaciszu. W niedzielę z rana śniadanko, wizyta w kościele, pakowanie i już około południa prawie ruszamy. Jeszcze naciągnięcie łańcucha w moim Junaku i ruszamy naprawdę.

Boczne drogi, bajeczne widoki, nareszcie słonko i ciepło. Do domu drobne 490 kilometrów.

boczne drogi w PL 

gdzieś w trasie

Już po nocy miałem spory fart. W mijanej wiosce z bramy wybiegło czterech facetów. Dwóch z tyłu wymachiwało długimi drągami. Dwóch z przodu biegło na lekko. Jeden z nich prawie wbiegł mi pod koła. Na szczęście zobaczyliśmy ich z Dakarem chwilę wcześniej i już hamowaliśmy, niemniej wypadek byłby murowany. Mój fart polegał na tym, że uderzony silnie drągiem, czy też sztachetą w plecy, biegacz potknął się i już w pozycji horyzontalnej nie zagrażając bezpieczeństwu ruchu drogowego przyjmował kolejne razy tym razem od dwóch ścigających. Czwarty uczestnik rączo zmykał chodnikiem. Ciekawe co było przyczyną tego towarzyskiego nieporozumienia?

Po pożegnaniu w Bełchatowie z  Frankiem (była już północ) Dakar ruszył przodem, wyprzedził jakąś  ciężarówkę, ja musiałem poczekać z wyprzedzaniem bo z przeciwka był duży  ruch, i tyle go widziałem.  Po wjechaniu na gierkówkę jechałem swoim tempem 85-90km/h, ale Dakarka nie dopadłem. Ciekawe ile on grzał?  Spotkałem go dopiero przed zjazdem na Skierniewice i Białą Rawską. Jechał  pasem awaryjnym 40 km/h. Zatrzymaliśmy się. Coś było nie tak. Sprawdził olej, a tam zupełna pustka!!!  Miałem pół literka. Po wlaniu próba  jazdy. Z silnika dramatyczne odgłosy. I tak około pierwszej trzydzieści  trzeba było stanąć. Na szczęście do zjazdu było 200-300 metrów.  Motocykl umieściliśmy na pasie zieleni pomiędzy rozjazdami i szukaliśmy rozwiązania. Nie mieliśmy sumienia budzić Kamratów. Potencjalnie  zagrożony był Kranik, no i oczywiście Tatuś. Ale wyszło, że zanim Tatuś  wytrzeźwieje, zajedzie na Księżyc po przyczepę i do nas miną minimum  dwie godziny. Dakarek wymościł sobie spanie na trawie (mata, śpiworek),  a ja z Magdą pojechaliśmy do nich po auto. Wracając z Falenicy  zostawiliśmy motocykl u mnie w garażu i pojechaliśmy po rozbitka oczekującego na pomoc na  samotnej wyspie. Obróciliśmy w dwie godzinki. Włożenie motocykla do  środka dla silnej kobitki i dwóch dorosłych mężczyzn to pikuś. Potem  odwieźli mnie pod dom i pognali do siebie.

Ot i wiecie już wszystko. Wszytko o tej przygodzie. Trasa, widoki, brak widoków w deszczu i w nocy, głowica w Junaku Franka, iskrownik Dakara, poziom paliwa u Franka,  pękające szpilki u mnie, instruktarz jak zorganizować wzorowy obóz  pracy, Andrzej Piccolo uprawiający kaskaderkę na krętych drogach i  miękkich łąkach (spytajcie go osobiście), spanie na sianie, biwak z kawką uwarzoną na gazie, boczne drogi zachodniej Polski, kościół w Górze niedaleko wielkiego  pierdla...  Ech żałujcie, że nie byliście z nami. Krzychu, następnym  razem się nie wykręcisz (i ani mru, mru !!!)   Sam smak motocyklizmu :-)  

meta licznik 
licznik - meta: trasa 1875 km