lot na przyrządy, ucieczka przed frontem

Pod koniec września śmignąłem w kolejną delegację Junakiem. Tym razem kierunek północno-zachodni, a konkretnie Słupsk. Start wczesnym popołudniem przy pięknej słonecznej pogodzie, meta pierwszego dnia po ciemku, powrót w ulewie na skrzydłach frontu. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Na bagażniku garnitur, plecak z lapkiem i rzutnikiem, w sakwie buty do garnituru, szczoteczka do zębów i bielizna na zmianę.

Pierwsze kroki (obroty kół?) kieruję jak zazwyczaj na Księżyc. Na tym filmiku zrobionym przez Balzaczka możecie zobaczyć o czym mówię:



Stąd baaardzo lubię startować :-) 

odprawa na Księżycu

No i opłaciło się. Tatuś obdarzył mnie maskotką na szczęście. Opowiadałem skąd wziął się zwyczaj nazywania Krzycha Tatusiem?  No dobrze, opowiadałem to nie będę się powtarzał. Można zapomnieć? Można. Piesek dojechał szczęśliwie do Słupska i dopiero tam gdzieś dał nogę.

podarek od Tatusia

Slonko powoli zaczęło chować się za wysokimi chmurami i kolory stały się lekko przytłumione niemniej równie piękne. Bardzo lubię delikatne brązy wczesnej jesieni.

jesienne klimaty

jesienne klimaty

Pionowa tęcza na niebie sugeruje zmiany pogody. To nastąpi dopiero nazajutrz. Teraz można upajać się ostatnimi promieniami słońca. Tu zbliżam się do Wisły na wysokości Chełmna. Przede mną Tuchola, Chojnice i Słupsk.

zapowiedź zmian w pogodzie

Po zmierzchu delektowałem się wspaniałym światłem mijania, a nawet od czasu do czasu dało radę zapalić długie, bo wybrałem boczne drogi, pustawe o tej porze. Od jakiegoś czasu bawię się GPS'em. Tym razem to zacne urządzenie poprowadziło mnie na skróty. Ma ono dość bogate życie wewnętrzne i nie za bardzo wiem kiedy i czym mnie zaskoczy. Tym razem wybrało drogi czwartej kolejności odśnieżania szerokie na jedno auto i bajecznie pokręcone. Może to kiedyś skończy się jakąś niemiłą przygodą, ale na razie bawi mnie, że mogę pomykać 80km/h ciemną nocą, krętą drogą zerkając na ekran GPS, z którego odczytuję w którą stronę będzie zakręt, jaki jest jego charakter i, co najważniejsze, czy zakręt wychodzi na prostą czy przechodzi w kolejny. Przed zakrętem, który oczywiście w ciemności widać dopiero w ostatniej chwili, oceniam ile jeszcze mam setek metrów do złożenia się. Słowem lecę na przyrządy bez widoczności ziemi.

Tu jak widać było dość Ciemno :-)  i mimo oznaczenia na znaku ciemno nie skończyło się w tym miejscu.

ciemno w Ciemno

Do celu dotarłem szczęśliwie. Nazajutrz pogoda zmieniła się. Od rana zaczęło kropić. Gdy wszedłem do klienta miła (i przystojna) pani (z mojej perspektywy wiekowej rzecz można dziewczyna) spojrzała na ociekający wodą czarny strój i miała nieco niewyraźną minę. Miało to być wszak spotkanie biznesowe, a nie zlot jakiś podejrzanych kreatur. Jeszcze bardziej się zdziwiła gdy jednym ruchem rozpiąłem kurtkę spod której wyłonił się garnitur, jasna koszula i krawat :-)

Po spotkaniu graty pakowałem już w ulewnym deszczu. Przez kraj szedł front z północnego zachodu na południowy wschód, czyli dokładnie zgodnie z moją trasą. I to była dodatkowa atrakcja wyjazdu. Gdy jechałem 85-90km/h lekko wysuwałem się spod linii frontu i ulewa zamieniała się w drobny deszczyk, lub nawet udawało się jechać po suchym. Gdy ciężarówki przez jakiś czas nie pozwalały na szybką jazdę front doganiał mnie. I tak przez sześć godzin ścigałem się z przyrodą. Od Sierpca ostatecznie udało mi się urwać prześladowcy. Dopadł mnie dopiero w samej Warszawie tuż przed garażem. Poszarpał porywistym wiatrem, polał strumieniami deszczu i zamknęła się za mną brama.  To lubię i nazywam smakiem motocyklizmu :-)