spociłem się w chłodną noc

W listopadowe popołudnie urywam się wcześniej z pracy i jadę do warsztatu Jacka Tomaszewskiego do Osiecka. Tydzień temu odebrałem koła i wahacz. Szczęki i tarcze kotwiczne są gotowe dopiero teraz. W warsztacie taki tłok i ruch, że szpilki nie można wcisnąć. Trzech zawodników demontuje jakieś elementy od obwiedniówki. Właśnie kończą generalny remont i za kilka dni rusza produkcja sprzęgłowych wieńców zębatych. W najbliższej przyszłości Jacek chce uruchomić produkcję kompletu kół: podwójne, dwa rozrządu, pośrednie prądnicy, prądnicy i dwa iskrownika. Z chęcią kupię taki komplecik. Jacek nadzorując prace składa kolejną partię dynam. Czwarty pracownik zajmuje się szczękami, które dotacza w komplecie z tarczami kotwicznymi na wymiar moich bębnów.

Ponieważ do środka nie można się wcisnąć kładę Junaka na prawy bok przed warsztatem i mimo egipskich ciemności po chwili koła są zdemontowane. Jacek śmieje się, że któryś z pracowników pytał w między czasie czy nie trzeba mi pomóc przy demontażu. Gdy dowiedział się ile przejechałem Junakiem stwierdził, że z pewnością już kilka razy musiałem mieć do czynienia z kołami i nie będą mi przeszkadzać.

Czekając na przetoczenie szczęk snujemy opowieści motocyklowe. Cała załoga z Osiecka to zapaleni motocykliści. Nie wszystko poszło zupełnie gładko. W tylnej tarczy kotwicznej trzeba było zaspawać i zrobić od nowa gwint pod linkę hamulca. Pomylili się i zrobili M8 (tak jak w przednim kole) zamiast M10. Błąd ten zauważyłem po dłuższej chwili, gdy po kilku nieudanych próbach w końcu wyciągnąłem latarkę i oświetliłem nieco miejsce pracy. W między czasie nastał fajrant i można było wtoczyć motocykl do środka. Dzięki tamu miałem okazję zrobić pamiątkową fotkę z Jackiem.

w Osiecku u Jacka Tomaszewskiego

Gwint został poprawiony, koła zamontowane, narzędzia spakowane, czas na jazdę próbną. W między czasie zrobiła się ósma. Czas do domu. Siadamy jeszcze na chwilkę żeby pogadać przy herbatce o planach rozwoju Jacka firmy, o planach na kolejny sezon, o życiu i ludziach. Czas płynie niezauważenie. No i zanim się obejrzeliśmy z ósmej zrobiła się jedenasta. Przede mną godzinka jazdy. Czas ruszać.

Noc ciemna, chłodno, lekkie mgiełki snują się nad łąkami. W pewnym momencie silnik przerywa. Automatycznie przekręcam kranik na rezerwę i po kilkudziesięciu metrach znowu zaskakuje. Co to?! Po kolejnych kilkuset metrach znowu maszyna stop!!! No i mimo chłodu zrobiło mi się gorąco. Lubię naprawy w drodze, ale dziś już się nakręciłem śrubkami, a kompletna ciemność i chłód nie zachęcają do prac na poboczu. Ściągam wężyk z gaźnika i po ustawieniu kranika w normalnej pozycji dmucham. Powietrze świszczy w baku. Potwierdza to przypuszczenie, że paliwo się kończy. Na rezerwie też nie słychać bąbelków!!!  Być może kładąc motocykl nie zakręciłem kranika i paliwo wylało się przed Jackowym warsztatem :-(  Na tej drodze ruch jest zupełnie znikomy. Do ruchliwszej szosy mam z dziesięć kilometrów (tyle samo do Jacka), a potem jeszcze osiem do stacji. Kładę motocykl na prawą stronę licząc, że resztka pozostałego paliwa przeleje się na prawą stronę baku i jakoś dociągnę przynajmniej do uczęszczanej trasy. Silnik zaskakuje od pierwszego kopnięcia. Pierwszy kilometr, drugi, po plecach płynie stróżka potu, piąty, z oddali widzę światła samochodów i wpadam na szosę puławską. Silnik ciągle pracuje. Paliwa starczyło do samej stacji. O północy melduję się w domu. Chcę pocałować zaniepokojoną żonkę na powitanie, a ona zaczyna czujnie węszyć. Prawdziwego mężczyznę czuć potem, alkoholem i papierosami, a prawdziwego motocyklistę paliwem. Ale żeby z ust? Ty nigdy nie zmądrzejesz!!! Idź szybko myj zęby całuśniku jeden :-)